– Jest tu i jest wkurzona – szepnęła Emily. – Musisz wracać.
– Robię, co mogę – warknęłam, próbując utrzymać prosto nosidełko i torbę pieczywa w jednej ręce, a telefon w drugiej.
To właśnie stanowiło zasadnicze źródło nienawiści istniejącej między Emily a mną. Ponieważ ona zajmowała stanowisko „starszej” asystentki, ja byłam bardziej osobistą asystentką, taką od biegania po wszystkie te kawy i posiłki, pomagania dzieciom w lekcjach i kursowania po mieście, żeby odebrać idealne półmiski na jej wieczorne przyjęcia. Emily załatwiała wydatki, organizowała podróże i – najważniejsze zadanie – co parę miesięcy realizowała jej osobiste zamówienia na ciuchy. Tak więc gdy ja poza biurem gromadziłam co rano smakołyki, Emily zostawała sama z koniecznością obsłużenia wszystkich linii telefonicznych i czujnej, porannej Mirandy oraz spełnienia jej żądań. Ja nienawidziłam Emily za to, że mogła nosić do pracy bluzki bez rękawów, bo nie musiała opuszczać ciepłego, wygodnego biura sześć razy dziennie, żeby ganiać po Nowym Jorku, aportując, szukając, polując, gromadząc. Ona nienawidziła mnie za to, że miałam wymówkę, aby wyjść z biura, i wszystko zajmowało mi więcej czasu niż to konieczne, bo gadałam przez komórkę i paliłam.
Dojście z powrotem do budynku zwykle trwało dłużej niż spacer do Starbucks, ponieważ musiałam rozdzielić kawę i przekąski. Lubiłam je wręczać bezdomnym, grupce stałych bywalców, którzy mieszkali na werandach i sypiali w bramach przy Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy, skutecznie opierając się wysiłkom miasta, żeby „zrobić z nimi porządek”. Policja zawsze ich przepędzała, zanim godziny szczytu na dobre się rozkręciły, ale kiedy robiłam codzienny pierwszy wypad po kawę, wciąż jeszcze kręcili się w pobliżu. W tym, że przesadnie kosztowne, sponsorowane przez Elias ulubione kawki trafiały do rąk najbardziej niepożądanych w mieście ludzi, było coś fantastycznego – naprawdę stymulującego.
Przesiąknięty smrodem uryny mężczyzna, który sypiał przed sklepem Banana Republic dostawał co rano mocha frappuccino. Właściwie nigdy nie budził się, żeby je wziąć, ale zostawiałam kubek (oczywiście ze słomką) tuż obok jego lewego łokcia i często już go nie było – mężczyzny także – gdy parę godzin później wracałam po kolejną kawę.
Starszej pani, która opierała się o wózek sklepowy i wystawiła napis na kartoniku, który głosił „Nie mam domu/mogę sprzątać/potrzebuję jedzenia” przypadało macchiato z karmelem. Wkrótce dowiedziałam się, że miała na imię Theresa i zwykle kupowałam jej duże latte, takie jak dla Mirandy. Zawsze mówiła dziękuję, ale nigdy nie wykonała żadnego ruchu, żeby skosztować napój, gdy jeszcze był gorący. Gdy w końcu zapytałam, czy chce, żebym przestała jej przynosić kawę, energicznie potrząsnęła głową i wymamrotała, że nie cierpi grymasić, ale właściwie to wolałaby coś słodszego, że kawa była za mocna.
Następnego dnia podałam jej latte doprawione waniliowym aromatem i z bitą śmietaną. Czy tak było lepiej? O tak, znacznie, znacznie lepiej, ale może teraz kawa była nieco za słodka. Jeszcze jeden dzień i w końcu trafiłam w dziesiątkę: okazuje się, że Theresa lubi kawę niearomatyzowaną, z bitą śmietaną i odrobiną syropu karmelowego. Błyskała w moją stronę prawie bezzębnym śmiechem i każdego dnia zaczynała łapczywie pić w momencie, gdy wręczałam je kubek.
Trzecia kawa wędrowała do Rio, Nigeryjczyka, który z koca przed Trump Tower sprzedawał płyty kompaktowe. Nie wyglądał na bezdomnego, ale podszedł do mnie pewnego ranka, kiedy wręczałam Theresie jej poranną porcję, i zapytał, a raczej zaśpiewał:
– Yo, yo, yo, jesteś jakaś kawowa wróżka, czy co? A gdzie moja kawa? – Następnego dnia podałam mu duże cappuccino amaretto i od tamtej pory zostaliśmy przyjaciółmi.
Codziennie wydawałam na kawę o dwadzieścia cztery dolary więcej, niż to było konieczne (jedno latte dla Mirandy powinno kosztować skromne cztery dolary), żeby zafundować firmie kolejny pasywno – agresywny przewał, moją osobistą reprymendę za swobodne rządy Mirandy. Wręczałam kubki brudasom, śmierdzielom, świrom, ponieważ to właśnie – a nie stracone pieniądze – naprawdę by ich wkurzyło.
Gdy zdołałam dotrzeć do holu, Pedro, mówiący z ciężkim akcentem meksykański dostawca z Mangii, w pobliżu windy gawędził po hiszpańsku z Eduardem.
– Hej, jest nasza dziewczynka – powiedział Pedro, gdy paru Klakierów zerknęło na nas ciekawie. – Mam to, co zwykle, bekon, kiełbaskę i tę paskudnie wyglądającą rzecz z serem. Zamówiłaś dzisiaj tylko jedno! Nie rozumiem, jak to jest. Jesz to gówno i jesteś taka chuda, dziewczyno. – Uśmiechnął się. Zdusiłam chęć powiedzenia mu, że nie ma pojęcia, jak wygląda ktoś chudy. Pedro świetnie wiedział, że to nie ja zjadałam jego śniadania, ale jak każda z sześciu czy coś koło tego osób, z którymi rozmawiałam codziennie przed ósmą rano, tak naprawdę nie znał szczegółów. Wręczyłam mu dziesiątkę, jak zwykle, za warte trzy dolary dziewięćdziesiąt dziewięć centów śniadanie, i udałam się na górę.
Kiedy weszłam do biura, rozmawiała przez telefon, trencz z wężowej skóry od Gucciego ozdabiał blat mojego biurka. Ciśnienie wzrosło mi dziesięciokrotnie. Czy to zabiłoby ją, gdyby zrobiła dwa dodatkowe kroki do szafy, otworzyła drzwi i powiesiła własny płaszcz? Czemu musiała go zdejmować i rzucać na moje biurko? Odstawiłam latte, spojrzałam na Emily, która była zbyt zajęta obsługiwaniem trzech linii telefonicznych, żeby mnie zauważyć, i powiesiłam tę wężową skórę. Zrzuciłam własny płaszcz i schyliłam się, żeby wepchnąć go pod biurko, bo gdyby wisiał w szafie, coś mogłoby zainfekować jej rTsay.
Chwyciłam dwie kostki nierafinowanego cukru, mieszadełko i serwetkę z zapasu, który trzymałam w szufladzie biurka, i zwinęłam wszystko razem. Przelotnie rozważyłam, czy nie napluć do kawy, ale zdołałam się powstrzymać. Następnie wyciągnęłam porcelanowy talerzyk z pojemnika na górze, zsunęłam na niego tłuste mięso i wilgotną drożdżówkę, wycierając ręce w jej przeznaczone do prania rzeczy, ukryte pod biurkiem, by nie zorientowała się, że nie zostały jeszcze oddane. Teoretycznie powinnam codziennie myć jej talerz w zlewie w naszej pokazowej kuchence, ale jakoś nie mogłam się do tego zmusić. Upokorzenie związane ze zmywaniem po niej na oczach wszystkich natchnęło mnie, żeby wycierać talerz chusteczkami, a resztki jajka i sera zeskrobywać paznokciem. Jeżeli był naprawdę brudny albo czekał przez dłuższy czas, otwierałam butelkę Pellegrino i wylewałam trochę na talerz. Żywiłam uzasadnione podejrzenie, że osiągnęłam nowe dno moralne – niepokojące było to, że wylądowałam na nim tak naturalnie.
– Pamiętaj, chcę, żeby moje dziewczyny się uśmiechały – mówiła przez telefon. Z tonu mogłam poznać, że rozmawiała z Lucią, dyrektorem do spraw mody, odpowiedzialną za zbliżające się zdjęcia w Brazylii, o tym, jak powinny wyglądać modelki. – Szczęśliwe, masa zębów, czyste, zdrowe dziewczyny. Żadnego zamyślenia, żadnej złości, żadnego marszczenia brwi, żadnych ciemnych makijaży. Chcę, żeby promieniały. Mówię poważnie, Lucia, nie zaakceptuję niczego innego.
Ustawiłam talerz z sandwiczem na brzegu biurka, a obok umieściłam latte i serwetkę z wszystkimi potrzebnymi przyborami. Nie spojrzała na mnie. Odczekałam chwilę, żeby sprawdzić, czy wręczy mi plik papierów z biurka, coś do przefaksowania, znalezienia albo skatalogowania, ale zignorowała mnie, więc wyszłam. Ósma trzydzieści. Byłam na nogach od trzech pełnych godzin, czułam się, jakbym już pracowała od dwunastu i wreszcie, pierwszy raz od rana, mogłam usiąść. Gdy logowałam się na Hotmail, spodziewając się jakichś zabawnych maili od ludzi spoza firmy, weszła. Tweedowy żakiet z paskiem ciasno obejmował jej szczupłą talię i uzupełniał idealnie dobraną wąską spódnicę, którą miała pod nim. Wyglądała wystrzałowo.