– Ahn – dre – ah. Kawa jest zimna jak lód. Nie rozumiem dlaczego. Z pewnością nie było cię wystarczająco długo! Przynieś mi następną.
Wzięłam głęboki wdech i skoncentrowałam się na niedopuszczeniu na twarz wyrazu nienawiści. Miranda postawiła to niezadowalające latte na moim biurku i przeglądała nowy numer Yanity Fair, który ktoś z personelu zostawił dla niej na stole. Poczułam na sobie wzrok Emily i wiedziałam, że patrzy na mnie zarówno ze współczuciem, jak i gniewem. Było jej przykro, że musiałam powtórzyć całą tę piekielną próbę, i nienawidziła mnie, bo ośmieliłam się być tym zdenerwowana. W końcu przecież milion dziewczyn dałby się zabić za tę pracę, prawda?
Tak więc z wyraźnym westchnieniem – coś, co ostatnio doprowadziłam do perfekcji – wystarczającym, żeby Miranda mogła usłyszeć, ale nawet w przybliżeniu nie dość głośnym, by mogła mnie za nie upomnieć, raz jeszcze włożyłam płaszcz i zmusiłam nogi, żeby ruszyły w stronę wind. Szykował się kolejny długi, bardzo długi dzień.
Drugi wypad po kawę na przestrzeni dwudziestu minut poszedł znacznie sprawniej; kolejki w Starbucks trochę się zmniejszyły i na posterunku pojawiła się Marion. Kiedy tylko weszłam do środka, osobiście zabrała się do przygotowania dużego latte. Tym razem nie zawracałam sobie głowy wydawaniem pieniędzy na większe zamówienie, ponieważ desperacko chciałam tylko wrócić i usiąść, ale dodałam do rachunku venti cappuccino dla Emily i dla mnie. Dokładnie w chwili gdy płaciłam za kawę, zadzwonił mój telefon. Do diabła z tym wszystkim, ta kobieta była niemożliwa. Nienasycona, niecierpliwa, nie do przyjęcia. Nie było mnie najwyżej cztery minuty! Znów balansując tacą w jednej ręce, wyciągnęłam telefon z kieszeni płaszcza. Już postanowiłam, że takie jej zachowanie usprawiedliwia wypalenie kolejnego papierosa choćby po to, żeby przytrzymać tę kawę kilka minut dłużej, gdy zobaczyłam, że to Lily dzwoni z domowego numeru.
– Hej, kiepski moment? – zapytała podnieconym głosem. Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że powinna być na zajęciach.
– Hm, coś w tym rodzaju. Jestem w trakcie drugiego wypadu po kawę, co jest po prostu cudowne. Naprawdę świetnie się bawię, tak w razie, gdybyś się zastanawiała. Co jest? Nie masz teraz zajęć?
– Mam, ale wczoraj znów umówiłam się z Chłopakiem w Różowej Koszuli i oboje wypiliśmy o kilka koktajli za dużo. O jakieś osiem. Wciąż tu jest, nieprzytomny, więc nie mogę go zostawić. Ale nie dlatego dzwonię.
– Tak? – Ledwie słuchałam, bo jedno cappuccino zaczęło przeciekać, telefon miałam wciśnięty między szyję a ramię, podczas gdy wolną ręką wyciągałam z paczki i zapalałam papierosa.
– Mój gospodarz miał czelność zapukać do mnie o ósmej rano, żeby powiedzieć, że zostaję eksmitowana – powiedziała z wielkim zadowoleniem w głosie.
– Eksmitowana? Lii, dlaczego? I co teraz zrobisz?
– Chyba w końcu załapali, że nie jestem Sandrą Gers i że ona nie mieszka tu od sześciu miesięcy. Ponieważ technicznie rzecz biorąc, nie jesteśmy rodziną, nie wolno jej było przekazać mi mieszkania z regulowanym czynszem. Wiedziałam o tym, oczywiście, więc twierdziłam, że ja to ona. Naprawdę nie wiem, skąd się dowiedzieli. Ale wszystko jedno, w sumie to bez znaczenia, bo teraz możemy mieszkać razem! Twoja umowa z Shanti i Kendrą jest odnawiana co miesiąc, prawda? Pod – najęłaś, bo nie miałaś się gdzie podziać, tak?
– Tak.
– No to teraz masz! Możemy znaleźć sobie mieszkanie razem, gdzie tylko chcemy!
– Wspaniale! – W moich własnych uszach zabrzmiało to nieszczerze, chociaż czułam autentyczne podniecenie.
– Więc wchodzisz w to? – zapytała, jej entuzjazm wydawał się teraz nieco przygaszony.
– Zdecydowanie, Lii. Szczerze, to niesamowity pomysł. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym się nie cieszyła, chodzi tylko o to, że pada deszcz ze śniegiem, a ja stoję na dworze i po lewej ręce spływa mi wrząca kawa… – Pip – pip. Zadzwoniła druga linia i chociaż o mało nie przypaliłam sobie szyi rozżarzoną końcówką papierosa, kiedy próbowałam odsunąć telefon od ucha, zdołałam zobaczyć, że to Emily.
– Cholera, Lii, Miranda dzwoni. Muszę lecieć. Ale gratulacje z powodu eksmisji! Strasznie się cieszę. Zadzwonię później, okej?
– Okej, pogadam z…
Zdążyłam się już rozłączyć i psychicznie przygotowałam się na słowną kanonadę.
– To znowu ja – sucho powiedziała Emily. – Co się, do cholery, dzieje? To tylko pieprzona kawa, na litość boską. Zapominasz, że kiedyś wykonywałam tę samą pracę i wiem, że przyniesienie kawy nie…
– Co? – odezwałam się głośno, zasłaniając palcami mikrofon w słuchawce. – Co powiedziałaś? Nie słyszę cię. Jeżeli mnie słyszysz, będę za chwilę! – Z trzaskiem zamknęłam telefon i schowałam go głęboko w kieszeni. I chociaż zostało mi co najmniej pół marlboro, rzuciłam papierosa na chodnik i pobiegłam z powrotem do pracy.
Miranda łaskawie raczyła zaakceptować nieco cieplejszą latte i nawet dała nam parę chwil spokoju między dziesiątą a jedenastą, kiedy siedziała w swoim gabinecie za zamkniętymi drzwiami, jak młoda małżonka gruchając z SGG. Oficjalnie poznałam go dopiero tydzień wcześniej, kiedy w środowy wieczór około dziewiątej podrzucałam Książkę. Wyjmował płaszcz z szafy w foyer i kolejne dziesięć minut spędził na opowiadaniu o sobie w trzeciej osobie. Od tego spotkania poświęcał mi superwyjątkową uwagę, zawsze znajdował parę minut, żeby zapytać, jak minął mi dzień albo pochwalić dobrze wykonaną pracę. Naturalnie wszystkie te uprzejmości nie były w stanie zatrzeć wrażenia po jego żonie, ale przynajmniej miło było mieć go pod ręką.
Właśnie miałam zacząć wydzwaniać do ludzi z działów PR, żeby sprawdzić, czy uda mi się załatwić jakieś porządne ciuchy do noszenia w pracy, kiedy głos Mirandy wyrwał mnie z zamyślenia.
– Emily, chciałabym lunch. – Zawołała ze swojego gabinetu, nie kierując wypowiedzi do nikogo konkretnie, ponieważ „Emily” mogło oznaczać każdą z nas. Prawdziwa Emily spojrzała na mnie, więc skinęłam głową i wiedziałam, że teraz mogę ruszać. Numer do Smitha i Wollensky'ego miałam zaprogramowany w telefonie na biurku i rozpoznałam głos po drugiej stronie jako należący do nowej pracownicy.
– Hej, Kim, tu Andrea z biura Mirandy Priestly. Czy jest Sebastian?
– Och, cześć, hm, mówiłaś, że jak się nazywasz? – Mimo że dzwoniłam o tej samej porze, dwa razy w tygodniu, i już się przedstawiłam, zawsze zachowywała się, jakbyśmy nie rozmawiały nigdy wcześniej.
– Z biura Mirandy Priestly. Z Runwaya. Słuchaj, nie chcę być niegrzeczna… – a właściwie chcę -…ale dosyć się śpieszę. Czy mogłabyś po prostu dać mi Sebastiana? – Gdyby odebrał ktokolwiek inny, mogłabym zwyczajnie powiedzieć, że składam zamówienie na stały zestaw Mirandy, ale ponieważ ta dziewczyna była zbyt głupia, żeby jej zaufać, nauczyłam się już prosić samego menedżera.
– Hm, okej, zaraz sprawdzę, czy jest wolny. – Zaufaj mi, Kim, jest. Miranda Priestly to jego życie.
– Andy, kochanie, jak się masz? – dyszał do telefonu Sebastian. – Mam nadzieję, że dzwonisz, ponieważ nasza ulubiona pani redaktor do spraw mody chciałaby dziś dostać lunch, czy tak?
Zastanawiałam się, co by powiedział, gdybym oznajmiła ten jeden raz, że to nie Miranda czeka na lunch, tylko ja. W końcu nie była to knajpa z jedzeniem na wynos, robili tylko wyjątek dla jej królewskiej mości.