W rzeczy samej. Właśnie mówiła, jak wielką ma ochotę na coś pysznego z waszej restauracji, kazała też przesłać ucałowania. – Pod groźbą śmierci i rozczłonkowania Miranda nie byłaby w stanie zidentyfikować nazwy restauracji, która codziennie szykowała jej lunch, że już nie wspomnę o nazwisku menedżera dziennej zmiany, ale wydawał się uszczęśliwiony, gdy mówiłam coś podobnego. Dziś był tak podekscytowany, że zachichotał.
– Bosko! Po prostu bosko. Będziemy mieli wszystko gotowe, kiedy przyjdziesz – zawołał ze świeżym podnieceniem w głosie. – Nie mogę się doczekać! I oczywiście przekaż jej ucałowania ode mnie!
– Oczywiście. Do zobaczenia niedługo. – Tak entuzjastyczne pompowanie jego ego było zajęciem wyczerpującym, ale również opłacalnym, bo bardzo ułatwiał mi pracę. Każdego dnia, gdy Miranda nie jadła w mieście, serwowałam jej na biurko taki sam posiłek, który potem niespiesznie zjadała za zamkniętymi drzwiami. W tym celu w pojemnikach nad moim biurkiem trzymałam zapas porcelanowych talerzy. W większości próbki przysłane przez projektantów, którzy mieli zamiar wypuścić nowe linie „domowe”, chociaż niektóre po prostu zabrałam z Jadalni. Trzymanie zapasu takich rzeczy jak pojemniki na sos, noże do steków i lniane serwetki byłoby zbyt kłopotliwe, więc Sebastian zawsze pilnował, żeby dostarczać je z posiłkiem.
Raz jeszcze narzuciłam na ramiona płaszcz z czarnej wełny, wcisnęłam do kieszeni papierosy oraz telefon i wyszłam w marcowy dzień, który w miarę jak płynął, wydawał się tylko coraz bardziej szary. Chociaż zaledwie piętnastominutowy spacer dzielił mnie od restauracji na rogu Czterdziestej Dziewiątej i Trzeciej, zastanawiałam się, czy nie wezwać samochodu, ale zmieniłam zdanie, gdy poczułam w płucach świeże powietrze. Zapaliłam papierosa i wciągnęłam dym; przy wydechu nie byłam pewna, czy wyrzucam z siebie dym, zimne powietrze czy irytację, ale było to cholernie przyjemne uczucie.
Łatwiejsze stało się wymijanie zagapionych turystów. Dawniej patrzyłam z obrzydzeniem na przechodniów z komórkami, ale z powodu tych przesadnie wypełnionych dni sama stałam się wędrującym rozmówcą. Wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam do szkoły Aleksa, gdzie według mojego niezbyt precyzyjnego rozeznania mógł teraz jeść lunch w pokoju nauczycielskim.
Po dwóch sygnałach usłyszałam wysoki, pełen napięcia kobiecy głos.
– Halo. Szkoła publiczna dwieście siedemdziesiąt siedem, Whitmore. Czym mogę służyć?
– Czy zastałam Aleksa Finemana?
– A mogę zapytać, z kim rozmawiam?
– Mówi Andrea Sachs, dziewczyna Aleksa.
– A, tak, Andrea! Tyle tu o tobie słyszeliśmy. – Mówiła tak urywanie, że brzmiało to, jakby w każdej chwili mogła się udusić.
– Och, naprawdę? To… ee, to dobrze. Oczywiście ja też wiele o państwu słyszałam. Alex opowiada wspaniałe rzeczy o wszystkich ze szkoły.
– Jak to miło. Ale poważnie, Andrea, wygląda na to, że masz tam niezłą pracę! Jakie to musi być ciekawe, pracować dla tak utalentowanej kobiety. Doprawdy, szczęśliwa z ciebie dziewczyna.
Ach, tak, pani Whitmore. Doprawdy szczęśliwa ze mnie dziewczyna. Taka szczęśliwa, że nie ma pani pojęcia. Nie umiem wyrazić, jaka się czułam szczęśliwa, kiedy wczorajszego popołudnia zostałam wysłana, żeby nabyć tampony dla mojej szefowej, ale powiedziano mi, że kupiłam niewłaściwe, i zapytano, czemu niczego nie umiem zrobić jak należy? I szczęście jest prawdopodobnie jedynym właściwym słowem, by opisać fakt, że co rano przed ósmą dostaję do posortowania cudze przepocone i poplamione jedzeniem ubrania, a potem muszę zorganizować ich czyszczenie. Och, zaraz! Myślę, że tak naprawdę najbardziej uszczęśliwiła mnie konieczność odbywania przez trzy kolejne tygodnie rozmów z hodowcami na terenie trzech stanów w poszukiwaniu idealnego szczeniaka cocker – - spaniela dla dwóch niesamowicie rozpuszczonych i niemiłych dziewczynek. Tak, to jest to!
– O tak, to fantastyczna okazja – odparłam odruchowo. – Posada, za którą milion dziewczyn dałoby się zabić.
– Bez wątpienia, kochanie! Wiesz co? Właśnie wszedł Alex. Dam ci go.
– Hej, Andy, jak leci? Jak ci mija dzień?
– Nie pytaj. Jestem teraz w drodze po odbiór jej lunchu. A jak twój dzień?
– Na razie dobrze. Moja klasa ma dziś po lunchu lekcję muzyki, więc zyskuję półtorej godziny wolnego, co jest bardzo miłe. A potem zaczynamy kolejne ćwiczenia z czytania! – powiedział głosem, który wydał mi się nieco przygaszony. – Chociaż wygląda na to, że nigdy naprawdę nie nauczą się czytać.
– A były jakieś nożownicze wyczyny?
– Nie.
– Czy można chcieć więcej? Miałeś stosunkowo bezbolesny, bezkrwawy dzień. Ciesz się z tego. Zostaw całe to czytanie na jutro. Ale, wiesz co? Rano dzwoniła Lily. W końcu eksmitowali ją z tego mieszkania w Harlemie, więc zamierzamy zamieszkać razem. Fajnie, prawda?
– Hej, wspaniale! Dla ciebie to się idealnie składa. Będziecie się, dziewczyny, razem świetnie bawić. Chociaż… to trochę przerażające. Kontakt z Lily w pełnym wymiarze… i z jej facetami… Obiecujesz, że będziemy często wpadać do mnie?
– Oczywiście. Ale zaraz się przyzwyczaisz, będzie znów jak na czwartym roku.
– Szkoda, że traci to tanie mieszkanie. Ale poza tym, to wspaniałe wieści.
– Tak, jestem podekscytowana. Shanti i Kendra są w porządku, ale trochę jestem zmęczona tym mieszkaniem z obcymi. – I zapachem curry, chociaż uwielbiam indyjską kuchnię, bo przesiąkło nim wszystko, co mam. – Sprawdzę, czy Lily chce się spotkać dziś wieczorem na drinka, żeby to uczcić. Wchodzisz w to? Spotkamy się gdzieś w East Village, więc to nie tak daleko od ciebie.
– Jasne, brzmi świetnie. Pędzę dziś do Larchmont pilnować Joeya, ale wrócę do miasta przed ósmą. Do tej pory nawet nie wyjdziesz jeszcze z pracy, więc zobaczę się z Maksem, a potem możemy wszyscy się spotkać. Hej, czy Lily się z kimś widuje? Bo Maksowi przydałoby się, no…
– Co? – zaśmiałam się. – No dalej, powiedz to. Myślisz, że moja przyjaciółka to dziwka? Jest po prostu wolnym duchem. A czy się z kimś widuje? Co to za pytanie? Wczoraj został u niej na noc jakiś Chłopak w Różowej Koszuli. Chyba nie znam jego prawdziwego imienia.
– Mniejsza z tym. No, właśnie był dzwonek. Zadzwoń do mnie, kiedy podrzucisz Książkę.
– Jasne. Pa.
Już miałam schować telefon, kiedy znów zadzwonił. Numer nieznany, ale odebrałam, taką poczułam ulgę, że to nie Miranda ani Emily.
– Biur… ee, halo? – zaczęłam odruchowo odbierać komórkę i domowy telefon ze słowami „Biuro Mirandy Priestly”, co było w najwyższym stopniu krępujące, jeśli trafiłam na kogoś oprócz rodziców i Lily. Trzeba nad tym popracować.
– Czy to czarująca Andrea Sachs, którą niechcący przeraziłem na przyjęciu Marshalla? – zapytał nieco chrapliwy i bardzo seksowny głos. Christian! Właściwie czułam ulgę, kiedy nie pojawił się nigdzie po tych pieszczotach mojej dłoni. Teraz gwałtownie wróciła chęć z tamtej pierwszej nocy, żeby zrobić na nim wrażenie inteligencją oraz urokiem, i szybko przysięgłam sobie, że rozegram to na spokojnie.
– Owszem. A mogę zapytać, z kim rozmawiam? Tamtego wieczoru wielu mężczyzn przeraziło mnie z różnych i wielorakich powodów. – Jak na razie w porządku. Głęboki wdech, zachować spokój.
– Nie zdawałem sobie sprawy, że mam taką konkurencję – stwierdził gładko. – Ale pewnie nie powinienem być zaskoczony. Jak się miewasz, Andrea?
– W porządku. Właściwie świetnie – skłamałam pośpiesznie, przypominając sobie artykuł przeczytany w Cosmo, który stanowczo zalecał „rozgrywać to lekko, swobodnie i radośnie” podczas rozmowy z nowym facetem, ponieważ większość „normalnych facetów” niezbyt dobrze reagowała na wyraźny cynizm. – Praca idzie naprawę dobrze. Autentycznie to uwielbiam! Ostatnio było naprawdę ciekawie… masa nowych doświadczeń, dzieje się mnóstwo rzeczy. Jest wspaniale. A co u ciebie? – Nie mów za dużo o sobie, nie zdominuj rozmówcy, pozwól mu poczuć się na tyle swobodnie, żeby zaczął mówić na ulubiony i najlepiej znany temat: o sobie.