– Świetnie napisane opowiadania, hm? – zapytałam, a szeroki uśmiech o mało nie wymknął mi się spod kontroli. Z dumą potaknął i odwrócił się, gdy jedna z umundurowanych pomocnic klepnęła go w ramię, żeby wręczyć mu dużą torbę.
Dosłownie krzyknął z radości.
– Aha! Proszę bardzo, jeden perfekcyjnie przygotowany lunch dla jednej idealnej pani redaktor… i jednej idealnej asystentki – dodał, puszczając do mnie oko.
– Dziękuję, Sebastianie, obie to doceniamy. – Otworzyłam bawełnianą torbę, która wyglądała dokładnie tak samo jak te niesamowite torby ze Strandu, które noszą na ramieniu studenci Uniwersytetu Nowojorskiego, ale bez logo, i sprawdziłam, czy wszystko jest w porządku. Jeden ponadfuntowy stek z krzyżowej, puszczający soki w pojemniku, tak surowy, jakby w ogóle go nie smażono. Zgadza się. Dwa pieczone ziemniaki wielkości kociaków, każdy gorący i parujący. Zgadza się. Jeden pojemniczek tłuczonych ziemniaków, przyrządzonych z masą tłustej śmietany i dodatkowym masłem. Zgadza się. Dokładnie osiem idealnych szparagów o główkach wyglądających jędrnie i soczyście, z końcówkami obranymi do czystej bieli. Zgadza się.
Był tam również metalowy pojemnik pełen płynnego masła, pudełeczko z sypką koszerną solą, nóż do steków z drewnianą rączką i wykrochmalona biała lniana serwetka, dziś złożona w kształt marszczonej spódnicy. Jak uroczo. Sebastian czekał, żeby sprawdzić, jak mi się to podoba.
– Bardzo ładnie, Sebastianie – powiedziałam, jakbym chwaliła szczeniaka, że załatwił „dużą” potrzebę na dworze. – Dzisiaj naprawdę przeszedłeś samego siebie.
Rozpromienił się, a potem pochylił głowę z wypraktykowaną skromnością.
– Cóż, dziękuję. Znasz moje uczucia względem pani Priestly i cóż, to naprawdę zaszczyt, że no cóż, wiesz…
– Szykujesz dla niej lunch? – podpowiedziałam usłużnie.
– Cóż, tak. Dokładnie. Wiesz, o co mi chodzi.
– Tak, oczywiście, Sebastianie. Będzie zachwycona, jestem pewna. – Nie miałam serca powiedzieć mu, że natychmiast rozprostowywałam wszystkie jego dzieła, ponieważ pani Priestly, którą tak uwielbiał, dostałaby szału, gdyby zetknęła się z serwetką w jakimkolwiek innym kształcie niż kształt serwetki – bez różnicy, czy chodziłoby o kształt torebki, czy obcasa na szpilce. Wsadziłam torbę pod pachę i odwróciłam się żeby wyjść, ale akurat zadzwonił mój telefon.
Sebastian spojrzał na mnie wyczekująco, rozgorączkowany nadzieją, że głos w słuchawce będzie należał do jego ukochanej, do tej, dla której żył. Nie zawiódł się.
– Czy to Emily? Emily, czy to ty, ledwie cię słyszę! – Głos Mirandy płynął przenikliwym, gniewnym staccato.
– Halo, Mirando. Tak, tu Andrea. – Stwierdziłam spokojnie, podczas gdy Sebastian na dźwięk jej imienia w widoczny sposób o mało nie stracił zmysłów.
– Czy osobiście przygotowujesz mój lunch, Andrea? Ponieważ według wskazań mojego zegarka prosiłam o niego dziewiętnaście minut temu. Nie potrafię wymyślić żadnego powodu, o ile wykonujesz swoją pracę jak należy, dla którego lunch nie miałby stać teraz na moim biurku. A ty?
Poprawnie wymówiła moje imię! Niewielki sukces, ale nie ma czasu na świętowanie.
– Ee, hm, cóż, bardzo mi przykro, że tak długo to trwa, ale nastąpiło pewne zamieszanie z…
– Wiesz, w jak niewielkim stopniu interesują mnie takie szczegóły, prawda?
– Tak, oczywiście. Rozumiem i niedługo…
– Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że chcę dostać mój lunch i chcę go teraz. Nie ma tu miejsca na żadne niuanse, Emily. Chcę. Mój. Lunch. Teraz! – Z tymi słowami odłożyła słuchawkę, a mnie ręce trzęsły się do tego stopnia, że upuściłam komórkę na podłogę. Jakby ją ktoś oblał kwasem.
Sebastian, który wyglądał, jakby miał zemdleć, rzucił się, żeby odzyskać telefon i mi go wręczyć.
– Czy jest przez nas wyprowadzona z równowagi, Andrea? Mam nadzieję, że nie uważa, że ją zawiedliśmy? Uważa tak? Czy tak uważa? – Ściągnął usta, a żyły, i tak już wyraźnie widoczne na czole, pulsowały. Chciałam go nienawidzić tak mocno, jak jej nienawidziłam, ale tylko go żałowałam. Czemu ten człowiek, człowiek, który wydawał się wyróżniać tylko tym, jak bardzo się nie wyróżniał, czemu tak bardzo się przejmował Mirandą Priestly? Dlaczego z takim zaangażowaniem spełniał jej zachcianki, chciał zrobić na niej wrażenie, usłużyć? Może powinien przejąć moją posadę, pomyślałam, boja mam zamiar się zwolnić. Tak, to było to. Zamierzałam wmaszerować do biura i się zwolnić. Komu potrzebne to gówno? Co dawało jej prawo mówić do mnie, do kogokolwiek, w taki sposób? Stanowisko? Władza? Prestiż? Cholerna Prada? Czy gdziekolwiek w sprawiedliwym świecie można by to uznać za zachowanie do przyjęcia?
Rachunek, który miałam podpisać, żeby posiłkiem za dziewięćdziesiąt pięć dolarów obciążyć Elias – Clark, spoczywał na podwyższeniu i szybko nabazgrałam nieczytelny podpis. W tym momencie nie byłam nawet pewna, czy to podpis mój, Mirandy, Emily czy Mahatmy Ghandiego, ale nie miało to znaczenia.
Chwyciłam torbę z jedzeniem, która nadawała nowy sens terminowi „lunch na wynos”, i z tupotem wybiegłam na zewnątrz, zostawiając wrażliwego Sebastiana, żeby sam sobie radził. Rzuciłam się na taksówkę w chwili, gdy wypadłam na ulicę, prawie zbijając z nóg starszego mężczyznę. Nie miałam czasu, żeby się tym przejmować. Musiałam rzucić pracę. Mimo południowego ruchu przejechaliśmy tych kilka przecznic w pięć minut i wepchnęłam taksiarzowi dwudziestkę. Gdybym miała, dałabym mu pięćdziesiątkę, a potem wymyśliła jakiś sposób, żeby odebrać to sobie od firmy, ale niczego więcej nie znalazłam w portfelu. Z miejsca zaczął odliczać resztę, ale trzasnęłam drzwiami i pobiegłam. Niech ta dwudziestka zostanie wydana na prezent dla jakiejś małej dziewczynki albo na naprawę bojlera, pomyślałam. Albo nawet na kilka piw po pracy w bazie taksówkarzy w Queens – cokolwiek ten taksiarz z nią zrobi, wydawało się w jakiś sposób bardziej szlachetne niż kupno kolejnego kubka Starbucks.
Przepełniona obłudnym oburzeniem jak burza wpadłam do budynku i zignorowałam pełne dezaprobaty spojrzenia małej grupki Klakierów w kącie. Zobaczyłam Benjamina wysiadającego z wind należących do Bergmana, ale szybko odwróciłam się do niego plecami, żeby nie marnować więcej czasu, przeciągnęłam kartą i biodrem pchnęłam bramkę. Cholera! Metalowy drążek głośno uderzył w moją miednicę i wiedziałam, że za parę minut będę tam miała rozlewającego się, fioletowego siniaka. Podniosłam głowę, żeby zobaczyć dwa rzędy lśniących białych zębów i tłustą, spoconą twarz, w której się znajdowały. Eduardo. Chyba żartował. Musiał żartować.
Obrzuciłam go jednym z moich najlepszych spojrzeń spode łba, tym, które wprost mówiło: Zdychaj!, ale dzisiaj to nie zadziałało. Zachowując pełny kontakt wzrokowy, zawróciłam do następnej bramki w rzędzie i z błyskawiczną prędkością przesunęłam kartą, po czym naparłam na poprzeczkę. Zdołał ją zamknąć w ostatniej chwili i stałam tam, gdy przepuszczał Klakierów przez pierwszą bramkę, którą wypróbowałam, jednego za drugim. Sześciu, a ja wciąż stałam, tak sfrustrowana, że mogłabym się rozpłakać. Eduardo nie okazał współczucia.
– Nie bądź taka załamana, dziewczyno. To nie tortura, to zabawa. A teraz, proszę. Uważaj, bo… „Chyba jesteśmy teraz sami, nikogo nie ma wokół nas. Chyba jesteśmy teraz sami, jedyny dźwięk to serca bicie”.
– Eduardo! Jak, do licha, można coś takiego odegrać? Nie mam teraz czasu na to gówno!
– Okej, okej. Tym razem bez pokazywania, tylko śpiewasz. Ja zacznę, ty dokończysz. „Spokojnie, dzieciaki! Tak mówią, kiedy jesteśmy razem. I bądźcie grzeczni! Nie rozumieją, więc…”.