Выбрать главу

Zdałam sobie sprawę, że jeżeli w ogóle kiedykolwiek dotrę na górę, nie będę musiała składać wymówienia, bo do tej pory zdążą mnie wylać. Równie dobrze mogę uprzyjemnić komuś dzień.

– „…biegniemy jak najszybciej – pociągnęłam, nie gubiąc ani jednego taktu – trzymając się za ręce. Chcemy uciec w noc, a potem chwytasz mnie w ramiona i gdy padniemy już na ziemię, mówisz…”.

Nachyliłam się, gdy zauważyłam, że ten kretyn z pierwszego dnia, Mickey, próbuje podsłuchiwać, a Eduardo dokończył:

– „Chyba jesteśmy teraz sami, nikogo nie ma wokół nas. Chyba jesteśmy teraz sami, jedyny dźwięk to serca bicie!” – Roześmiał się z całego serca i wyciągnął w górę rękę. Przybiłam mu piątkę i usłyszałam kliknięcie otwierającej się metalowej bramki.

– Miłego lunchu, Andy! – zawołał, wciąż z szerokim uśmiechem.

– Tobie też, Eduardo, tobie też.

Jazda windą była rozkosznie nudna i dopiero gdy stałam dokładnie na wprost drzwi do naszego biura, zdecydowałam, że nie mogę rzucić pracy. Poza oczywistą przyczyną – to znaczy było to zbyt przerażające przedsięwzięcie, żeby przystąpić do niego bez przygotowania, prawdopodobnie tylko by na mnie spojrzała i wycedziła: Nie, nie pozwalam ci złożyć wymówienia. Co bym wtedy powiedziała? – musiałam pamiętać, że chodziło tylko o rok z mojego życia. Jeden rok, żeby uniknąć znacznie większej niedoli. Jeden rok, wytrzymać w tym szambie bez narzekań trzysta sześćdziesiąt pięć dni, żeby robić to, czego naprawdę chciałam. Nie było to zbyt trudne wymaganie, a poza tym, czułam się za bardzo zmęczona, żeby choć myśleć o szukaniu innej pracy. O wiele za bardzo. Emily spojrzała na mnie, kiedy weszłam.

– Zaraz wróci, zadzwonili po nią z biura pana Ravitza. Naprawdę, Andrea, czemu to tak długo trwało? Wiesz, że kiedy się spóźniasz, wsiada na mnie, a co ja jej mogę powiedzieć? Że palisz, zamiast kupić jej kawę, albo rozmawiasz ze swoim chłopakiem, zamiast przynieść jej lunch? To nie w porządku, naprawdę. – Ze zrezygnowanym wyrazem twarzy ponownie przeniosła uwagę na swój komputer.

Oczywiście miała rację. To nie było w porządku. Wobec mnie, wobec niej, wobec żadnej na wpół ucywilizowanej ludzkiej istoty. I paskudnie się czułam, że ją narażam, a robiłam to za każdym razem, gdy zostawałam poza biurem kilka dodatkowych minut, żeby się odprężyć i odetchnąć. Ponieważ każda sekunda mojej nieobecności była kolejną sekundą, w której Miranda bezlitośnie skupiała się na Emily. Przysięgłam sobie, że bardziej się postaram.

– Masz całkowitą rację, Em, i przepraszam. Postaram się. – Wyglądała na szczerze zaskoczoną i jakby nieco zadowoloną.

– Naprawdę byłabym ci wdzięczna, Andrea. Przecież wykonywałam twoją pracę, więc wiem, jaka jest parszywa. Możesz mi wierzyć, były dni, kiedy musiałam wychodzić w śnieg, zawieruchę i deszcz, żeby przynieść jej kawę pięć, sześć, siedem razy jednego dnia. Byłam tak zmęczona, że ledwie mogłam się ruszyć, wiem, jak to jest! Czasami dzwoniła, żeby zapytać, gdzie jest coś, po co mnie posłała – jej latte, lunch, jakaś specjalna pasta do wrażliwych zębów – pocieszające było odkryć, że chociaż jej zęby mają odrobinę wrażliwości – a ja nawet nie zdążyłam jeszcze wyjść z budynku. Nawet nie wyszłam na zewnątrz! Ona taka po prostu jest, Andy, po prostu tak to wygląda. Nie możesz z tym walczyć, bo nie przeżyjesz. Ona nie ma na myśli niczego złego, naprawdę nie. Po prostu taka jest.

Skinęłam głową i zrozumiałam, lecz nie potrafiłam się z tym pogodzić. Nie pracowałam jeszcze nigdzie indziej, ale nie mogłam uwierzyć, że wszyscy szefowie wszędzie tak się zachowywali. Ale może?

Zaniosłam torbę z lunchem do swojego biurka i zaczęłam przygotowania, żeby obsłużyć Mirandę. Gołą ręką wyjmowałam każdą rzecz z pojemnika zabezpieczonego folią termoplastyczną, jedną po drugiej, i układałam (stylowo, mam nadzieję) na jednym z porcelanowych talerzy zdjętych z góry. Zwalniając tylko po to, żeby wytrzeć zatłuszczone ręce w parę jej brudnych spodni od Versace, których nie posłałam jeszcze do pralni, umieściłam talerz na cieniutkiej tekowej tacy, którą trzymałam pod biurkiem. Obok znalazła się sosjerka pełna masła, sól i sztućce owinięte w lnianą serwetkę, która już nie była złożona w kształt spódnicy. Szybkie kontrolne spojrzenie na moje dzieło ujawniło brak pellegrino. Trzeba się śpieszyć, może wrócić w każdej chwili! Popędziłam do jednej z minikuchenek i chwyciłam pełną garść kostek lodu, dmuchając na nie, żeby lód nie parzył mi rąk. Dmuchanie było tylko o włos od oblizania – czy to zrobię? Nie! Bądź ponad to, wznieś się ponad to. Nie pluj do jej jedzenia i nie bierz do ust jej kostek lodu, jesteś ponad to!

Gdy wróciłam, gabinet nadal był pusty, a jedyne, co zostało do zrobienia, to nalać wodę z butelki i umieścić całą starannie zaaranżowaną tacę na jej biurku. Wróci, zasiądzie za swoim ogromnym biurkiem i zawoła kogoś, żeby zamknął drzwi. I ten jeden raz zerwę się na równe nogi radośnie, entuzjastycznie, ponieważ będzie to oznaczało nie tylko, że przez dobre pół godziny posiedzi spokojnie za tymi zamkniętymi drzwiami, gruchając z SGG, ale że i my mamy czas coś zjeść. Mogłyśmy wtedy kolejno pognać na dół, do Jadalni, chwycić pierwszą rzecz z brzegu, po czym biegiem wrócić, żeby ta druga mogła wyjść, a następnie starać się ukryć jedzenie pod biurkiem albo za monitorem na wypadek, gdyby niespodziewanie weszła.

Jeśli istniała jakaś niepisana, ale niepodlegająca dyskusji zasada, to że członkowie zespołu nie jedzą w obecności Mirandy. Kropka. Mój zegarek pokazywał, że było piętnaście po drugiej. Mój brzuch twierdził, że późny wieczór. Minęło siedem godzin, od kiedy połknęłam czekoladowy rożek, wracając do biura ze Starbucks, i byłam taka głodna, że zastanawiałam się, czy nie pożreć jej steku.

– Em, zaraz zemdleję, taka jestem głodna. Chyba pobiegnę na dół i coś sobie wezmę. Przynieść ci coś?

– Zwariowałaś? Jeszcze nie podałaś jej lunchu. Zaraz wróci.

– Mówię poważnie, naprawdę nie czuję się dobrze, chyba nie dam rady poczekać. – Brak snu i niski poziom cukru we krwi do spółki przyprawiały mnie o zawroty głowy. Nie byłam pewna, czy dałabym radę zanieść tacę ze stekiem do jej gabinetu, nawet gdyby wróciła niedługo.

– Andrea, myśl logicznie! A co, jeżeli wpadniesz na nią w windzie albo w recepcji? Będzie wiedziała, że wyszłaś z biura. Wścieknie się. Nie warto ryzykować. Wytrzymaj sekundę, coś ci przyniosę. – Chwyciła portmonetkę z drobnymi i wyszła z biura. Najwyżej cztery sekundy później zobaczyłam Mirandę idącą korytarzem w moją stronę. Wszelkie myśli o zawrotach głowy, głodzie albo wyczerpaniu znikły w momencie, gdy dostrzegłam jej ściągniętą twarz ze zmarszczonymi brwiami, i zerwałam się z miejsca, żeby zanieść tacę na biurko, zanim ona sama do niego dotrze.

Wylądowałam na swoim miejscu – w głowie mi wirowało, w ustach miałam sucho i byłam kompletnie zdezorientowana – tuż przed tym, gdy pierwszy z jej butów od Jimmy'ego Choo przekroczył próg. Nawet na mnie nie spojrzała i na szczęście wyglądało, jakby nie zauważyła, że prawdziwej Emily nie było przy biurku. Miałam wrażenie, że spotkanie, które właśnie odbyła z panem Ravitzem, nie za bardzo się udało, chociaż mogło też chodzić ojej upartą niechęć do opuszczania własnego biura, żeby spotkać się z kimś u niego. Do tej pory pan Ravitz był jedyną osobą w całym budynku, do której pośpiesznie się dostosowała.

– Ahn – dre – ah! Co to jest? Powiedz mi proszę, cóż to jest?

Pomknęłam do jej gabinetu i stanęłam przed biurkiem, gdzie obie spojrzałyśmy na to, co w oczywisty sposób było takim samym lunchem, jaki jadała, ilekroć nie wychodziła do miasta. Szybkie sprawdzenie w duchu listy kontrolnej ujawniło, że niczego nie brakowało, wszystko stało na miejscu, po właściwej stronie i było poprawnie ugotowane. O co jej chodziło?