– Hm, to jest, ee, no, twój lunch – stwierdziłam cicho, usilnie starając się nie powiedzieć niczego sarkastycznie, co było trudne, biorąc pod uwagę, że stwierdzałam całkowitą oczywistość. – Czy coś się stało?
Uczciwie mówiąc, myślę, że tylko rozchyliła usta, ale dla mojego rozhisteryzowanego ja wyglądało to, jakby odsłaniała ostre kły.
– Czy coś się stało? – naśladowała mnie wysokim głosem, kompletnie niepodobnym do mojego, nieludzkim. Zmrużyła oczy w szparki i nachyliła się bliżej, jak zwykle nie podnosząc głosu. – Owszem, coś się stało. Coś jest bardzo, bardzo nie w porządku. Czemu po powrocie do gabinetu muszę znaleźć to stojące na moim biurku?
Zupełnie jak podczas próby rozwiązania jednej z tych zakręconych zagadek. Dlaczego musiała wracać do własnego biurka i znaleźć to coś, co na nim stoi? – zastanawiałam się. Najwyraźniej odpowiedź, że sama to zamówiła godzinę wcześniej, nie była poprawna, ale tylko taką miałam. Czy nie podobała się jej taca, na której stał lunch? Nie, to niemożliwe, widziała ją milion razy i nigdy nie narzekała. A może przypadkowo przygotowali jej niewłaściwy kawałek mięsa? Nie, także nie. W restauracji dali mi kiedyś przez pomyłkę cudownie wyglądający filet, sądząc, że z pewnością ucieszy ją bardziej niż twardy stek z krzyżowej, ale ona o mało nie dostała zawaha. Zmusiła mnie, żebym zadzwoniła do samego szefa kuchni i nawrzeszczała na niego przez telefon, a ona stała obok i mówiła, co mam powiedzieć.
– Tak mi przykro, panienko, naprawdę – stwierdził łagodnie, miał głos najmilszego człowieka na świecie. – Naprawdę po prostu pomyślałem, że skoro pani Priestly jest taką dobrą klientką, to będzie wolała nasze popisowe danie. Nie policzyłem za to nic ekstra i proszę się nie obawiać, to się więcej nie powtórzy, obiecuję. – Miałam ochotę się rozpłakać, kiedy kazała mi powiedzieć, że nigdy nie będzie prawdziwym szefem kuchni nigdzie oprócz drugorzędnej knajpy ze stekami, ale zrobiłam to. A on przeprosił, zgodził się ze mną i od tamtego dnia zawsze dostawała swój krwisty stek z krzyżowej. Więc nie chodziło też o to. Nie miałam pojęcia, co powiedzieć ani co zrobić.
– Ahn – dre – ah. Czy asystentka pana Ravitza nie powiedziała ci, że jedliśmy razem lunch w tej żałosnej Jadalni dosłownie parę minut temu? – zapytała powoli, jakby starała się nie stracić nad sobą panowania.
Co takiego? Po tym wszystkim, po całej tej bieganinie i absurdalnym zachowaniu Sebastiana, wściekłych telefonach, posiłku za dziewięćdziesiąt pięć dolarów, piosence Tiffany, aranżowaniu wyglądu talerza, zawrotach głowy i czekaniu, żeby coś zjeść po jej powrocie, ona już jadła?
– Ee, nie, w ogóle do nas nie dzwoniła. Więc, ee, czy to znaczy, że tego nie chcesz? – zapytałam, wskazując na tacę.
Spojrzała na mnie, jakbym proponowała jej zjedzenie pierworodnego dziecka.
– A jak sądzisz, co to znaczy, Emily? – Cholera! A tak jej dobrze szło z moim imieniem.
– Chyba, że, ee, no, że tego nie chcesz.
– Bardzo jesteś spostrzegawcza, Emily. Mam szczęście, że taka jesteś pojętna. A teraz się tego pozbądź. I dopilnuj, żeby coś podobnego więcej się nie powtórzyło. To wszystko.
Przez głowę przemknęła mi przelotna fantazja: jak w filmach ruchem ramienia zmiatam wszystko z biurka i posyłam tacę w powietrzną podróż przez pokój. Ona patrzyłaby i, zaszokowana oraz skruszona, zaczęłaby gorąco przepraszać, że tak się do mnie odezwała. Ale stukanie jej paznokci o blat przywołało mnie z powrotem do rzeczywistości i pośpieszne chwyciłam tacę, po czym ostrożnie wyszłam gabinetu.
– Ahn – dre – ah, zamknij drzwi! Potrzebna mi chwila! – zawołała. Zdaje się, że pojawienie się wykwintnego lunchu na biurku, gdy nie miała ochoty najedzenie, musiało być naprawdę stresującym doświadczeniem.
Emily właśnie wróciła z puszką dietetycznej coli i paczką rodzynek dla mnie. Miała to być przekąska, dzięki której dotrwam do lunchu i oczywiście nie było w niej nawet jednej kalorii, grama tłuszczu czy uncji cukru. Gdy usłyszała wołanie Mirandy, rzuciła wszystko na swoje biurko i podbiegła zamknąć przeszklone drzwi.
– Co się stało? – wyszeptała, mierząc wzrokiem nietkniętą tacę z jedzeniem, którą trzymałam, stojąc jak skamieniała w pobliżu własnego biurka.
– Och, wygląda na to, że nasza czarująca szefowa już jadła lunch – syknęłam przez zaciśnięte zęby. – Właśnie dała mi popalić, że nie przewidziałam, nie przeczułam, nie byłam w stanie zajrzeć wprost do jej żołądka i stwierdzić, że już nie jest głodna.
– Żartujesz – powiedziała. – Nakrzyczała na ciebie, bo pobiegłaś przynieść jej lunch – tak jak prosiła – a potem nie umiałaś stwierdzić, że już jadła gdzie indziej? Co za suka!
Kiwnęłam głową. Co za fenomenalna zmiana frontu, choć raz mieć Emily naprawdę po swojej stronie, a nie wysłuchiwać jej pouczeń, jak to „niczego nie przyswajam”. Ale zaraz! To zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Jak słońce opuszcza niebo, pozostawiając tylko różowe i niebieskie smugi tam, gdzie świeciło parę sekund wcześniej, twarz Emily w mgnieniu oka zmieniła się od złości do skruchy. Paranoidalna Pętla Runwaya.
– Pamiętaj, o czym rozmawiałyśmy wcześniej, Andrea. – Oho, nadchodzi. PPR na godzinie dwunastej. – Ona nie robi tego, żeby cię skrzywdzić, nie ma niczego złego na myśli. Jest o wiele zbyt ważną osobą, żeby zajmować się drobiazgami. Więc nie walcz z tym. Po prostu wyrzuć jedzenie i bierzmy się do roboty. – Emily zrobiła minę pełną determinacji i zajęła miejsce przed swoim komputerem. Wiedziałam, że właśnie się zastanawia, czy Miranda ma podsłuch w naszej części biura i wszystko słyszała. Była czerwona, wzburzona i najwyraźniej bardzo niezadowolona z powodu takiej utraty kontroli nad sobą. Pojęcia nie miałam, jakim cudem przetrwała tak długo.
Zaniosłam tacę do kuchni i przechyliłam, tak że każdy najdrobniejszy przedmiot po prostu zsunął się wprost do śmieci – całe to idealnie przygotowane i doprawione jedzenie, porcelanowy talerz, metalowy pojemnik na masło, miseczka z solą, lniana serwetka, srebra, nóż do steków i szklanka od Baccarata. Znikły. Wszystkie znikły. Jakie to miało znaczenie? Dostanę wszystko następnego dnia albo kiedy tylko ona ponownie nabierze apetytu na lunch.
Kiedy wreszcie dotarłam do Drinklandu, Alex wyglądał na zirytowanego, a Lily na wyczerpaną. Natychmiast zaczęłam się zastanawiać, czy Alex skądś wiedział, że zostałam dziś zaproszona na randkę przez kogoś, kto nie tylko jest sławny i od niego starszy, ale też okazał się stuprocentowym fiutem. Zauważył? Wyczuł coś? Czy powinnam mu powiedzieć? Nie, nie ma potrzeby się w to wdawać, skoro sprawa jest pozbawiona znaczenia. Wcale nie chciałam się przyznawać do zainteresowania innym facetem ani nie miałam zamiaru się w to wdawać. Więc wspominanie o tej rozmowie do niczego by nie doprowadziło.
– Hej, dziewczyno ze świata mody – wybełkotała Lily, w powitalnym geście machając do mnie swoim ginem z tonikiem. Trochę chlapnęło na przód jej swetra, ale najwyraźniej tego nie zauważyła. – A może powinnam powiedzieć „przyszła współlokatorko”? Chwytaj drinka. Musimy wznieść toast! – Wyszło jej to jak „tost”.
Ucałowałam Aleksa i usiadłam obok niego.
– Ależ dzisiaj odlotowo wyglądasz! – stwierdził, z aprobatą mierząc wzrokiem mój strój od Prady. – Kiedy to się stało?
– Och, dzisiaj. Właściwie niemal wprost mi powiedzieli, że jeżeli nie poprawię swojego wyglądu, mogę zostać bez pracy. Dość obraźliwe, ale muszę stwierdzić, że jeżeli trzeba coś nosić codziennie, to te ciuchy są wcale niezłe. Hej, słuchajcie, naprawdę strasznie przepraszam, że się spóźniłam. Książka zajęła dziś całe wieki, a kiedy już ją podrzuciłam Mirandzie, kazała mi przejść się do delikatesów na rogu i kupić bazylię.