Nie ukrywałam, że moim największym osiągnięciem zawodowym była praca przy nakładaniu mrożonego jogurtu, ale od przyjaciół, którzy świeżo wkroczyli na drogę kariery, słyszałam dość opowieści, by wiedzieć, że życie korporacji po prostu tak nie wygląda. Nawet w przybliżeniu. Brakowało mdlących jarzeniowych świateł, niebrudzących się wykładzin. Tam gdzie powinny były zasiadać fatalnie ubrane sekretarki, rezydowały wytworne młode dziewczyny o wydatnych kościach policzkowych, ubrane w rzucające na kolana garnitury. Sprzęt biurowy nie istniał! Podstawowe wyposażenie w rodzaju notatników, koszy na śmieci i skoroszytów było po prostu nieobecne. Obejrzałam sześć pięter znikających w wirze białej perfekcji, zanim wyczułam jad i usłyszałam ten głos.
– Co. Za. Suka! Nie mogę dłużej się z nią użerać. Kto robi coś takiego? To znaczy serio. KTO ROBI COŚ TAKIEGO? – zasyczała dwudziestoparoletnia dziewczyna w spódnicy z wężowej skórki i bardzo minimalnym topie na ramiączkach, który to strój byłby bardziej stosowny na gorącą noc w Lotusie niż (zimowy!) dzień w biurze.
– Wiem. Wieeeeem. Znaczy, jak myślisz, co musiałam znosić przez ostatnie sześć miesięcy? Stuprocentowa suka. I do tego potworny gust – zgodziła się jej przyjaciółka, empatycznie potrząsając cudowną, krótką fryzurką.
Łaska boska, że dotarłam na swoje piętro i drzwi windy rozsunęły się na oścież. Ciekawe, pomyślałam. Gdyby porównać to potencjalne środowisko pracy z przeciętnym dniem z życia gimnazjalistki, które podlega ścisłemu podziałowi klanowemu, mogłoby nawet wypaść korzystnie. Stymulujące? Cóż, może nie. Miłe, słodkie, kształcące? Nie, niezupełnie. Miejsce, w którym po prostu chce ci się z uśmiechem wykonywać dobrą robotę? Nie, okej? Nie! Ale jeżeli szukasz czegoś szybkiego, chudego, wyrafinowanego, niesamowicie na czasie i tak stylowego, że aż ściska w dołku, Elias – Clark jest twoją mekką.
Wspaniała biżuteria i nieskazitelny makijaż recepcjonistki z działu personalnego w żaden sposób nie rozproszył mojego przemożnego wrażenia nieprzystawalności. Kazała mi usiąść i „swobodnie sięgnąć po któryś z naszych tytułów”. Zamiast się tym zająć, jak szalona usiłowałam zapamiętać nazwiska redaktorów naczelnych wszystkich wydawanych przez firmę tytułów – jakby rzeczywiście mieli mnie z nich przepytać. Ha! Znałam już Stephena Alexandra, oczywiście, z Reaction, i nietrudno było zapamiętać Michela Tannera z Buzza. Zresztą były to jedyne ciekawe tytuły z tego, co wydawali, oceniłam. Poradzę sobie.
Niska, szczupła kobieta przedstawiła się jako Sharon.
– A więc chcesz wejść na rynek prasowy, kochanie? – zapytała, gdy prowadziła mnie wzdłuż kolejki długonogich, przypominających modelki dziewczyn do swojego puściuteńkiego, zimnego gabinetu. – Ciężka sprawa, prosto po college'u, rozumiesz. Ogromna, ogromna konkurencja do tych kilku posad. A te nieliczne, które są dostępne, cóż! Nie można powiedzieć, żeby były popłatne, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
Spojrzałam na swój tani, źle skompletowany garnitur oraz bardzo nieodpowiednie buty i zastanowiłam się, po co w ogóle się tu fatygowałam. Pogrążona już głęboko w myślach o tym, jak to wczołgam się z powrotem na kanapę, na której spałam, z zapasem chipsów i papierosów wystarczającym na dwa tygodnie, ledwie zauważyłam, kiedy odezwała się niemal szeptem:
– Ale muszę ci powiedzieć, że akurat teraz trafia się niesamowita okazja i jest do wzięcia od zaraz! Hm. Nastawiłam anteny, próbując ją zmusić, żeby nawiązała ze mną kontakt wzrokowy. Okazja? Od zaraz? Myśli przemykały mi przez głowę w szalonym tempie. Chciała mi pomóc? Polubiła mnie? Ale ja jeszcze nawet nie otworzyłam ust – jak mogła mnie polubić? I właściwie dlaczego zaczęła gadać jak akwizytor?
– Czy możesz mi powiedzieć, jak ma na nazwisko redaktor naczelna Runwaya, kochanie? – zapytała, ewidentnie patrząc wprost na mnie po raz pierwszy, odkąd usiadłam.
Pustka. Całkowita i kompletna pustka, nie potrafiłam sobie niczego przypomnieć. Nie mogłam uwierzyć, że mnie przepytuje! Nigdy w życiu nie czytałam żadnego numeru Runwaya - nie wolno jej pytać mnie akurat o to. Kogo obchodzi Runway. Przecież to magazyn o modzie, na litość boską, nawet nie miałam pewności, czy w ogóle były w nim jakieś teksty, tylko masa wyglądających na zagłodzone modelek i błyszczące reklamy. Jąkałam się przez chwilę czy dwie, a różne nazwiska redaktorów, do których zapamiętania dopiero co zmusiłam swój mózg, wirowały mi w głowie, łącząc się w tańcu w niedobranych parach. Gdzieś w najdalszych zakamarkach umysłu byłam pewna, że znam jej nazwisko – w końcu kto go nie znał? Ale jakoś nie chciało się wykrystalizować w moim otępiałym mózgu.
– Uhm, cóż, chyba nie potrafię przywołać teraz jej nazwiska. Ale wiem, że je znam, oczywiście, że znam. Wszyscy wiedzą, o kogo chodzi! Ja tylko… cóż, wygląda na to, że akurat teraz nie wiem.
Przez chwilę przyglądała mi się badawczo, jej duże brązowe oczy wreszcie były utkwione w mojej aktualnie okrytej potem twarzy.
– Miranda Priestly – niemal wyszeptała z mieszaniną czci i strachu. – Nazywa się Miranda Priestly.
Nastała cisza. Przez, jak miałam wrażenie, pełną minutę żadna z nas nie powiedziała ani słowa, ale potem Sharon najwyraźniej musiała podjąć decyzję, że przymknie oko na moje potknięcie. Nie miałam wówczas pojęcia, że desperacko usiłowała zatrudnić kolejną asystentkę dla Mirandy, nie mogłam wiedzieć, że rozpaczliwie usiłowała powstrzymać tę kobietę od wydzwaniania dzień i noc i dręczenia jej pytaniami o potencjalne kandydatki. Była zdesperowana, żeby kogoś znaleźć, kogokolwiek, kogo Miranda nie odrzuci. I jeśli istniała – chociaż nie wydawało się to prawdopodobne – choćby najmniejsza szansa, że dostanę tę posadę, a co za tym idzie, uwolnię ją, cóż, należało wziąć mnie pod uwagę.
Sharon uśmiechnęła się zdawkowo i stwierdziła, że spotkam się z jedną z dwóch asystentek Mirandy. Dwie asystentki?
– Ależ tak – potwierdziła, patrząc na mnie z irytacją. – Oczywiście, że Miranda potrzebuje dwóch asystentek. Jej aktualna starsza asystentka, Allison, dostała awans i będzie redaktorką w dziale urody Runwaya, a Emily, młodsza asystentka, zajmie miejsce Allison. A to oznacza, że droga do stanowiska młodszej asystentki stoi otworem! Andrea, wiem, że dopiero co ukończyłaś college i prawdopodobnie nie do końca jesteś obeznana ze światem czasopism… – Zrobiła dramatyczną pauzę, szukając właściwych słów. – Ale uważam za swój obowiązek, czuję się zobligowana, by ci powiedzieć, że jest to rzeczywiście niewiarygodna szansa. Miranda Priestly… – ponownie zrobiła równie dramatyczną pauzę, jakby w duchu składała głęboki pokłon – Miranda Priestly to najbardziej wpływowa spośród kobiet w świecie mody i zdecydowanie jedna z najbardziej wybitnych redaktorek naczelnych na światowym rynku czasopism. Światowym! Szansa, żeby dla niej pracować, obserwować ją, gdy przygotowuje materiały do publikacji i spotyka się ze sławnymi autorami i modelkami, pomagać jej w dokonywaniu tego, co robi każdego kolejnego dnia, cóż, nie muszę chyba mówić, że to szansa na pracę, za którą milion dziewczyn dałoby się zabić.