Выбрать главу

Przekonanie taksiarza, żeby zabrał nas z Lily, wymagało trochę dyplomacji, ale obiecałam naprawdę wielki napiwek jako dodatek do z pewnością poważnej należności za dojazd. Jechałyśmy z jednego końca miasta na drugi i już zaczęłam kombinować, jak wciągnąć tę jazdę za jakieś dwadzieścia dolarów do służbowych wydatków. Prawdopodobnie mogłabym po prostu wpisać ją jako wyprawę w poszukiwaniu czegoś dla Mirandy. Tak, to się musiało udać.

Piesza wędrówka na trzecie piętro była jeszcze mniej zabawna niż jazda taksówką, ale po dwudziestopięciominutowej przejażdżce Lily stała się bardziej skłonna do współpracy i nawet dała radę umyć się pod prysznicem, kiedy ją rozebrałam. Pokierowałam nią w stronę łóżka i przyglądałam się, jak padła na nie twarzą w dół, waląc kolanami w skrzynię na pościel. Patrzyłam na nią, nieprzytomną, i w tym momencie ogarnęła mnie nostalgia za college'em, za wszystkim, co wtedy razem robiłyśmy. Teraz było zabawnie, bez dwóch zdań, ale nigdy nie będzie już tak beztrosko jak wówczas.

Przelotnie zastanowiłam się, czy Lily ostatnio nie za dużo pije. W sumie wyglądało na to, że niemal stale jest pijana. Kiedy Alex poruszył ten temat tydzień wcześniej, zapewniłam go, że ona wciąż jeszcze jest studentką, nadal żyje poza prawdziwym światem, bez prawdziwych, odpowiedzialnych zadań (jak nalewanie idealnego pellegrino!). Przecież w końcu razem wypiłyśmy o ładne kilka głębszych za dużo w Senior Frog w czasie wiosennych ferii czy zbyt ambitnie rozpracowywałyśmy trzy butelki czerwonego wina podczas obchodów rocznicy dnia, kiedy to poznałyśmy się w ósmej klasie. Lily trzymała mi głowę, kiedy klęczałam przed kiblem po postegzaminacyjnej pijatyce i cztery razy zatrzymywała samochód, gdy odwoziła mnie do akademika po nocy z ośmioma drinkami „rum z colą” oraz szczególnie ohydnym wykonaniu Nie ma róży bez kolców w wersji karaoke. W nocy po dwudziestych pierwszych urodzinach Lily zaciągnęłam ją do swojego mieszkania i wpakowałam do własnego łóżka, po czym co dziesięć minut sprawdzałam, czy oddycha, i w końcu zasnęłam na podłodze obok, kiedy już miałam pewność, że przeżyje. Tamtej nocy budziła się dwa razy. Pierwszy, żeby zwymiotować za łóżko – usilnie starając się trafić do kosza na śmieci, który przy łóżku ustawiłam, ale w zamroczeniu obrzygując mi ścianę – i drugi, żeby szczerze przeprosić i powiedzieć, że mnie kocha i że jestem najlepszą przyjaciółką, jaka może się trafić. To właśnie robili przyjaciele, upijali się razem, popełniali głupstwa i opiekowali sobą nawzajem, prawda? A może to były tylko studenckie zabawy, rytuały przejścia, które miały swój czas i miejsce? Alex upierał się, że tym razem było inaczej, ona była inna, ale ja tak tego nie widziałam.

Wiedziałam, że powinnam zostać z nią na noc, ale dochodziła druga i za pięć godzin musiałam być w pracy. Moje ciuchy śmierdziały wymiocinami i nie było szans, żebym znalazła w szafie Lily chociaż jedną stosowną rzecz, nadającą się do noszenia w Runwayu - nawet gdybym porzuciła swój nowo zrewidowany styl na rzecz dawnego „dla ubogich”. Westchnęłam, przykryłam ją kocem i nastawiłam budzik na siódmą rano na wypadek, gdyby nie miała przesadnego kaca. Mogłaby spróbować zdążyć na zajęcia.

– Pa. Lii, idę. Wszystko okej? – Umieściłam bezprzewodowy telefon na poduszce przy jej głowie.

Otworzyła oczy, spojrzała wprost na mnie i uśmiechnęła się.

– Dzięki – wymamrotała, powieki znów jej opadły. W maratonie nie miałaby szans, ale da radę to przespać.

– Cała przyjemność po mojej stronie – zdołałam odpowiedzieć, chociaż dopiero teraz przestałam biegać, przynosić coś, przestawiać, sprzątać czy w inny sposób służyć pomocą. – Zadzwonię jutro – dodałam, walcząc, żeby nie ugięły się pode mną kolana. – Jeśli któraś z nas będzie jeszcze żywa. – I wreszcie, wreszcie poszłam do domu.

10

– Hej, dobrze, że cię złapałam – - usłyszałam w słuchawce głos Cary. Czemu o siódmej czterdzieści pięć rano była zadyszana?

– Uch – och. Nigdy tak wcześnie nie dzwonisz. Co się stało? – W ułamku sekundy, jaki zajęło wypowiedzenie tych słów, przez głowę przemknęło mi kilka scenariuszy dotyczących tego, czego mogłaby chcieć Miranda.

– Nie, nie, nic z tych rzeczy. Chciałam tylko cię ostrzec, że SGG jest w drodze, żeby się z tobą zobaczyć, a dziś rano był szczególnie gadatliwy.

– Och, cóż, rzeczywiście wspaniała wiadomość. Minęło, ile to już, prawie tydzień, odkąd przesłuchał mnie na temat wszelkich aspektów mojego życia. Już się zastanawiałam, gdzie się podział mój największy fan. – Skończyłam pisać notatkę i nacisnęłam „drukuj”.

– Muszę stwierdzić, że szczęśliwa z ciebie dziewczyna. Kompletnie przestał się mną interesować – westchnęła tęsknie i dramatycznie. – Ma oczy tylko dla ciebie. Słyszałam, jak mówił, że jedzie przedyskutować z tobą szczegóły przyjęcia w muzeum.

– Wspaniale, po prostu wspaniale. Nie mogę się doczekać, kiedy poznam jego brata. Do tej pory rozmawiałam z nim przez telefon i gada jak kompletny dupek. Masz pewność, że jest w drodze, czy istnieje możliwość, że ktoś życzliwy w niebiosach oszczędzi mi dziś tego konkretnego nieszczęścia?

– Nic z tego, nie dziś. Zdecydowanie jedzie. Miranda ma o wpół do dziewiątej wizytę u pedikiurzystki, więc nie sądzę, żeby z nim przyjechała.

Szybko sprawdziłam książkę spotkań na biurku Emily i upewniłam się co do tych wizyt. Rzeczywiście w planie był poranek bez Mirandy.

– Po prostu cudownie. SGG jest najbardziej wymarzoną osobą na poranne nawiązywanie bliskich kontaktów. Czemu on tyle gada?

– Jestem w stanie odpowiedzieć ci tylko w jeden sposób, wskazując na to, co oczywiste: ożenił się z nią, więc najwyraźniej ma nie po kolei. Zadzwoń, jeżeli powie coś szczególnie absurdalnego, muszę już lecieć. Caroline bez żadnego powodu rozmazała właśnie po lustrze jedną ze szminek Mirandy.

– Życie nas nie oszczędza, co? Jesteśmy najlepsze. W każdym razie dzięki za uprzedzenie. Pogadamy później.

– Okej, pa.

Czekając na pojawienie się SGG, przejrzałam tę notatkę. Była to prośba od Mirandy do Rady Nadzorczej Metropolitan Museum. Prosiła o pozwolenie urządzenia w marcu przyjęcia w jednej z ich galerii, przyjęcia dla swojego szwagra, człowieka, którym absolutnie pogardzała, ale należał do rodziny, niestety. Jack Tomlinson był młodszym i mniej cywilizowanym bratem SGG i właśnie oznajmił, że opuszcza żonę oraz trójkę dzieci, żeby poślubić swoją meksykańską sprzątaczkę. Chociaż obaj z SGG stanowili kwintesencję Arystokracji ze Wschodniego Wybrzeża, po dwudziestce Jack zrzucił skórę harwardczyka, przeprowadził się do Dallas, gdzie z miejsca zrobił majątek w handlu nieruchomościami. Sądząc po tym, co mi opowiedziała Emily, przedzierzgnął się w stuprocentowego kowboja z Teksasu, wieśniaka żującego wykałaczkę i spluwającego tytoniem, co oczywiście napełniało niesmakiem Mirandę, wyznawczynię klasy i wyrafinowania. SGG poprosił Mirandę, żeby zorganizowała przyjęcie zaręczynowe dla jego młodszego braciszka, a ona, zaślepiona miłością, nie miała wyboru i musiała ulec.

A jeśli już musiała coś zrobić, to pewne jak cholera, że miało to być zrobione jak należy. A jak należy oznaczało Metropolitan Museum.

Szanowni Członkowie, bla, bla, bla, chciałabym zwrócić się z prośbą o udzielenie przez muzeum gościny uroczemu wieczorkowi, bla, bla, bla, zatrudnimy tylko najlepszych dostawców, kwiaciarzy i zespół, oczywiście, bla, bla, bla, z radością przyjmie – my wszelkie Państwa sugestie, bla, bla. Po raz ostatni upewniając się, że nie ma żadnych rażących błędów, szybko sfałszowałam jej podpis i wezwałam posłańca, żeby przyszedł to odebrać.