Выбрать главу

Pukanie w drzwi biura – które o tak wczesnej porannej godzinie były zamknięte, ponieważ i tak nikogo jeszcze nie było – rozległo się niemal natychmiast. Byłam pod wrażeniem, w jakim czasie udało mu się dotrzeć na miejsce. Drzwi się otworzyły, ukazując SGG, który prezentował uśmiech o wiele zbyt entuzjastyczny jak na tak wczesną porę.

– Andrea! – wykrzyknął SGG, natychmiast podchodząc do mojego biurka ze szczerym uśmiechem, który przyprawił mnie o poczucie winy, że faceta nie lubię.

– Dzień dobry, panie Tomlinson. Co pana sprowadza o tej godzinie? – zapytałam. – Przykro mi to mówić, ale Mirandy jeszcze nie ma.

Zachichotał, marszcząc nos jak gryzoń.

– Tak, tak, zjawi się dopiero po lunchu, tak mi się przynajmniej wydaje. Andy, doprawdy zbyt długo już nie mieliśmy czasu na pogawędkę. Powiedz teraz panu T. o tym, jak ci idzie.

– Proszę mi to dać – stwierdziłam, ciągnąc worek z monogramem pełen brudnych rzeczy Mirandy, który mu dała, żeby mi przekazał. Uwolniłam go także od wyszywanej paciorkami torby Fendi, która ostatnio często się przewijała. Była to jedyna w swoim rodzaju torba, ręcznie wyszywana kryształami w skomplikowany wzór, zaprojektowana specjalnie dla Mirandy przez Silvię Venturini Fendi w podziękowaniu za wsparcie i któraś z asystentek działu mody wyceniła jej wartość na jakieś dziesięć kawałków. Zauważyłam jednak, że dziś jedna z wąskich skórzanych rączek znów była oderwana, mimo że dział dodatków już ze dwadzieścia razy zwracał ją Fendi do naprawy. Torba została pomyślana do przechowywania delikatnego damskiego portfela w towarzystwie pary przeciwsłonecznych okularów czy, jeśli to całkowicie konieczne, niedużego telefonu komórkowego. Miranda kompletnie się tym nie przejęła. Aktualnie wpakowała do niej wielką butlę perfum Bulgari, sandał ze złamanym obcasem, który prawdopodobnie miałam oddać do naprawy, ogromny elektroniczny notes, ważący więcej niż cały laptop, niezwykłych rozmiarów psią kolczatkę, co do której wciąż nie miałam pewności, czy należała do jej psa, czy miała pojawić się na kolejnej sesji zdjęciowej, oraz Książkę, którą dostarczyłam poprzedniego wieczoru. Ja zastawiłabym torbę za dziesięć tysięcy dolarów i opłaciła roczny czynsz, ale Miranda wolała używać jej jako worka na śmieci.

– Dziękuję, Andy, naprawdę jesteś dla wszystkich wielką pomocą. A więc pan T. z pewnością chciałby usłyszeć coś więcej o twoim życiu. Co słychać?

Co słychać? Co słychać? Hmmm, niech pomyślę. Zdaje mi się, że naprawdę nic szczególnego. Większość czasu poświęcam próbie przetrwania okresu zniewolenia przez pańską sadystyczną żonę. A jeśli podczas dnia pracy mam jakieś wolne chwile, kiedy ona nie wysuwa pod moim adresem poniżających żądań, próbuję zablokować potok ogłupiających bzdur, którymi raczy mnie jej główna asystentka. Podczas tych niezwykle rzadkich okazji, gdy udaje mi się wyrwać poza mury tego biura, zwykle staram się przekonać samą siebie, że naprawdę można jeść więcej niż osiemset kalorii dziennie – albo też skupiam się na upomnieniach, że noszenie rozmiaru sześć nie oznacza przynależności do kategorii „puszystych”. No więc chyba odpowiedź jest krótka, niewiele.

– Nie za wiele, proszę pana. Dużo pracuję. A kiedy nie pracuję, to raczej spotykam się z najlepszą przyjaciółką albo ze swoim chłopakiem. Staram się też widywać rodzinę. – Kiedyś dużo czytałam, chciałam dodać, ale teraz jestem zbyt zmęczona.

I zawsze duże znaczenie miał dla mnie tenis, ale nie było już na to czasu.

– Więc masz dwadzieścia pięć lat, prawda? – stwierdził bez związku. Nawet nie umiałam sobie wyobrazić, do czego zmierzał.

– Ee, nie, dwadzieścia trzy. W maju skończyłam studia.

– Ach – ha! Dwadzieścia trzy, hę? – Wyglądało, jakby się zastanawiał, czy coś powiedzieć, czy nie. Przygotowałam się na najgorsze. – Więc powiedz panu T., co dwudziestotrzylatki robią w tym mieście, żeby się zabawić? Restauracje? Kluby? Tego rodzaju rzeczy? – Znów się uśmiechnął i zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę trzeba było na niego uważać tak bardzo, jak się wydawało: jego zainteresowanie nie kryło żadnych grzesznych podtekstów, najwyraźniej czuł tylko potrzebę mówienia.

– No, cóż, chyba różne rzeczy. Właściwie nie chodzę do klubów, ale do barów, pubów i takich miejsc. Na kolację, do kina.

– Cóż, to mi wygląda na świetną zabawę. Też się tym zajmowałem w twoim wieku. A teraz są tylko spotkania zawodowe i dobroczynne. Ciesz się tym, póki możesz, Andy. – Mrugnął, jak mógłby to zrobić tatuś kretyn.

– Tak, oczywiście, staram się – - zdołałam odpowiedzieć. Proszę, wyjdź, proszę, wyjdź, proszę, wyjdź, nakazywałam mu w duchu, tęsknie wpatrując się w bajgla, który przyzywał mnie z całą mocą. Mam w ciągu dnia trzy minuty ciszy i spokoju, a ten facet mi to psuje.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale przez drzwi z rozmachem i tupotem wpadła Emily. W uszach miała słuchawki i kołysała się w rytm muzyki. Zobaczyłam, jak na jego widok zrobiła wielkie oczy.

– Pan Tomlinson! – wykrzyknęła, zrywając słuchawki i wrzucając odtwarzacz do torby od Gucciego. – Czy wszystko w porządku? Mirandzie nic się nie stało, prawda? – Wyglądała i mówiła, jakby się szczerze przejęła. Przedstawienie na piątkę, zawsze usłużna, niezawodnie uprzejma asystentka.

– Cześć, Emily. Wszystko w porządku, Miranda niedługo się tu zjawi. Pan T. wpadł tylko podrzucić jej rzeczy. A co tam dziś u ciebie?

Emily cała się rozpromieniła. Zastanawiałam się, czy autentycznie cieszy się z jego obecności.

– Świetnie, dziękuję, że pan pyta. A u pana? Czy Andrea we wszystkim panu pomogła?

– O, z pewnością – stwierdził, rzucając w moim kierunku uśmiech numer sześć tysięcy. – Chciałem sprawdzić kilka szczegółów w związku z przyjęciem zaręczynowym mojego brata, ale zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie jest na to trochę za wcześnie, zgadza się?

Przez chwilę myślałam, że chodziło mu o zbyt wczesną porę, i o mało nie krzyknęłam „tak!”, ale zaraz zrozumiałam, że miał na myśli planowaną datę imprezy.

Odwrócił się z powrotem do Emily i powiedział:

– Masz tu wspaniałą młodszą asystentkę, nie uważasz?

– Oczywiście – zdołała wydusić przez zaciśnięte zęby. – Jest najlepsza. – Uśmiechnęła się szeroko.

Ja też uśmiechnęłam się szeroko.

Pan Tomlinson pokazał zęby w uśmiechu o szczególnie dużej mocy i zaczęłam się zastanawiać, czy cierpi na brak równowagi chemicznej, czy może chroniczną fazę maniakalną.

– Cóż, lepiej, żeby pan T. już ruszał. Zawsze cudownie jest z wami pogawędzić, dziewczyny. Miłego poranka dla was obu. No, do widzenia.

– Do widzenia, panie Tomlinson! – zawołała Emily, gdy znikał za rogiem korytarza w drodze do recepcji. Byłam ciekawa, czy dałby radę chwycić Sophy za tyłek, zanim wskoczy do windy.

– Czemu byłaś dla niego taka niegrzeczna? – zapytała, zdejmując lekki skórzany żakiet, żeby odsłonić cieniutką szyfonową bluzkę z dekoltem, sznurowaną z przodu jak gorset.

– Taka niegrzeczna? Odebrałam od niego jej rzeczy i porozmawiałam, zanim przyszłaś. Co w tym niegrzecznego?

– Cóż, po pierwsze nie powiedziałaś do widzenia. I masz ten swój wyraz twarzy.

– Wyraz twarzy?

– Tak, ten charakterystyczny. Ten, który mówi wszystkim, jak bardzo jesteś ponad, jak bardzo nienawidzisz tu być. Ze mną to może przejść, ale nie z panem Tomlinsonem. To jest mąż Mirandy, po prostu nie możesz go tak traktować.

– Em, nie uważasz, że on jest trochę, no nie wiem… dziwny? Nie przestaje mówić. Jak może być taki miły, kiedy ona jest taką… taka niemiła? – Zauważyłam, że zajrzała do gabinetu Mirandy, chcąc się upewnić, czy poprawnie ułożyłam gazety.