Выбрать главу

– Dziwny? Wątpię, Andrea. Jest jednym z najbardziej znanych doradców podatkowych na Manhattanie.

Nie było warto.

– Nieważne, sama nie wiem, co mówię. A co u ciebie? Jak ci minął wieczór?

– Dobrze. Robiłam z Jessicą zakupy dla jej druhen. Wszędzie – w Scoop, Bergdorfie, Infinity, wszędzie. I przymierzyłam trochę ciuchów, żeby mieć jakieś pomysły na Paryż, ale na to jeszcze naprawdę za wcześnie.

– Do Paryża? Jedziesz do Paryża? Czy to znaczy, że zostawisz mnie samą z nią? – Nie zamierzałam tego ostatniego mówić głośno, po prostu mi się wymknęło.

Znów spojrzenie, jakbym zwariowała.

– Tak, pojadę do Paryża i Mediolanu z Mirandą w październiku, na wiosenne pokazy pret – a – porter. Co roku zabiera starszą asystentkę na wiosenne pokazy, żeby przekonała się, jak to naprawdę wygląda. To znaczy byłam jakiś milion razy w Bryant Park, ale europejskie pokazy są po prostu inne.

Przeprowadziłam szybką kalkulację.

– W październiku, czyli za siedem miesięcy? Mierzysz ciuchy na wyjazd za siedem miesięcy od teraz? – Nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak ostro, jak zabrzmiało, ale Emily z miejsca przyjęła postawę obronną.

– Cóż, tak. Oczywiście nie zamierzałam niczego kupować – tyle będzie zmian stylu do tej pory. Ale chciałam już zacząć o tym myśleć. Wiesz, to naprawdę wielkie wyzwanie.

Lot w klasie biznes, pobyt w pięciogwiazdkowych hotelach, najbardziej zwariowane przyjęcia na świecie. I, mój Boże, trzeba chodzić na najbardziej ekskluzywne pokazy, jakie się odbywają. Emily zdążyła mi już opowiedzieć, że Miranda jeździ do Europy trzy albo cztery fazy do roku na pokazy mody. Zawsze omijała Londyn, jak wszyscy, ale jeździła do Mediolanu i Paryża w październiku na wiosenne pret – a – porter, w czerwcu na zimowe couture, a w marcu na jesienne pret – a – porter. Czasami wybierała się na pokazy świąteczne, ale nie zawsze. Pracowałyśmy jak szalone, żeby przygotować Mirandę na pokazy zbliżające się z końcem miesiąca. Przelotnie zaciekawiło mnie, czemu nie planuje zabrać ze sobą asystentki.

– Dlaczego nie zabiera cię na wszystkie wyjazdy? – Postanowiłam pójść na całość, chociaż odpowiedź z pewnością musiała wymagać dłuższego wyjaśnienia. Już myśl o nieobecności Mirandy w biurze przez całe dwa tygodnie była podniecająca, a pozbycie się na równie długo Emily przyprawiło mnie o zawrót głowy. Wyobraźnię wypełniły mi wizje cheeseburgerów z bekonem, zwykłych starych dżinsów i płaskich obcasów – o, do licha, może nawet tenisówek. – Czemu tylko w październiku?

– To nie jest tak, że nie ma tam pomocy. Włoski i francuski Runway przysyłają dla Mirandy jakieś asystentki i przez większość czasu pomocą służą też sami redaktorzy. Ale podczas wiosennych pret – a – porter Miranda urządza ogromną imprezę, doroczne przyjęcie powitalne, o którym wszyscy mówią, że jest największe i najlepsze podczas pokazów w ciągu roku. Więc oczywiście tylko mnie może zaufać, jeśli chodzi o pomoc. – Oczywiście.

– Hmm, wygląda, że to wspaniała sprawa. A ja zostaję tu na posterunku, co?

– Tak, mniej więcej. Ale nie myśl, że to będzie łatwizna. Te dwa tygodnie będą prawdopodobnie najcięższe ze wszystkich, ponieważ podczas wyjazdów ona potrzebuje masy uwagi. Będzie często do ciebie dzwonić.

– Och, bosko – powiedziałam.

Spałam z otwartymi oczami, wpatrując się w pusty ekran komputera, dopóki biuro nie zaczęło się zapełniać i nie pojawili się inni do oglądania. O dziesiątej zjawili się pierwsi Klakierzy, cicho sączący latte na chudym mleku, które miało pomóc wyleczyć kaca po szampanie z poprzedniego wieczoru. James zatrzymał się przy moim biurku, jak zawsze, gdy tylko zobaczył, że Mirandy nie ma w gabinecie, i oświadczył, że spotkał wczoraj u Balthazara swojego przyszłego męża.

– Po prostu siedział przy barze w najwspanialszym skórzanym czerwonym żakiecie, jaki w życiu widziałem – i pozwól, że ci to powiem – miał go z czego zdjąć. Powinnaś zobaczyć, jak ostrygi zsuwały mu się po języku… – Głośno jęknął. – Och, to było coś przewspaniałego.

– I co, dostałeś jego numer? – zapytałam.

– Jego numer? Może raczej spodnie. Przed jedenastą miałem go u siebie na sofie z gołym tyłkiem i rany, pozwól, że ci powiem…

– Ślicznie, James. Ślicznie. Nie udajesz trudnego do zdobycia, prawda? Szczerze mówiąc, wygląda na to, że zachowujesz się trochę jak dziwka. Mamy erę AIDS, wiesz?

– Kochanie, nawet ty, panno arogancka umawiam – się – z – ostatnim – aniołem – na – ziemi bez namysłu padłabyś na kolana na widok tego faceta. Jest absolutnie niesamowity. Niesamowity!

Do jedenastej wszyscy wszystkich obejrzeli, zauważając, kto zaliczył parę nowych postarzanych dżinsów od Michaela Korsa albo górę w serek od Celinę, nie do zdobycia. Czas na południową przerwę, podczas której rozmowy zwykle toczyły się przy wieszakach ustawionych wzdłuż ścian i koncentrowały wokół konkretnych sztuk odzieży. Co rano Jefry, jeden z asystentów odpowiedzialnych za Szafę, wystawiał wszystkie wieszaki z sukienkami, kostiumami kąpielowymi, spodniami, koszulami, płaszczami i butami oraz wszystkim innym, co zostało zamówione jako potencjalnie potrzebne do zdjęć na stronach z modą. Ustawiał wszystkie pod ścianami na całym piętrze, żeby redaktorzy mogli znaleźć to, co potrzebne, bez konieczności przepychania się przez Szafę.

Szafa właściwe wcale nie była szafą. Raczej małym audytorium. Na obwodzie miała ściany butów wszelkich rozmiarów, kolorów i stylów, wirtualną fabrykę Willy'ego Wonka dla ludzi mody, z dziesiątkami butów bez pięty, szpilek, balerin, kozaków na wysokich obcasach, sandałów, butów na obcasie wyszywanych paciorkami. Piętrzące się szuflady, niektóre wbudowane, inne po prostu upchnięte po kątach, zawierały każdą konfigurację pończoch, skarpet, staników, halek, koszulek i gorsetów, jaką można sobie wyobrazić. Potrzebujesz najnowszego stanika w lamparcie cętki z La Perlą? Sprawdź w Szafie. A może jaskrawe kabaretki albo okulary Diora? W Szafie. Półki i szuflady z dodatkami zajmowały dwie najdalsze ściany i walało się tam dosłownie wszystko – w każdej cenie. Pióra. Biżuteria. Pościel. Szaliki, rękawiczki i czapki narciarskie. Piżamy. Czapki. Szale. Papeteria. Jedwabne kwiaty. Kapelusze, tyle kapeluszy. I torebki. Torebki! Były tam duże torby i torby sportowe, plecaki i torby do noszenia pod pachą, torby na ramię i torebeczki, wielkie torbiszcza i kosmetyczki, kopertówki i teczki, każda opatrzona ekskluzywną metką z ceną przewyższającą średnią miesięczną ratę kredytu hipotecznego. A dalej były wieszaki z ubraniami, jeden za drugim – ustawione tak ciasno, że nie dało się między nimi przejść – zajmujące każdy centymetr pozostałej przestrzeni.

W ciągu dnia Jeffy usiłował uzyskać w Szafie trochę miejsca, gdzie modelki (i asystentki jak ja) mogłyby mierzyć ubrania i sięgać po buty i torby umieszczone z tyłu, przepychając wszystkie wieszaki na korytarze. Nie widziałam jeszcze na naszym piętrze ani jednego gościa – bez względu na to, czy był to autor, czyjś chłopak, posłaniec czy stylista – który nie stanąłby w miejscu jak wryty i nie zagapił się z otwartymi ustami na korytarze obstawione rzędami markowych ciuchów. Czasami wieszaki ustawiano w kolejności sesji zdjęciowych (Sydney, Santa Barbara), kiedy indziej tematycznie (bikini, kostiumy ze spódnicami), ale przeważnie wyglądało to po prostu na bezład, miszmasz naprawdę drogich rzeczy. I chociaż wszyscy stawali, gapili się, macali jedwabiste kaszmiry i suknie wieczorowe wyszywane paciorkami w skomplikowane wzory, to Klakierzy zazdrośnie krążyli wokół „ich” ciuchów i wygłaszali uwagi na temat każdej sztuki po kolei.