– Maggie Rizer to jedyna kobieta na świecie, która naprawdę może nosić te korsarki – głośno oświadczyła Hope, jedna z asystentek w dziale mody – waga całe pięćdziesiąt siedem i pół kilograma, wzrost metr osiemdziesiąt pięć i pół centymetra – przed swoim pokojem, przykładając do siebie spodnie i wzdychając. – Mój tyłek wyglądałby w nich na jeszcze bardziej gigantyczny niż w rzeczywistości.
– Andrea – zawołała jej przyjaciółka, dziewczyna, której nie znałam za dobrze, pracująca w dodatkach. – Proszę, powiedz Hope, że nie jest gruba.
– Nie jesteś gruba – stwierdziłam automatycznie. Oszczędziłabym wiele, bardzo wiele godzin, gdybym miała koszulkę z takim napisem wydrukowanym na piersi albo może gdybym wytatuowała sobie to zdanie bezpośrednio na czole. Stale proszono mnie o składanie zapewnień, że różni pracownicy Runwaya nie są grubi.
– O mój boże, widziałaś ostatnio mój brzuch? Wyglądam jak sklep Firestone, wszędzie oponki. Jestem ogromna! – Tłuszcz okupował wszystkie myśli, jeśli nawet nie ciała. Emily przysięgała, że jej uda są „szersze w obwodzie niż olbrzymia sekwoja”. Jessica była przekonana, że jej „obwisłe ramiona” wyglądają jak u Roseanne Barr. Nawet James narzekał, że jego tyłek wydawał się dziś rano dość wielki, żeby „zacząć rozmyślać o pozbyciu się tego tłuszczu”.
Z początku odpowiadałam na niezliczone pytania „czy jestem gruby/gruba” repliką, którą uznałam za niezwykle racjonalną.
– Jeżeli ty jesteś gruba, Hope, to co ze mną? Jestem niższa od ciebie o siedem i pół centymetra, a ważę więcej.
– Och, Andy, bądź poważna. Ja jestem gruba. Ty jesteś szczupła i wspaniała!
Naturalnie myślałam, że kłamała, ale wkrótce zdałam sobie sprawę, że Hope – podobnie jak wszystkie inne anorektycznie chude dziewczyny w biurze i większość facetów – była w stanie ściśle ocenić cudzą wagę. Tylko gdy przychodził czas, aby zajrzeć w lustro, wszyscy oni autentycznie widzieli patrzące na nich słonie.
Oczywiście chociaż starałam się przed tym bronić, w kółko przypominać sobie, że to ja jestem normalna, a oni nie, stałe „komentarze tłuszczowe” nie mogły nie mieć na mnie wpływu. Minęło zaledwie pięć miesięcy, odkąd zaczęłam pracę, a mózg miałam tak zindoktrynowany – żeby nie powiedzieć „dotknięty paranoją” – że czasami uznawałam te komentarze za skierowane do mnie celowo. Coś w stylu: ja, wysoka wspaniała, szczupła asystentka z działu mody, udaję, że myślę, że jestem gruba, żebyś ty, przysadzista, kluskowata asystentka osobista, zdała sobie sprawę, że naprawdę to ty jesteś gruba. Przy stu osiemdziesięciu centymetrach i sześćdziesięciu kilogramach (waga, którą straciłam z powodu dyzenterii i szczęśliwie udało mi sieją odzyskać, ale teraz znów topniała z powodu jedna – zupa – ale – mnóstwo – papierosów – dziennie stylu życia obowiązującego w Runwayu), zawsze uważałam się za należącą do tych szczuplejszych dziewczyn w mojej grupie wiekowej. Dotychczas spędziłam też życie w przekonaniu, że jestem wyższa niż dziewięćdziesiąt procent poznanych kobiet i przynajmniej połowa facetów. Dopóki nie zaczęłam pracować w tym podatnym na urojenia miejscu, nie wiedziałam, co to znaczy cały dzień, codziennie, czuć się niskim i grubym. Byłam w tej grupie karzełkiem, pękatym i szerokim, i nosiłam rozmiar sześć. A gdybym przypadkiem zapomniała rozważyć ten fakt w danym momencie, codzienne pogaduszki i ploteczki zawsze i niezawodnie mogły mi o tym przypomnieć.
– Doktor Eisenberg twierdzi, że Zone działa tylko wtedy, gdy wyrzekniesz się owoców, rozumiesz – dodała Jessica, przyłączając się do rozmowy poprzez zdjęcie z wieszaka spódnicy Narcisca Rodrigueza. Świeżo zaręczona z jednym z najmłodszych wiceprezesów Goldman Sachs, Jessica odczuwała presję zbliżającego się wesela „w towarzystwie”. – I ma rację.
Od ostatniej przymiarki straciłam co najmniej pięć kilogramów. – Wybaczyłam jej, że się głodzi w sytuacji, gdy miała zaledwie tyle ciała, żeby normalnie funkcjonować, ale nie umiałam wybaczyć, że o tym mówi. Nie potrafiłam, bez względu na to, jak imponujące były nazwiska lekarzy ani o ilu udanych kuracjach plotła, zmusić się, żeby mnie to obeszło.
Około pierwszej wszystko ruszało z kopyta, ponieważ biuro zaczynało się szykować do lunchu. Nie żeby porze lunchu towarzyszyło jakieś jedzenie, ale była to najlepsza pora dnia na przyjmowanie gości. Leniwie przyglądałam się, jak zwyczajowych rozmiarów wataha stylistów, współpracowników, wolnych strzelców, przyjaciół i kochanków zatrzymuje się, żeby upajać się i nasiąkać atmosferą zbytku w naturalny sposób obecną w pobliżu ciuchów wartych tysiące dolarów, dziesiątków wspaniałych twarzy i pozornie nieskończonej liczby par naprawdę bardzo, bardzo drugich nóg.
Jeffy przepchnął się do mnie, gdy tylko mógł stwierdzić z całą pewnością, że zarówno Miranda, jak i Emily, wyszły na lunch, i wręczył mi dwie ogromne torby na zakupy.
– Proszę, przejrzyj te rzeczy. To powinien być całkiem niezły początek.
Wysypałam zawartość jednej z nich na podłogę obok biurka i zaczęłam sortowanie. Były tam spodnie od Josepha w kolorze wielbłądzim i grafitowym, długie, z obniżoną talią, uszyte z niesamowicie miękkiej wełny. Para brązowych zamszowych spodni od Gucciego, wyglądających jakby mogły każdą pokrakę zmienić w supermodelkę, a dwie pary idealnie spranych dżinsów od Marca Jacobsa sprawiały wrażenie uszytych dla mnie na miarę. Osiem czy dziewięć różnych wersji na górę, od przylegającego golfa w prążki od Calvina Kleina, po maleńką, zupełnie przezroczystą bluzkę chłopkę od Donny Karan. Porządnie złożona wystrzałowa, wzorzysta sukienka od Dianę Von Furstenburg leżała pod granatowym aksamitnym kostiumem ze spodniami od Tahari. Zauważyłam i natychmiast pokochałam układaną w fałdy dżinsową spódnicę Habitual, która sięgała mi tuż nad kolano i wyglądała idealnie ze zdecydowanie zabawnym, sportowym żakietem Kąty one Adelie w kwiecisty wzór.
– Te ciuchy… to wszystko dla mnie? – zapytałam, mając nadzieję, że mówię z podnieceniem, a nie jakbym się czuła obrażona.
– Tak, to nic takiego. Po prostu różne takie, które od wieków leżały w Szafie. Może część nawet wykorzystaliśmy do zdjęć, ale nic z tego nie zostało zwrócone producentom. Co kilka miesięcy czy coś koło tego sprzątam Szafę i rozdaję takie rzeczy i pomyślałem, że ty, ee, możesz być zainteresowana. Nosisz rozmiar sześć, prawda?
Kiwnęłam głową, wciąż oszołomiona.
– Tak myślałem. Prawie wszyscy pozostali noszą czwórkę albo coś mniejszego, więc możesz się poczęstować tym wszystkim.
Auć.
– Wspaniale. To po prostu cudowne. Jeffy, nawet nie wiem, jak ci dziękować, to wszystko jest niesamowite!
– Przejrzyj drugą torbę – powiedział, wskazując w kierunku tej stojącej na podłodze. – Nie sądzisz chyba, że możesz włożyć aksamitny garnitur i nosić do tego tę gównianą teczkę, którą wszędzie ze sobą ciągasz, co?
Z drugiej, nawet mocniej wypchanej torby, wysypało się zdumiewające bogactwo butów, torebek i kilka płaszczy. Były tam dwie pary kozaków Jimmy'ego Choo na wysokich obcasach – jedne do kostki, drugie do kolana – dwie pary sandałów od Manola, bez palców, para klasycznych czarnych czółenek Prady i samotna para tenisówek Toda, przy których Jeffy z miejsca zaznaczył, że nigdy nie wolno mi ich włożyć do biura. Przewiesiłam sobie przez ramię miękką torbę z czerwonego zamszu i natychmiast zobaczyłam dwa przecinające się „C” wytłoczone od przodu, ale ta nie mogła się nawet umywać do pięknej skórzanej torby od Celinę, w głębokim, czekoladowym kolorze, którą zarzuciłam sobie na drugie ramię. Całości dopełniał długi trencz w wojskowym stylu, ze stanowiącymi znak firmowy Marca Jacobsa przesadnie wielkimi guzikami.