Выбрать главу

– Może dlatego, że rzeczywiście tak jest! – odpaliłam, wkurzona, że nie chce się ze mną zobaczyć, nie błaga, żebym poszła dokądś z nim i jego przyjaciółmi, i bierze stronę Lily, chociaż miała rację, podobnie jak on. – To moje życie, wiesz? Moja kariera. Moja przyszłość. Co, do cholery, mam robić? Traktować to jak żart?

– Andy, przekręcasz moje słowa, wiesz, że nie to chciałem powiedzieć.

Ale ja już krzyczałam, nie mogłam się opanować. Najpierw Lily, a teraz Alex? Oboje na dokładkę do Mirandy dawkowanej dzień po dniu? Tego już było za wiele i chciało mi się płakać, ale byłam w stanie tylko wrzeszczeć.

– Wielki pierdolony żart, co? Tak właśnie oboje oceniacie moją pracę! Och, Andy, pracujesz w modzie, jakim cudem to może być ciężka praca? – szydziłam, z każdą mijającą sekundą bardziej nienawidząc samej siebie. – Cóż, bardzo przepraszam, że nie każdy może być dobroczyńcą albo kandydatem do tytułu doktora! Bardzo przepraszam, że…

– Zadzwoń do mnie, kiedy się uspokoisz – stwierdził. – Nie będę tego wysłuchiwał. – Odłożył słuchawkę. Rozłączył się! Czekałam, żeby oddzwonił, ale nigdy tego nie robił, i do czasu, kiedy w końcu zasnęłam, koło trzeciej, żadne z nich się nie odezwało.

A teraz nadszedł dzień przeprowadzki – cały tydzień później – i chociaż ani Alex, ani Lily nie wydawali się ewidentnie wściekli, nic nie było takie jak przedtem. Nie miałam czasu na osobiste naprawianie stosunków z żadnym z nich, bo byliśmy w środku zamykania numeru, ale uznałam, że wszystko wróci do normy, kiedy wprowadzimy się z Lily do naszego nowego mieszkania. Naszego wspólnego mieszkania, gdzie wszystko ułoży się jak za czasów college'u, kiedy życie miało znacznie lepszy smak.

Ludzie od przeprowadzki zjawili się w końcu o jedenastej i zdemontowanie mojego ukochanego łóżka oraz wrzucenie części na tył vana zajęło im wszystkiego dziewięć minut. Skorzystałam z okazji i podjechałam z nimi do mojego nowego budynku, gdzie tata i Alex gawędzili z portierem – który dziwnym trafem wyglądał jak sobowtór Johna Galliano – a moje pudła piętrzyły się pod ścianami w holu.

– Andy, dobrze, że jesteś. Pan Fisher otworzy mieszkanie tylko w obecności najemcy – stwierdził tata z szerokim uśmiechem na twarzy. – Co oczywiście jest z jego strony bardzo sprytnym posunięciem – dodał, mrugając do portiera.

– Och, Lily jeszcze nie ma? Powiedziała, że dotrze do dziesiątej, wpół do jedenastej.

– Nie, nie widzieliśmy jej. Powinienem do niej zadzwonić? – zapytał Alex.

– Tak, chyba tak. Może pójdę na górę z ee, panem Fisherem, żebyśmy mogli zacząć wnosić rzeczy. Zapytasz, czy nie trzeba jej pomóc?

Pan Fisher uśmiechnął się w sposób, który można opisać tylko jako lubieżny.

– Jesteśmy teraz jak rodzina – powiedział, patrząc na mój biust. – Proszę mi mówić John.

Prawie się zadławiłam zimną teraz kawą, którą piłam, i zaczęłam się zastanawiać, czy człowiek, którego na całym świecie podziwiano za ożywienie marki Diora, mógł umrzeć, tak żebym o tym nie słyszała, i powrócić na ziemię w osobie mojego portiera.

Alex kiwnął głową i wytarł swoje okulary o koszulkę. Uwielbiałam, kiedy to robił.

– Idź ze swoim tatą. Ja zadzwonię.

Nastąpiła rundka wzajemnych prezentacji, podczas której zastanawiałam się, czy to dobrze, czy źle, że tata został teraz najlepszym przyjacielem mojego (projektanta) portiera, człowieka, który w nieunikniony sposób będzie znał każdy szczegół mojego życia. Hol wyglądał ładnie, trochę staroświecko. Wykończono go jakimś jasnym kamieniem, przed windami i skrzynkami pocztowymi stało kilka wyglądających na niewygodne ławek. Nasze mieszkanie miało numer osiem C i wychodziło na południowy wschód, co, jak słyszałam, było korzystne. John otworzył drzwi swoim kluczem uniwersalnym i cofnął się, niczym dumny ojciec.

– Oto ono – oznajmił z dumą.

Weszłam pierwsza, spodziewając się, że uderzy we mnie przemożny zapach siarki albo może widok kilku nietoperzy zwisających głowami w dół z sufitu, ale było zaskakująco czysto i jasno. Kuchnia na prawo, wąski, jednoosobowy pas z wykafelkowaną na biało podłogą i szafkami z laminatu, które zachowały dość biały kolor. Oczywiście bez zmywarki, ale blaty zrobiono z jakiejś nakrapianej imitacji granitu, a nad piekarnikiem wbudowano mikrofalówkę.

– Wspaniałe – stwierdził tata, otwierając lodówkę. – Są już pojemniki na lód.

Kuchnia wychodziła na salon, który za pomocą tymczasowej ściany został już podzielony, by uzyskać drugą sypialnię. Oczywiście oznaczało to, że z salonu znikły wszystkie okna, ale to było w porządku. Sypialnia miała sensowną wielkość – była zdecydowanie większa niż ta, którą właśnie opuściłam – a przesuwane szklane drzwi, prowadzące na balkon, zajmowały całą ścianę. Łazienka znajdowała się między salonem a prawdziwą sypialnią i została wykończona przy użyciu różowych kafli oraz różowej farby. Cóż. Niech sobie będzie kiczowata. Weszłam do prawdziwej sypialni, znacznie większej niż wykrojona z salonu, i rozejrzałam się. Maleńka szafa, wentylator pod sufitem, małe brudne okno, wychodzące wprost na mieszkanie w budynku obok. Lily chciała ją dla siebie i radośnie się na to zgodziłam. Potrzebowała trochę dodatkowej przestrzeni, ponieważ masę czasu spędzała w sypialni na nauce, aleja wolałam światło i wejście na balkon.

– Dzięki, Lii – szepnęłam do siebie, wiedząc, że Lily żadną miarą nie może mnie słyszeć.

– Co mówiłaś, kochanie? – zapytał tata, zjawiając się za moimi plecami.

– Och, nic. Tylko tyle, że Lily naprawdę świetnie się spisała. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, ale to coś wspaniałego, nie uważasz?

Wyglądał, jakby usiłował znaleźć najbardziej taktowny sposób, żeby coś powiedzieć.

– Tak, jak na Nowy Jork to wspaniałe mieszkanie. Po prostu trudno sobie wyobrazić, że trzeba aż tyle płacić i tak mało dostać w zamian. Wiesz, że twoja siostra i Kyle płacą w sumie tylko tysiąc czterysta dolarów za mieszkanie, a mają klimatyzację, dwa miejsca w garażu, łazienki wyłożone marmurem, i to dwie, nowiutką zmywarkę i pralkę z suszarką oraz trzy sypialnie – wytknął, jakby pierwszy raz zdał sobie z tego sprawę. Za dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt dolarów można było dostać dom z widokiem na morze w Los Angeles, trzypiętrowy apartament przy wysadzanej drzewami ulicy w Chicago, bliźniak z czterema sypialniami w Miami i cały cholerny zamek z fosą w Cleveland. Tak, wiedziałyśmy o tym.

– I dwa miejsca parkingowe, dostęp do pola golfowego, sali gimnastycznej oraz basenu – dodałam usłużnie. – Tak, wiem. Ale wierz mi lub nie, to wspaniała okazja. Myślę, że będziemy tu bardzo szczęśliwe.

Uściskał mnie.

– Też tak sądzę. Dopóki nie zaczniesz pracować zbyt ciężko, by się tym cieszyć – stwierdził pogodnie. Otworzył torbę, którą targał ze sobą przez cały dzień, gdzie, jak sądziłam, trzymał strój do racquetballa na później. Ale wyjął z niej kasztanowe pudło ozdobione na froncie napisem „Limitowana seria!”. Scrabble. Edycja dla koneserów, gdzie plansza została zamontowana na obrotowym talerzu i miała wystające brzegi, żeby litery się nie ześlizgiwały. Podziwialiśmy ją razem w specjalistycznym sklepie z grami przez ostatnie dziesięć lat, ale nie trafiła się żadna okazja, która pozwoliłaby ją kupić.

– Och, tato. Nie powinieneś! – Wiedziałam, że kosztowała dobrze ponad dwieście dolarów. – Och! Jest po prostu boska!