– Hm, cóż, Mirando, to dlatego, że monsieur Renaud nie był w stanie uzyskać od czwartkowej obsługi całkowicie wiarygodnego potwierdzenia, ale zapewnił, że ma dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewności, że będą mogli…
– Ahn – dre – ah, odpowiedz mi: czy dziewięćdziesiąt dziewięć procent to sto? Czy oznacza to potwierdzenie? – Zanim zdołałam odpowiedzieć, usłyszałam, jak mówi do kogoś, pewnie do osoby z obsługi pokładowej, że „niespecjalnie interesują ją zasady i przepisy związane z korzystaniem z urządzeń elektronicznych i proszę zanudzać tym kogoś innego”.
– Ależ szanowna pani, to wbrew zasadom i będę zmuszona prosić panią o zakończenie tego połączenia do czasu, gdy osiągniemy wysokość przelotową. To po prostu niebezpieczne – błagalnie powiedziała kobieta.
– Ahn – dre – ah, słyszysz mnie? Czy słuchasz, co…
– Szanowna pani, będę zmuszona nalegać. A teraz proszę zakończyć rozmowę. – Uśmiechałam się tak szeroko, że zaczynały mnie boleć usta – mogłam sobie tylko wyobrazić, j ak bardzo Miranda nienawidzi zwracania się do niej „szanowna pani”, co, wszyscy wiedzieli, zdecydowanie sugeruje starszą panią.
– Ahn – dre – ah, stewardesa zmusza mnie do zakończenia tej rozmowy. Oddzwonię do ciebie, kiedy stewardesa mi pozwoli. W tym czasie chcę mieć potwierdzonego fryzjera i wizażystę i chciałabym, żebyś zaczęła rozmowy wstępne z nowymi dziewczętami na stanowisko niani. To wszystko. – Kliknięcie, ale najpierw usłyszałam, jak pracownica obsługi pokładowej jeszcze raz zwraca się do niej „szanowna pani”.
– Czego chciała? – zapytała Emily, głęboko zaniepokojona, ze zmarszczonym czołem.
– Odezwała się do mnie właściwym imieniem trzy razy z rzędu – rozkoszowałam się tym, zadowolona, że przedłużam jej niepewność. – Trzy razy, wyobrażasz sobie? To chyba oznacza, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, prawda? Kto by pomyślał? Andrea Sachs i Miranda Priestly, najlepsze przyjaciółki na zawsze.
– Andrea, co powiedziała?
– Cóż, chce mieć potwierdzonego czwartkowego fryzjera i wizażystę, bo najwyraźniej dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie daje wystarczającej pewności. Och, i powiedziała coś o poszukiwaniu nowej niani. Musiałam źle zrozumieć. Mniejsza z tym, zadzwoni ponownie za trzydzieści sekund.
Emily wzięła głęboki wdech i zmusiła się, żeby znieść moją głupotę z gracją i stylem. Wyraźnie nie było to dla niej łatwe.
– Nie, nie sądzę, żebyś źle zrozumiała. Cara nie jest już z Miranda, więc oczywiście potrzebuje nowej niani.
– Co? Jak to „nie jest już z Miranda”? Jeżeli „nie jest już z Miranda”, to gdzie, do cholery, jest? – Naprawdę trudno mi było uwierzyć, że Cara nie powiedziałaby mi o swoim nagłym odejściu.
– Miranda uznała, że Cara będzie bardziej zadowolona, pracując dla kogoś innego. – Byłam pewna, że Emily posłużyła się dużo bardziej oględnymi słowami niż te, których użyła sama Miranda. Jakby kiedykolwiek uwzględniała cokolwiek od zadowolenia innych!
– Emily, proszę. Proszę, powiedz mi, co się naprawdę stało.
– Wyciągnęłam od Caroline, że Cara uziemiła dziewczynki w pokojach, bo przedwczoraj jej odpyskowały. Miranda uznała za niewłaściwe, żeby Cara podejmowała takie decyzje. I ja się z nią zgadzam. To znaczy, Cara nie jest matką tych dziewczynek, wiesz?
Więc Cara została wylana, bo kazała dwóm małym dziewczynkom siedzieć w sypialniach po tym, jak pokazały rogi?
– Tak, rozumiem twój punkt widzenia. Zdecydowanie nie jest rzeczą niani przejmować się samopoczuciem jej podopiecznych – powiedziałam, uroczyście kiwając głową. – Cara przesadziła.
Emily nie tylko nie podjęła mojego tonu, wyglądało na to, że nawet nie wyczuła sarkazmu, którym ociekała wypowiedź.
– Dokładnie. A poza tym, Mirandzie nigdy się nie podobało, że Cara nie mówi po francusku. No bo jak dziewczynki miałyby się nauczyć mówić bez akcentu?
Och, sama nie wiem. Może dzięki prywatnej szkole za piętnaście tysięcy dolarów rocznie, gdzie francuski był obowiązkowym przedmiotem, a wszyscy trzej nauczyciele francuskiego byli rodowitymi Francuzami? Albo może od swojej własnej wymownej matki, która mieszkała kiedyś we Francji, wciąż jeździła tam cztery razy do roku i potrafiła czytać, pisać i mówić w tym języku z idealnym, melodyjnym akcentem? Ale stwierdziłam tylko:
– Masz rację. Bez francuskiego nie ma niani. Zrozumiałe.
– Cóż, w każdym razie do ciebie będzie należało znalezienie dziewczynkom nowej niani. Tu jest numer agencji, z którą współpracujemy – powiedziała, wysyłając mi go maiłem. – Wiedzą, jak wybredna jest Miranda – i oczywiście ma rację – więc zwykle podsyłają nam właściwych ludzi.
Spojrzałam na nią uważnie i zastanowiłam się, jakie było jej życie przed Mirandą Priestly. Zadzwonił telefon i na szczęście Emily odebrała.
– Halo, Mirando. Tak, tak, słyszę cię. Nie, nie ma żadnego problemu. Tak, potwierdziłam fryzjera i wizażystę na czwartek. Tak, Andrea zaczęła już szukać nowej niani. Będziemy miały trzy sensowne kandydatki, gotowe do rozmowy kwalifikacyjnej pierwszego dnia po twoim powrocie. – Przechyliła głowę na bok i piórem dotknęła ust. – Mmm, tak. Tak, definitywnie potwierdzone. Nie, nie dziewięćdziesiąt dziewięć procent, sto procent. Zdecydowanie. Tak, Mirando. Tak, osobiście to potwierdziłam i jestem całkiem pewna. Nie mogą się doczekać. Okej. Miłego lotu. Tak, to potwierdzone. Zaraz to przefaksuję. Okej. Do widzenia. – Odłożyła słuchawkę i wydawało się, że drży.
– Czemu ta kobieta nie rozumie? Powiedziałam jej, że fryzjer i wizażysta są potwierdzeni. A potem powtórzyłam jej to jeszcze raz. Czemu musiałam to mówić jeszcze pięćdziesiąt razy? I wiesz, co powiedziała?
Pokręciłam głową.
– Wiesz, co powiedziała? Powiedziała, że ponieważ to wszystko jest dla niej takie uciążliwe, chce, żebym przerobiła plan podróży, tak by zawierał informację o potwierdzeniu tego fryzjera i wizażysty i przefaksowała go do Ritza, żeby po przyjeździe miała poprawny. Robię dla tej kobiety wszystko – oddaję jej swoje życie – a ona w zamian tak się do mnie odnosi? – Wyglądała, jakby miała się rozpłakać. Byłam zachwycona rzadką okazją zobaczenia, jak Emily wsiada na Mirandę, ale wiedziałam, że zaraz ujawni się Paranoidalna Pętla Runwaya, więc musiałam działać ostrożnie. Uderzyć we właściwy ton zrozumienia i bezstronności.
– To nie twoja wina, Em, słowo daję. Przecież wie, jak ciężko pracujesz – jesteś niesamowitą asystentką. Gdyby nie uważała, że wykonujesz wspaniałą robotę, już by się ciebie pozbyła. A nie należy do tych, którzy obawiają się tego rodzaju rozwiązań, wiesz, co mam na myśli.
Emily przestała ronić łzy i zaczęła zbliżać się do strefy buntu, kiedy broniła Mirandy, o ile powiedziałam cokolwiek zbyt oburzającego, nawet gdy się ze mną zgadzała. Na psychologii uczyłam się o syndromie sztokholmskim, kiedy ofiary identyfikują się z tymi, przez których są trzymane w niewoli, ale właściwie nie rozumiałam, na czym to wszystko polega. Może powinnam nagrać na wideo jedną z naszych sesyjek z Emily i posłać nagranie profesorowi, żeby w następnym roku pierwszoroczniacy na własne oczy zobaczyli, jak to wygląda. Wszelkie wysiłki, żeby postępować ostrożnie, zaczęły się wydawać nadludzkim zadaniem, więc wzięłam głęboki oddech i poszłam na całość.
– To wariatka, Emily – powiedziałam miękko i wolno, siłą woli chcąc ją skłonić, żeby się ze mną zgodziła. – To nie twoja wina, tylko jej. To pusta, powierzchowna, zgorzkniała kobieta, która ma całe tony wspaniałych ciuchów i niewiele więcej.
Twarz Emily stężała w zauważalny sposób, skóra na szyi i policzkach się naciągnęła, a ręce przestały drżeć. Wiedziałam, że zaraz mnie zaatakuje, ale nie mogłam przestać.