Выбрать главу

– Słusznie, słusznie – zgodziła się ze mną, ale już zdążyłam ją skreślić.

Trzy kolejne były niewiele lepsze. Fizycznie wszystkie odpowiadały gustowi Mirandy – agencja rzeczywiście dokładnie wiedziała, czego ona chce – ale żadna nie miała w sobie tego, czego oczekiwałabym od niani mającej się zająć moją przyszłą siostrzenicą lub siostrzeńcem, standard, który sobie narzuciłam w tej sprawie. Jedna z nich zrobiła magisterkę z dziecięcej rozwojówki na Columbii, ale kiedy próbowałam jej opisać subtelne różnice między tą pracą a innymi, które do tej pory podejmowała, patrzyła na mnie szklanym wzrokiem. Inna umawiała się ze słynnym graczem NBA, co, jej zdaniem, pozwoliło jej „poznać sławnych od podszewki”. Ale kiedy ją zapytałam, czy pracowała kiedykolwiek z dziećmi sławnych ludzi, instynktownie zmarszczyła nos i poinformowała mnie, że „dzieciaki tych sławnych, rozumiesz, zawsze mają większe waty”. Skreślona. Trzecia i najbardziej obiecująca wychowała się na Manhattanie, właśnie skończyła Middlebury i chciała popracować rok jako niania, żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy na podróż do Paryża. Kiedy zapytałam, czy to oznacza, że mówi po francusku, potwierdziła. Jedyny problem leżał w tym, że była mieszczuchem w każdym calu i w związku z tym nie miała prawa jazdy. Czy planuje nauczyć się jeździć? – zapytałam. Nie, odpowiedziała. Była przekonana, że na ulicach nie potrzeba kolejnych samochodów do powiększania korków. Skreślenie numer trzy. Resztę dnia poświęciłam na rozważania, jak w taktowny sposób powiedzieć Mirandzie, że kiedy dziewczyna jest atrakcyjna, wysportowana, czuje się swobodnie wśród sław, mieszka na Manhattanie, ma prawo jazdy, umie pływać, skończyła studia, mówi po francusku i całkowicie dowolnie gospodaruje swoim czasem, to jest spora szansa, że nie chce być nianią.

Miranda musiała mi czytać w myślach, bo z miejsca zadzwonił telefon. Przeprowadziłam kilka obliczeń, z których wynikło, że musiała właśnie wylądować na lotnisku de Gaulle'a, a szybki rzut oka na akuratny co do sekundy plan podróży, który tak pracowicie skonstruowała Emily, pokazał, że teraz jest w samochodzie, w drodze do Ritza.

– Biuro Mirandy Pri…

– Emily! – Właściwie wrzasnęła. Rozsądnie uznałam, że nie pora jej teraz poprawiać. – Emily! Kierowca nie dał mi tego telefonu, co zwykle, i w efekcie nie mam żadnych numerów. To niedopuszczalne. Kompletnie niedopuszczalne. Jak mam załatwiać zawodowe sprawy bez tych telefonów? Natychmiast połącz mnie z panem Lagerfeldem.

– Tak, Mirando, zaczekaj, proszę, przez chwilę. – Puknęłam w przycisk „oczekiwanie” i zawołałam na pomoc Emily, chociaż łatwiej by mi przyszło zjeść słuchawkę w całości, niż zlokalizować Karla Lagerfelda w czasie krótszym niż ten, który wystarczył, żeby Miranda tak się rozzłościła, by rzucić telefonem, a potem dzwonić z pytaniami: „Gdzie on jest, do licha? Czemu nie możesz go znaleźć? Czy w ogóle potrafisz posługiwać się telefonem?”.

– Chce Karla – zawołałam do Emily. To imię natychmiast poderwało ją na nogi, w błyskawicznym tempie przedzierała się przez papiery na swoim biurku.

– Okej, słuchaj. Mamy dwadzieścia do trzydziestu sekund. Ty bierzesz Biarritz i kierowcę, ja Paryż i asystenta! – krzyknęła. Jej place już biegały po klawiaturze telefonu. Kliknęłam dwa razy na listę kontaktów z ponad tysiącem nazwisk, którą każda z nas miała na swoim twardym dysku, i znalazłam dokładnie pięć telefonów, pod które musiałam zadzwonić: Biarritz główny, Biarritz drugi główny, Biarritz studio, Biarritz basen i Biarritz kierowca. Szybki rzut oka na pozostałe dane przypisane do Karla Lagerfelda wyjaśnił, że Emily miała w sumie siedem numerów, a były też kolejne do Nowego Jorku i Mediolanu. Byłyśmy przegrane na samym starcie.

Spróbowałam „Biarritz główny” i byłam w środku wybierania numeru „Biarritz drugi główny”, kiedy zobaczyłam, że pulsujące czerwone światełko przestało migać. Emily oznajmiła, że Miranda się rozłączyła, na wypadek, gdybym tego nie zauważyła. Minęło zaledwie dziesięć czy piętnaście sekund – dziś była wyjątkowo niecierpliwa. Naturalnie telefon z miejsca zadzwonił ponownie, a Emily zareagowała na moje proszące, wręcz błagalne spojrzenie, i odebrała. Nie doszła nawet do połowy formuły powitalnej, gdy już poważnie kiwała głową, starając się uspokoić Mirandę. Ja wciąż dzwoniłam i połączyłam się – cudem – z numerem „Biarritz basen”, gdzie podjęłam rozmowę z kobietą, która nie znała ani jednego słowa, ani jednej sylaby po angielsku. Może stąd ta obsesja na temat francuskiego?

– Tak, tak, Mirando. Andrea i ja już dzwonimy. Powinno to zająć jeszcze tylko parę sekund. Tak, rozumiem. Nie, wiem, że to frustrujące. Jeśli pozwolisz, żebym przełączyła cię na oczekiwanie na jakieś dziesięć sekund, z pewnością będziemy miały go na linii. Okej? – Uderzyła w klawisz „oczekiwanie” i nie przerywała wystukiwania numerów. Słyszałam, jak przy pomocy czegoś, co brzmiało jak okropnie źle akcentowana, łamana francuszczyzna, rozmawia z kimś, kto najwyraźniej nie znał nazwiska Karl Lagerfeld. No to po nas. Po nas. Zamierzałam rozłączyć się ze zwariowaną Francuzką, która skrzeczała coś do słuchawki, gdy zobaczyłam, że migające światełko znów znikło. Emily wciąż gorączkowo wybierała numery.

– Rozłączyła się! – krzyknęłam zemocjonowana jak ratownik medyczny wykonujący masaż serca.

– Twoja kolej odebrać! – odkrzyknęła, jej place biegały, a telefon oczywiście ponownie zadzwonił.

Podniosłam słuchawkę i nawet nie próbowałam niczego mówić, ponieważ wiedziałam, że głos po drugiej stronie odezwie się bez wstępów. Odezwał.

– Ahn – dre – ah! Emily! Z kimkolwiek, do cholery, rozmawiam… jak to możliwe, że rozmawiam z wami, a nie z panem Lagerfeldem? Jak?

W pierwszym odruchu chciałam zachować milczenie, bo oczekiwałam, że to nie koniec werbalnej zapory ogniowej, ale jak zwykle zawiódł mnie instynkt.

– Hall – ooo? Jest tam kto? Czy proces przełączenia rozmowy telefonicznej z jednego numeru na drugi jest naprawdę zbyt skomplikowany dla obu moich asystentek? – Jej głos ociekał sarkazmem i niezadowoleniem.

– Nie, Mirando, oczywiście, że nie. Przykro mi z tego powodu… – Mój głos trochę drżał, ale nie mogłam się opanować. – Po prostu wygląda na to, że nie możemy znaleźć pana Lagerfelda. Próbowałyśmy już pod co najmniej ośmioma…

– „Wygląda na to, że nie możecie go znaleźć?” – przedrzeźniała mnie wysokim głosem, który w ogóle nie przypomniał mojego, nawet nie brzmiał po ludzku. – Co ma znaczyć „wygląda na to, że nie możecie go znaleźć”?

Ciekawe, której części tego prostego ośmiowyrazowego zdania nie zrozumie, pomyślałam. Wygląda. Na to. Że. Nie możemy. Go. Znaleźć. Dla mnie to brzmiało dość przejrzyście: nie możemy go, kurwa, znaleźć. Dlatego właśnie z nim nie rozmawiasz. Jeżeli ty potrafisz go znaleźć, to sobie z nim porozmawiaj. Przez głowę przemknął mi milion ciętych odpowiedzi, ale tylko bełkotałam jak pierwszak upomniany przez nauczyciela, że rozmawia na lekcji.

– Hm, no tak, dzwoniłyśmy pod wszystkie numery, które mamy na liście, ale wygląda na to, że pod żadnym go nie ma – zdołałam wydusić.

– Oczywiście, że nie! – Teraz prawie wrzeszczała, ten bezcenny, starannie pielęgnowany chłód był niebezpiecznie bliski załamania. Wzięła głęboki, przesadnie głęboki wdech i powiedziała spokojnie: – Ahn – dre – ah. Czy masz świadomość, że w tym tygodniu w Paryżu odbywają się pokazy? – Czułam się, jakbyśmy odbywały lekcję angielskiego dla początkujących.

– Oczywiście, Mirando. Emily sprawdziła pod wszystkimi numerami w…

– I czy masz świadomość, że pan Lagerfeld powiedział, iż podczas pobytu w Paryżu będzie osiągalny pod swoim telefonem komórkowym? – Każdy mięsień jej gardła silił się na zachowanie równowagi i spokoju.