Выбрать главу

– Cóż, nie, nie mamy na liście jego telefonu komórkowego, więc nie wiedziałyśmy nawet, że pan Lagerfeld takowy posiada. Ale Emily rozmawia teraz z jego asystentem i z pewnością będzie miała ten numer w każdej chwili.

Emily uniosła na mój użytek obu kciuki w górę tuż przed gorączkowym zapisaniem czegoś i parę razy zawołała:

– Merci, och tak, dziękuję, to znaczy merci.

– Mirando, mam już ten numer. Czy mam cię teraz połączyć? – Czułam, jak pewność siebie i duma unoszą mi pierś. Dobra robota! Znakomita akcja w maksymalnie stresujących warunkach. Mniejsza o to, że moja naprawdę urocza bluzka chłopka, którą skomplementowały dwie – nie jedna, ale dwie – asystentki z działu mody, miała teraz plamy potu pod pachami. Kogo to obchodzi? Miałam zaraz pozbyć się tej kompletnie obłąkanej wściekłej wariatki z jej międzynarodowymi telefonami i byłam tym zachwycona.

– Ahn – dre – ah? – Zabrzmiało to jak pytanie, ale skoncentrowałam się wyłącznie na próbie odkrycia zasad rządzących chaosem pomyłek co do imion. Z początku myślałam, że robiła to celowo, próbując jeszcze bardziej nas poniżyć i upokorzyć, ale potem zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie była stosunkowo usatysfakcjonowana poziomami poniżenia i upokorzenia, które znosiłyśmy, i robiła to tylko dlatego, że nie chciała sobie zawracać głowy szczegółami tak nieistotnymi, jak imiona dwóch własnych asystentek. Emily to potwierdziła, mówiąc, że przez połowę czasu zwracała się do niej „Emily”, przez drugą stosując mieszankę „Andrei” z „Allison” – asystentką, która ostatnio została awansowana. Poczułam się trochę lepiej.

– Tak? – Znów skrzeczenie. Cholera! Czy nie mogłam zachować w kontaktach z tą kobietą nawet odrobiny godności?

– Ahn – dre – ah, nie rozumiem, co to za zamieszanie ze znalezieniem numeru komórki do pana Lagerfelda, skoro mam go przed sobą. Dał mi go jakieś pięć minut temu, ale zostaliśmy rozłączeni i wygląda na to, że nie mogę go poprawnie wybrać. – Końcówkę wygłosiła takim tonem, jakby należało za tę irytującą niedogodność winić cały świat, tylko nie siebie.

– Och. Masz ten numer? I cały czas wiedziałaś, że jest pod tym numerem? – mówiłam to na użytek Emily, ale tylko podgrzałam wściekłość Mirandy.

– Czy nie wyrażam się całkowicie jasno? Masz mnie połączyć z numerem zero – trzy – pięć – pięć – dwa – trzy – pięć – sześć – sześć – siedem – osiem – dziewięć. Natychmiast. A może to zbyt trudne?

– Nie, nie Mirando, oczywiście to nie jest zbyt trudne. Już cię łączę. Zaczekaj chwilę. – Nacisnęłam przycisk „konferencja”, wybrałam numer, usłyszałam starszego mężczyznę wołającego „Allo!” i ponownie nacisnęłam przycisk „konferencja”. – Proszę pana, Miranda Priestly na linii, jesteście państwo połączeni – oznajmiłam jak pracownica ręcznej centrali telefonicznej z czasów Małego domku na prerii. Zamiast wyłączyć głos, a potem przełączyć na głośnik, tak żebyśmy z Emily mogły razem podsłuchać rozmowę, po prostu odłożyłam słuchawkę. Przez parę minut siedziałyśmy w milczeniu, gdy próbowałam się powstrzymać i nie zwymyślać Mirandy od najgorszych. Zamiast tego wytarłam wilgoć z czoła i wzięłam długi, głęboki wdech. Emily przemówiła pierwsza.

– No dobrze, wyjaśnijmy to sobie. Miała ten numer cały czas, ale nie wiedziała, jak go wybrać.

– Albo może nie miała ochoty go wybrać – podsunęłam usłużnie, zawsze chętna, żeby zjednoczyć siły przeciw Mirandzie, szczególnie biorąc pod uwagę, jak rzadko trafiała się po temu okazja z udziałem Emily.

– Powinnam była wiedzieć – stwierdziła, kręcąc głową, jakby okropnie rozczarowała samą siebie. – Naprawdę powinnam była wiedzieć. Zawsze dzwoni, żebym połączyła ją z osobą, która jest w pokoju obok albo w hotelu dwie ulice dalej. Pamiętam, jak myślałam, że to dziwne, dzwonić z Paryża do Nowego Jorku, żeby ktoś połączył cię z człowiekiem w Paryżu. Teraz oczywiście wydaje mi się to całkiem normalne, ale nie mogę uwierzyć, że tego nie przewidziałam.

Miałam właśnie pobiec do Jadalni po lunch, ale znów zadzwonił telefon. Sugerując się teorią, że piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce, postanowiłam być dzielna i odebrać.

– Biuro Mirandy Priestly.

– Emily! Stoję w strugach deszczu na rue de Rivoli, a mój kierowca zniknął. Zniknął! Rozumiesz? Zniknął! Znajdź go natychmiast! – Była na skraju histerii, pierwszy raz słyszałam ją w takim stanie, i nie byłabym zaskoczona, gdyby drugi raz się nie zdarzył.

– Chwileczkę, Mirando. Mam tu jego numer. – Odwróciłam się w stronę biurka w poszukiwaniu planu podróży, który moment wcześniej tam odłożyłam, ale zobaczyłam tylko papiery, stare Biuletyny, stosy nieaktualnych papierów. Minęły zaledwie trzy czy cztery sekundy, ale czułam się, jakbym stała tuż obok niej, patrząc na deszcz zlewający futro od Fendi i spłukujacy jej z twarzy makijaż. Jakby mogła wyciągnąć rękę i wymierzyć mi policzek, powiedzieć, że jestem bezwartościowym gównem, beztałenciem pozbawionym wszelkich umiejętności, całkowitym i kompletnym zerem. Nie było czasu, żeby sprawiać sobie słowną chłostę, nie było czasu przypominać sobie, że to tylko zwykła istota ludzka (no, o tym trzeba by podyskutować), która nie jest specjalnie uszczęśliwiona koniecznością czekania w deszczu, i odbija to sobie na własnej asystentce znajdującej się w odległości pięciu tysięcy siedmiuset sześćdziesięciu kilometrów. To nie moja wina, to nie moja wina. To nie moja wina.

– Ahn – dre – ah! Moje buty są zrujnowane. Słyszysz? Czy ty w ogóle mnie słuchasz? Znajdź mojego kierowcę teraz.

Groził mi wybuch niestosownych emocji – czułam gulę w gardle, napięcie mięśni karku, ale było za wcześnie na ocenę, czy wybuchnę śmiechem, czy płaczem. Jedno i drugie: nie do przyjęcia. Emily musiała to wyczuć, bo zerwała się z miejsca i wręczyła mi własny egzemplarz planu podróży. Podkreśliła nawet telefony kontaktowe do kierowcy, w sumie trzy, jeden do samochodu, drugi na komórkę i trzeci do domu. Oczywiście.

– Mirando, muszę przełączyć cię na oczekiwanie, kiedy będę do niego dzwonić… Czy mogę? – Nie czekałam na odpowiedź, co, jak wiedziałam, doprowadzi ją do szału, i przełączyłam na oczekiwanie. Ponownie wydzwoniłam paryski numer. Dobra wiadomość była taka, że kierowca odebrał po pierwszym dzwonku pod pierwszym numerem, który wybrałam. Zła wiadomość, że nie mówił po angielsku. Chociaż nigdy wcześniej nie przejawiałam zachowań autodestrukcyjnych, nie mogłam się opanować i walnęłam czołem prosto w blat biurka. Wystarczyły trzy razy i Emily uruchomiła swoją linię telefoniczną. Uciekła się do krzyku, nie tyle starając się, by kierowca zrozumiał jej kiepską francuszczyznę, ale by dobitnie wykazać mu awaryjny charakter obecnej sytuacji. Nowi kierowcy zawsze pozwalali sobie na odrobinę luzu, przeważnie z powodu głupiego przekonania, że jeśli Miranda będzie zmuszona zaczekać dodatkowych czterdzieści pięć sekund bądź minutę, nic jej się nie stanie. Dokładnie tego złudzenia Emily i ja musiałyśmy ich pozbawiać.

Kilka minut później, gdy Emily zdołała obrazić kierowcę w dostatecznym stopniu, żeby pełnym gazem wrócił tam, gdzie trzy czy cztery minuty wcześniej zostawił Mirandę, obie oparłyśmy głowy o blaty biurek. Nie miałam już szczególnej ochoty na lunch, fenomen, który przyprawił mnie o nerwowe drżenie. Czy nasiąkałam atmosferą Runwayal A może chodziło o mieszaninę adrenaliny i nerwów, gwarantującą brak apetytu? To było to! Upodobanie do głodówki występujące endemicznie na terenie redakcji w rzeczywistości nie pojawiło się samoczynnie, ale było zwykłą fizjologiczną reakcją organizmu, który, stale odczuwając przerażenie i ogólny niepokój, właściwie nie bywał już głodny. Przysięgłam sobie: przyjrzę się temu dokładniej i może zbadam opcję, że Miranda była sprytniejsza, niż się wydaje, i celowo odgrywała rolę osoby tak odpychającej, by wystraszyć wszystkich do tego stopnia, żeby zostali chudzi.