Sporadycznie znajdowałam top bez rękawów albo jakiś za duży ciuch, który mogłam zatrzymać, ale fakt, że wszystko było w rozmiarze zero, stanowił pewien problem. Przeważnie rozdzielałyśmy rzeczy między tych, którzy mieli córki przed okresem dojrzewania, bo tylko one faktycznie mogły zmieścić się w te ciuchy. Wyobrażałam sobie małe dziewczynki o chłopięcych ciałach, paradujące w spódniczkach od Prady i wąskich sukienkach Dolce & Gabbany na cieniutkich ramiączkach. Jeżeli trafiało się coś naprawdę wystrzałowego, naprawdę kosztownego, wyciągałam to z worka na śmieci i ukrywałam pod biurkiem do czasu, gdy mogłam bezpiecznie przeszmuglować to coś do domu. Kilka szybkich kliknięć na E – bay albo może mała wizyta w jednym z ekskluzywnych komisów na Madison Avenue i nagle moja pensja nie była już taka depresyjna. To nie kradzież, racjonalizowałam, po prostu wykorzystuję to, co jest dostępne.
Między szóstą a dziewiątą wieczorem – północ do trzeciej nad ranem jej czasu – dzwoniła jeszcze sześć razy, żebyśmy łączyły ją z różnymi osobami, które znajdowały się w Paryżu. Poszukiwałam ich apatycznie, jednostajnie, aż wreszcie zaczęłam zbierać swoje rzeczy, żeby spróbować wymknąć się na noc, zanim telefon ponownie zadzwoni. Dopiero kiedy wyczerpana wkładałam płaszcz, kątem oka zobaczyłam notkę przyklejoną do monitora, żeby na pewno nie zapomnieć. „ZADZWONIĆ A., DZISIAJ 3:30”. Miałam takie wrażenie, jakbym płynęła, moje kontakty już dawno temu wyschły i zmieniły się w małe, twarde odłamki szkła przykrywające oczy, a w tym momencie zaczęło mi pulsować w głowie. Nic ostrego, tępy, rozmyty ból z rodzaju tych, których nie da się dokładnie umiejscowić, a wiadomo, że będą narastać i narastać, powoli nabierać palącej intensywności, dopóki człowiek nie zemdleje albo głowa mu po prostu nie eksploduje. W szaleństwie tych wszystkich telefonów zza oceanu, które wywołały takie zdenerwowanie, taką panikę, zapomniałam wygospodarować ze swojego dnia trzydzieści sekund i zadzwonić do Aleksa, kiedy mnie o to prosił. Po prostu zapomniałam zrobić coś tak prostego dla kogoś, kto właściwie nigdy niczego ode mnie nie chciał.
Usiadłam w ciemnym teraz i cichym biurze, podniosłam słuchawkę, wciąż jeszcze wilgotną od moich spoconych rąk po ostatnim telefonie Mirandy kilka minut wcześniej. Jego domowy telefon dzwonił i dzwonił, aż włączyła się sekretarka, ale odebrał po pierwszym sygnale, gdy spróbowałam pod komórką.
– Cześć – powiedział, wiedząc, że to ja, dzięki identyfikacji numeru. – Jak ci minął dzień?
– Wszystko jedno, jak zwykle. Alex, tak mi przykro, że nie zadzwoniłam o wpół do czwartej. Nawet nie wiem, co powiedzieć, po prostu miałam tu takie szaleństwo, ona nie przestawała dzwonić i…
– Hej, daj spokój. Nic wielkiego. Słuchaj, moment nie jest dla mnie najlepszy. Mogę zadzwonić od ciebie jutro? – Mówił z roztargnieniem, odległym głosem kogoś, kto dzwoni z budki telefonicznej na plaży przy maleńkiej wiosce gdzieś na końcu świata.
– Hm, jasne. Ale czy wszystko okej? Powiesz mi szybciutko, o czym wcześniej chciałeś rozmawiać? Naprawdę się martwiłam, czy wszystko w porządku.
Przez chwilę milczał, a potem powiedział:
– Cóż, nie wygląda, żebyś aż tak bardzo się martwiła. Raz proszę, żebyś zadzwoniła w porze, która jest dogodna dla mnie – nie wspominając już nawet o tym, że twojej szefowej nie ma teraz w kraju – a ty nie możesz zrobić tego wcześniej niż sześć godzin po fakcie. To nie jest zachowanie kogoś, komu naprawdę zależy, wiesz? – Stwierdził to wszystko bez cienia sarkazmu czy dezaprobaty, po prostu jako zwykłe podsumowanie faktów.
Okręcałam sznur telefonu wokół palca, aż kostka zaczęła pulsować, a koniec zbielał; poczułam też przelotnie metaliczny smak krwi w ustach, pierwszy znak, że przygryzałam wnętrze dolnej wargi.
– Alex, nie chodzi o to, że zapomniałam zadzwonić – skłamałam otwarcie, próbując się wyplątać z jego nieoskarżającego oskarżenia. – Po prostu nie miałam ani sekundy wolnego, a ponieważ to zabrzmiało, jakby chodziło o coś poważnego, nie chciałam dzwonić tylko po to, żeby zaraz się rozłączać. Zrozum, dzwoniła ze dwadzieścia razy w ciągu popołudnia i za każdym chodziło o coś nadzwyczajnie pilnego. Emily wyszła o piątej i zostawiła mnie samą z tym telefonem, a Miranda nie chciała przestać. Dzwoniła, dzwoniła i dzwoniła, za każdym razem, kiedy zaczynałam wykręcać twój numer, miałam ją na drugiej linii. Ja, ee, no wiesz.
Ta rozpaczliwa lista wymówek brzmiała żałośnie nawet w moich własnych uszach, ale nie mogłam się powstrzymać. On wiedział, że po prostu zapomniałam, ja też. Nie dlatego, żeby mnie to nie obchodziło albo żebym się nie przejmowała, ale dlatego, że w chwili, gdy przychodziłam do pracy, wszystkie sprawy niezwiązane z Mirandą jakoś przestawały mieć znaczenie. W pewnym sensie wciąż nie rozumiałam i z pewnością nie potrafiłam nikomu wyjaśnić – nie wspominając już o tym, żeby prosić kogokolwiek o zrozumienie – jak to się działo, że świat zewnętrzny po prostu rozpływał się w nicość, że jedynym, co zostawało, był Runway, a reszta znikała. Szczególnie trudno wyjaśnić ten fenomen, skoro właśnie to była jedyna rzecz w moim życiu, którą pogardzałam. A z drugiej strony, tylko ona się liczyła.
– Słuchaj, muszę wracać do Joeya. Ma u siebie dwójkę przyjaciół i pewnie zdążyli już przewrócić cały dom do góry nogami.
– Joey? To znaczy, że jesteś w Larchmont? Zwykle nie pilnujesz go w środy. Wszystko w porządku? – Miałam nadzieję odwrócić jego uwagę od jaskrawej oczywistości faktu, że zagrzebana w pracy nie zauważyłam upływu sześciu kolejnych godzin, a to mi wyglądało na najlepszą drogę. Powiedziałby mi, że jego mamę coś pilnego zatrzymało w pracy albo musiała pójść na zebranie rodziców akurat tego wieczoru, a opiekunce coś wypadło. Oczywiście nigdy nie narzekał, to by nie było w jego stylu, ale przynajmniej powiedziałby, co się dzieje.
– Tak, tak, wszystko w porządku, mama miała dzisiaj awaryjne spotkanie z klientem. Andy, naprawdę nie mogę teraz z tobą rozmawiać, przedtem dzwoniłem, bo miałem dobre wieści. Ale nie oddzwoniłaś – powiedział bez wyrazu.
Tak ciasno owinęłam sznur od telefonu, który powoli zaczął się rozplątywać wokół palców wskazującego i środkowego, że zaczęły pulsować.
– Przepraszam – zdołałam wydusić z siebie tylko tyle, chociaż wiedziałam, że miał rację, wykazałam się brakiem wrażliwości, ale byłam zbyt zmęczona, by wytaczać we własnej obronie wielkie działa. – Alex, proszę. Proszę, nie karz mnie, nie mówiąc mi czegoś dobrego. Wiesz, jak dawno nikt nie dzwonił z dobrymi wieściami? Proszę. Daj mi choć tyle. – Wiedziałam, że zareaguje na moje racjonalne podejście, i rzeczywiście.