Выбрать главу

– Słuchaj, to nic specjalnie ekscytującego. Po prostu porobiłem różne przygotowania, żebyśmy mogli razem pojechać na pierwsze spotkanie absolwentów.

– Naprawdę? Zrobiłeś to? Jedziemy? – Wcześniej kilka razy o tym wspominałam w sposób, jak chciałabym wierzyć, spontaniczny i przypadkowy, jednak Alex, co nie było w jego stylu, zawsze zachowywał rezerwę i nie potwierdzał, że pojedziemy razem. Wszyscy wiedzą, że pierwszy zjazd po dyplomie to największa impreza ze wszystkich, i chociaż Alex nigdy nie powiedział tego wprost, odniosłam wrażenie, że wolał pojechać z Maksem i chłopakami. Parę tygodni wcześniej porzuciłam temat, uznając, że coś z Lily wykombinujemy, i w sumie wszyscy i tak będziemy się bawić razem. Ale on oczywiście jakimś sposobem wyczuł, jak bardzo chciałam pojechać z nim, jako para, i wszystko zaplanował.

– Tak, załatwione. Mamy wynajęty samochód – dokładniej dżipa – i zarezerwowałem pokój w Biltmore.

– W Biltomore? Żartujesz? Dostałeś pokój? Niesamowite.

– No tak, zawsze mówiłaś, że chcesz się tam zatrzymać, więc uznałem, że powinniśmy spróbować. Zrobiłem nawet rezerwację na niedzielę na brunch w Alforno dla dziesięciu osób, więc każde z nas może zebrać bandę i będziemy mieć wszystkich jednocześnie w tym samym miejscu.

– Niemożliwe. Już to wszystko załatwiłeś?

– Jasne. Myślałem, że będziesz zachwycona. To dlatego tak mi zależało, żeby ci o tym powiedzieć. Ale najwyraźniej byłaś zbyt zajęta, żeby oddzwonić.

– Alex, jestem zachwycona. Nawet nie umiem ci powiedzieć, jak się cieszę, i nie mogę uwierzyć, że wszystko już zorganizowałeś. Naprawdę mi przykro z powodu tego, co zaszło, ale nie mogę się doczekać października. Będziemy się świetnie bawić, i to dzięki tobie.

Rozmawialiśmy przez kilka kolejnych minut. Gdy odłożyłam słuchawkę, nie wydawał się już wściekły, aleja ledwie mogłam się ruszyć. Wysiłek, żeby wszystko odkręcić, znaleźć właściwe słowa, które nie tylko przekonają go, że o nim nie zapomniałam, ale upewnią, że jestem w stosownym stopniu wdzięczna i zachwycona, wyczerpał moje ostatnie rezerwy. Nie pamiętam wsiadania do samochodu ani jazdy do domu, ani tego, czy witałam się z Johnem Fisherem – Galliano w holu swojego budynku. Poza krańcowym wyczerpaniem, tak bolesnym, że niemal przyjemnym, jedno, co pamiętam, to uczucie ulgi, że drzwi Lily są zamknięte i nie widać pod nimi światła. Zastanawiałam się, czy zamówić coś do jedzenia, ale sama myśl o znalezieniu menu i telefonu była zbyt obciążająca – kolejny posiłek, który po prostu się nie wydarzył.

Zamiast tego usiadłam na popękanym betonie mojego nowego, pustego balkonu i leniwie zaciągnęłam się papierosem. Brakowało mi energii, żeby wydmuchnąć dym, więc pozwoliłam, żeby sączył mi się z ust i wisiał w nieruchomym powietrzu wokół mnie. W którymś momencie usłyszałam otwierające się drzwi Lily, jej kroki, szuranie wzdłuż korytarza, ale szybko zgasiłam światło i siedziałam w zaciemnionej ciszy. Minęło piętnaście kolejnych godzin gadania i nie byłam w stanie więcej mówić.

13

– Zatrudnij ją – zarządziła Miranda po spotkaniu z Annabelle, dwudziestą dziewczyną, z którą odbyłam rozmowę wstępną; jedną z dwóch, które uznałam za odpowiednie, żeby w ogóle widziały się z Mirandą. Annabelle była rodowitą Francuzką (właściwie mówiła po angielsku tak słabo, że bliźniaczki musiały dla mnie tłumaczyć), absolwentką Sorbony i właścicielką smukłego, silnego ciała oraz wspaniałych brązowych włosów. Miała styl. Nie obawiała się noszenia szpilek do pracy i nie wydawała się zniechęcona obcesowym zachowaniem Mirandy. W sumie sama była dość wycofana, obcesowa i właściwie nie nawiązywała prawdziwego kontaktu wzrokowego. Zawsze trochę znudzona, niezbyt zainteresowana i stuprocentowo pewna siebie. Byłam zachwycona, kiedy Miranda zechciała ją zatrudnić; oszczędzało mi to tygodni kolejnych spotkań z kandydatkami na nianie i oznaczało, że – w jakimś minimalnym zakresie – zaczynam chwytać.

Co chwytać, nie byłam dokładnie pewna, ale wszystko szło tak sprawnie, jak tylko mogłam sobie w tym momencie życzyć. Przez zamawianie ciuchów przeszłam z zaledwie kilkoma ewidentnymi wpadkami. Nie można powiedzieć, żeby była zachwycona, gdy zaprezentowałam wszystko, co zamówiła od Givenchy'ego, i przypadkiem wymówiłam to dokładnie tak, jak się pisze – Givenchy. Po masie wściekłych napomnień i paru złośliwych komentarzach zostałam poinformowana o poprawnej wymowie i wszystko szło w miarę dobrze, dopóki nie trzeba było jej powiedzieć, że sukienki bez ramiączek od Roberta Cavalliego, które zamówiła, nie zostały jeszcze uszyte i będą gotowe za trzy tygodnie. Ale poradziłam sobie z tym i zdołałam skoordynować przymiarki w Szafie z jej krawcem oraz zgromadzić prawie wszystko w garderobie u niej w domu, pomieszczeniu z grubsza wielkości kawalerki.

Organizowanie przyjęcia ciągnęło się podczas nieobecności Mirandy i z pełnym rozmachem ruszyło po jej powrocie, ale paniki było zaskakująco niewiele – wyglądało na to, że wszystko układało się jak należy i nadchodzący piątek miał minąć bez przeszkód. Z Chanel dostarczono jedyną w swoim rodzaju, długą do ziemi, ręcznie wyszywaną paciorkami dopasowaną suknię, kiedy ona była w Europie, i natychmiast posłałam ją do pralni na jeden szybki numerek. Miesiąc wcześniej widziałam podobną suknię od Chanel, czarną, na stronach i kiedy wspomniałam o tym Emily, melancholijnie kiwnęła głową.

– Czterdzieści tysięcy dolarów – powiedziała, poruszając głową w górę i w dół, w górę i w dół. Kliknęła dwa razy w parę czarnych dżinsów na style.com, gdzie spędzała całe miesiące, przetrząsając witrynę w poszukiwaniu pomysłów na zbliżający się wyjazd z Mirandą do Europy.

– Czterdzieści tysięcy… CO?!

– Jej suknia. Ta czerwona od Chanel. W sprzedaży detalicznej kosztuje czterdzieści tysięcy dolarów. Oczywiście Miranda nie płaci pełnej ceny, ale tej nawet ona nie dostała za darmo. Szaleństwo, prawda?

– Czterdzieści tysięcy DOLARÓW? – zapytałam jeszcze raz, wciąż nie mogąc uwierzyć, że zaledwie parę godzin wcześniej trzymałam w rękach pojedynczą rzecz wartą tyle pieniędzy. Nie mogłam się oprzeć i przeprowadziłam szybką konkretyzację czterdziestu kawałków: dwa lata pełnego czesnego za college, wpłata własna na nowy dom, średnia roczna pensja na utrzymanie czteroosobowej amerykańskiej rodziny. Albo co najmniej cholernie dużo torebek od Prady. Ale jedna sukienka? W tym momencie myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, ale doznałam kolejnego szoku, gdy suknia wróciła z pralni chemicznej z kopertą, na której wykaligrafowano „Sz. R Miranda Priestly”. Wewnątrz na kremowym kartoniku znajdowała się ręcznie wypisana faktura, która głosiła: „Typ stroju: suknia wieczorowa. Projektant: Chanel. Długość: do kostki. Kolor: czerwony. Rozmiar: zero. Opis: ręcznie naszywane paciorki, bez rękawów, okrągły dekolt, kryty zamek boczny, jedwabna podszewka. Usługa: podstawowa, pierwsze czyszczenie. Należność: 670$”.

Pod częścią z rachunkiem znajdowała się dodatkowa notka od właścicielki pralni, kobiety, która, byłam pewna, płaciła czynsz i za swój zakład, i za mieszkanie z pieniędzy, które dostawała z Elias w związku z obsesją Mirandy na punkcie czyszczenia na sucho.

„Byliśmy zachwyceni, pracując nad tak wspaniałą suknią, i mamy nadzieję, że będzie się dobrze nosić na przyjęciu w Metropolitan Museum of Art. Zgodnie z zaleceniem odbierzemy suknię w poniedziałek, 28 maja, na czyszczenie po przyjęciu. Proszę nas zawiadomić, gdybyśmy mogli służyć czymś jeszcze. Wszystkiego najlepszego. Colette”.

Tak czy owak był dopiero czwartek i Miranda miała już nowiusieńką i świeżo wyczyszczoną suknię starannie rozwieszoną w szafie, a Emily zlokalizowała dokładnie te srebrne sandały od Jimmy'ego Choo, które ona zamówiła. Stylista fryzury był zamówiony do niej do domu na piątą trzydzieści w piątek, wizażysta na piątą czterdzieści pięć, a Jurij miał czekać dokładnie o szóstej piętnaście, żeby zabrać Mirandę i pana Tomlinsona do muzeum.