Выбрать главу

– Andy! Przestań – syknęła, wyrywając rękę, ale nie zapominając o uśmiechu dla faceta. – Jesteś niegrzeczna. Chciałabym ci przedstawić mojego przyjaciela. William, to moja najlepsza przyjaciółka, Andrea, która zwykle tak się nie zachowuje. Andy, to William. – Uśmiechnęła się dobrotliwie, gdy wymienialiśmy uścisk dłoni.

– Czy mogę cię zapytać, czemu wykradasz mi swoją przyjaciółkę, Ahn – dre – ah? – zapytał William głębokim głosem, który niemal echem odbił się w podziemnej sali. Być może w innym miejscu i czasie albo z inną osobą zauważyłabym jego ciepły uśmiech czy rycerskość, z jaką wstał, gdy tylko do nich podeszłam, i to, że zaproponował mi swoje miejsce. Jedynym, na czym zdołałam się skupić, był ten brytyjski akcent. Nie miało znaczenia, że to mężczyzna, potężny, czarny mężczyzna, który w niczym nie przypominał Mirandy Priestly. Sam dźwięk tego akcentu, sposób, w jaki wymówił moje imię dokładnie jak ona, wystarczył, żeby całkiem dosłownie mocniej zabiło mi serce.

– William, przepraszam, nie traktuj tego osobiście. Mam po prostu mały problem i chciałabym pomówić z Lily na osobności. Zaraz ci ją oddam. – Z tymi słowami chwyciłam ją za ramię, tym razem mocniej, i szarpnęłam. Koniec z tym gównem, potrzebna mi moja przyjaciółka.

Kiedy usiadłyśmy na sofie, na której umieścił mnie Christian, i sprawdziłam, czy na pewno wciąż jeszcze stara się przyciągnąć uwagę barmana (heteroseksualny facet przy barze – może tam stać całą noc), wzięłam głęboki wdech.

– Christian mnie pocałował.

– I w czym problem? Kiepsko całuje? O to chodzi, prawda? Nie ma szybszego sposobu na zrujnowanie dobrej konfiguracji ułamka niż…

– Lily, dobrze, źle, co za różnica?

Brwi podjechały jej na czoło i otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale ja nie skończyłam.

– I nie, żeby to miało jakieś znaczenie, ale pocałował mnie w szyję. Problem nie leży w tym, jak to zrobił, ale że to się w ogóle stało. Co z Aleksem? Przecież się nie całuję z innymi facetami, rozumiesz.

– Nigdy w życiu – wymamrotała pod nosem, zanim się odezwała. – Andy, jesteś śmieszna. Kochasz Aleksa, a on kocha ciebie, ale to całkowicie w porządku, jeżeli raz na jakiś czas masz ochotę pocałować innego faceta. Masz dwadzieścia trzy lata, na litość boską, daj sobie trochę luzu!

– Ale ja go nie pocałowałam… on pocałował mnie!

– Przede wszystkim, postawmy to jasno. Pamiętasz, kiedy Monica robiła Billowi laskę i cały kraj, wszyscy nasi rodzice i Ken Starr zapędzili się i uznali to za seks? To nie był seks. Podobnie jak to, że facet, który pewnie chciał cię pocałować w policzek, ale zamiast tego trafił w szyję, nie kwalifikuje się jako „całowanie się z kimś”.

– Ale…

– Zamknij się i daj mi skończyć. Ważniejszy niż to, co się na prawdę stało, jest fakt, że chciałaś, żeby to się stało. Po prostu się do tego przyznaj, Andy. Chciałaś pocałować Christiana bez względu na to, czy to „niewłaściwie”, „źle” czy „wbrew zasadom”. A jeżeli się do tego nie przyznasz, to kłamiesz.

– Lily, poważnie, nie uważam, żeby to było w porządku…

– Znam cię od dziewięciu lat, Andy, nie rozumiesz, że widzę to wypisane na twojej twarzy? Że go uwielbiasz? Wiesz, że nie powinnaś… bo on nie do końca przestrzega twoich zasad, prawda? Ale prawdopodobnie właśnie dlatego ci się podoba. Idź za ciosem, baw się dobrze. Jeżeli Alex jest tą właściwą osobą, zawsze nią będzie. A teraz musisz mi wybaczyć, bo znalazłam kogoś, kto jest odpowiedni dla mnie… na ten moment. – Dosłownie zeskoczyła z sofy i pośpiesznie wróciła do Williama, który wyglądał na niezaprzeczalnie uszczęśliwionego jej widokiem.

Czułam się nieswojo, siedząc samotnie na wielkiej aksamitnej sofie, i rozejrzałam się, chcąc znaleźć Christiana, ale nie było go już przy barze. To jeszcze trochę potrwa, stwierdziłam. Wszystko się samo ułoży, jeżeli przestanę się za bardzo martwić. Może Lily miała rację i Christian mi się podobał – co w tym takiego złego? Inteligentny i bezsprzecznie wspaniały, a cała ta pewność siebie, z jaką przejmował kontrolę nad sytuacją, była niesamowicie seksowna. Spotkania z kimś, kto, tak się składa, jest seksowny, nie można uznać za zdradę. Z pewnością przez te lata zdarzyło się, że Alex poznał świetną, atrakcyjną dziewczynę i mógł o niej myśleć. Czy to oznacza, że był nielojalny?

Oczywiście nie. Ze wzmożoną ufnością (i rozpaczliwą teraz potrzebą zobaczenia, oglądania, słuchania, po prostu bycia znów w pobliżu Christiana) zaczęłam krążyć po sali.

Znalazłam go pochylonego, pogrążonego w rozmowie ze starszym mężczyzną, prawdopodobnie zdecydowanie po czterdziestce, ubranym w solidny trzyczęściowy garnitur. Christian entuzjastycznie gestykulował, wymachiwał rękoma, z wyrazem twarzy, który plasował się gdzieś pomiędzy „rozbawiony” a „poważnie rozzłoszczony”, podczas gdy mężczyzna o szpakowatych włosach przyglądał mu się z powagą. Byłam za daleko, żeby usłyszeć, o czym dyskutowali, ale musiałam przypatrywać im się dość intensywnie, bo oczy mężczyzny przeniosły się na mnie. Uśmiechnął się. Christian cofnął się nieco, powędrował wzrokiem za jego spojrzeniem, i zobaczył mnie, przyglądającą im się obu.

– Andy, kochanie – odezwał się tonem zupełnie odmiennym od tego sprzed paru minut. Zauważyłam, że przemiana z uwodziciela w przyjaciela domu poszła mu całkiem gładko. – Chodź do nas, chciałbym, żebyś poznała mojego przyjaciela. To Gabriel Brooks, mój agent, menedżer i w ogóle mój dobry duch. Gabrielu, to Andrea Sachs, aktualnie pracuje w Runwayu.

– Andrea, miło mi cię poznać – powiedział Gabriel, wyciągając rękę i ujmując moją w jednym z tych irytująco delikatnych nie – ściskam – ci – ręki – po – męsku – bo – z – pewnością – złamałbym – twoje – dziewczęce – kosteczki – na – pół uścisków. – Christian wiele mi o tobie opowiadał.

– Naprawdę? – zapytałam, ściskając trochę mocniej, co skłoniło go wyłącznie do rozluźnienia i tak już wiotkiego chwytu. – Same dobre rzeczy, mam nadzieję?

– Oczywiście. Powiedział, że jesteś początkującą pisarką, jak nasz wspólny przyjaciel tutaj. – Uśmiechnął się.

Byłam zaskoczona, że faktycznie słyszał o mnie od Christiana, skoro nasza rozmowa to były tylko takie tam pogaduszki.

– Tak, cóż, marzę o tym, żeby pisać, więc mam nadzieję, że pewnego dnia…

– Jeżeli jesteś przynajmniej w połowie tak dobra jak inni, których mi podesłał, to nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam coś twojego autorstwa. – Pogrzebał w wewnętrznej kieszeni i wyciągnął skórzane etui, a z niego wizytówkę. – Wiem, nie jesteś jeszcze gotowa, ale kiedy nadejdzie czas, by pokazać komuś swoje teksty, mam nadzieję, że będziesz o mnie pamiętać.

Musiałam wykorzystać całą siłę woli, żeby zachować wyprostowaną postawę, nie pozwolić, żeby kolana się pode mną ugięły. Mam nadzieję, że będziesz o mnie pamiętać? Człowiek, który reprezentował Christiana Collinswortha, literackiego geniusza i cudowne dziecko, właśnie poprosił, żebym o nim pamiętała? Jakieś szaleństwo.

– Ależ dziękuję – wychrypiałam, wciskając wizytówkę do torby z myślą, że przy pierwszej okazji zbadam ją centymetr po centymetrze. Obaj się do mnie uśmiechnęli i chwilę trwało, zanim rozpoznałam w tym sygnał dla siebie, żeby odejść. – Cóż, panie Brook, hm, Gabrielu, naprawdę jestem zachwycona, że cię poznałam. Będę już zmykać do domu, ale mam nadzieję, że niedługo nasze ścieżki się skrzyżują.