– Jasne, zaczekaj sekundkę. Zaraz to dla ciebie sprawdzę. – I nagle panienka nie – można – ode – mnie – oczekiwać – że – będę – pamiętać – każde – słowo – które – pojawia – się – w – gazecie stukała w klawiaturę i mruczała z podnieceniem do słuchawki.
Po wczorajszej lawinie wieczornych wydarzeń bolała mnie głowa. Zabawnie było zrobić niespodziankę Aleksowi, a leniuchowanie w jego mieszkaniu okazało się zaskakująco odprężające, ale pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy nie mogłam zasnąć. W kółko miałam poczucie winy, wciąż powracał obraz Christiana całującego mnie w szyję i myśl, że zaraz potem wskoczyłam w samochód, żeby zobaczyć się z Aleksem, ale nic mu nie powiedziałam. Mimo że próbowałam wyrzucić te myśli z głowy, uparcie wracały, każda następna bardziej dotkliwa niż poprzednia. Kiedy wreszcie zdołałam zasnąć, śniło mi się, że Alex został zatrudniony jako niania u Mirandy i – chociaż w rzeczywistości wcale nie wymagała tego od nianiek – musiał się wprowadzić i zamieszkać z jej rodziną. Za każdym razem, kiedy w tym śnie chciałam się zobaczyć z Aleksem, musiałam jechać z Mirandą do domu, jednym samochodem, i odwiedzać go w jej mieszkaniu. Ona uparcie nazywała mnie Emily i wysyłała z rozmaitymi idiotycznymi sprawami do załatwienia, mimo moich powtarzających się zapewnień, że przyszłam tylko odwiedzić swojego chłopaka. Zanim wreszcie nadszedł ranek, Alex znalazł się pod urokiem Mirandy i nie mógł zrozumieć, czemu uważałam, że jest taka zła, a co gorsza, Miranda zaczęła się umawiać z Christianem. Na szczęście ten koszmar zakończył się w chwili, gdy obudziłam się z przestrachem, bo we śnie Miranda, Christian i Alex co niedziela siadywali wszyscy razem w szlafrokach Frette, czytali Timesa i chichotali, podczas gdy ja przy gotowywałam śniadanie, obsługiwałam wszystkich i potem po nich sprzątałam. Ostatniej nocy sen był równie relaksujący jak spokojna samotna przechadzka po Harlemie o czwartej nad ranem, a teraz ta recenzja restauracji rujnowała resztki mojej nadziei na spokojny piątek.
– Hm, nie, ostatnio nie dawaliśmy nic o kuchni azjatycko – kontynentalnej. Próbuję wymyślić, tak prywatnie, rozumiesz, czy są jakieś nowe, topowe knajpy z taką kuchnią. No wiesz, miejsca, które Miranda mogłaby wziąć pod uwagę? – zapytała tonem, który sugerował, że zrobiłaby wszystko, żeby przedłużyć rozmowę.
Zignorowałam jej poufałe przejście na mówienie o Mirandzie po imieniu i podjęłam próbę zwolnienia linii.
– No cóż, tak też myślałam. W każdym razie dziękuję, doceniam twoją pomoc. Cześć.
– Zaczekaj! – krzyknęła i chociaż słuchawka była już w połowie drogi na widełki, naleganie w jej głosie zmusiło mnie do ponownego jej uniesienia. – Tak?
– Och, cóż, ja, ee, ja tylko chciałam powiedzieć, że jeżeli mogłabym jeszcze coś zrobić… albo w ogóle my tutaj… to dzwoń bez oporów, wiesz? Uwielbiamy tu Mirandę i, no wiesz, ee, chętnie służymy wszelką pomocą.
Można by pomyśleć, że to Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych poprosiła Schizofreniczną Dziewczynę z Redakcji o znalezienie artykułu dla prezydenta, i to artykułu zawierającego informacje kluczowe w kontekście zbliżającej się wojny, a nie że chodziło o jakąś niezidentyfikowaną recenzję niezidentyfikowanej restauracji w niezidentyfikowanej gazecie. A najsmutniejsze, że wcale nie byłam zaskoczona: wiedziałam, że tak będzie.
– Okej, na pewno przekażę. Bardzo dziękuję.
Emily podniosła wzrok znad kolejnego zestawienia wydatków, które przygotowywała i zapytała:
– Nadal nic?
– Nic. Nie mam pojęcia, o co jej chodziło, i najwyraźniej nie wie też nikt w całym mieście. Rozmawiałam już z ludźmi z każdej gazety z Manhattanu, jaką czyta, sprawdziłam w Internecie, pytałam archiwistów, ludzi, którzy piszą o kuchni, i szefów kuchni. Ani jedna osoba nie potrafi wymyślić żadnego stosownego miejsca, które by się otworzyło w ubiegłym tygodniu, pomijając już kwestię recenzji na przestrzeni ostatnich dwudziestu czterech godzin. Najwyraźniej jej odbiło. I co teraz? – Oklapłam na krześle i zebrałam włosy w koński ogon. Nie było jeszcze dziewiątej, a ból głowy obejmował mi już szyję i kark.
– Chyba – powiedziała wolno i z ubolewaniem – nie masz wyjścia i musisz poprosić o dodatkowe informacje.
– Och nie, tylko nie to! Jak ona na to zareaguje?
Emily jak zwykle nie wykazała zrozumienia dla mojego sarkazmu.
– Będzie tu w południe. Na twoim miejscu zawczasu przygotowałabym sobie, co chcę powiedzieć, bo nie będzie zadowolona, jeżeli nie znajdziesz tej recenzji. Szczególnie że prosiła o nią wczoraj wieczorem – wytknęła z ledwie ukrywanym uśmiechem. Najwyraźniej była zachwycona, że mi się dostanie.
Nie zostało mi nic innego, jak czekać. Taki już mój pech, że Miranda była w trakcie swojej comiesięcznej, przedłużonej sesji z psychoterapeutą („Po prostu nie ma czasu, żeby chodzić raz na tydzień” – wyjaśniła Emily, gdy zapytałam, czemu wybiera się tam na całe trzy godziny). Jedyny moment podczas dnia i nocy, kiedy z pewnością do nas nie zadzwoni, i oczywiście jedyny, kiedy była mi potrzebna. Góra poczty, o której otwarcie nie zadbałam od dwóch dni, groziła zwaleniem się z biurka, a kolejna, tym razem złożona z brudnych ciuchów z dwóch dni, walała się pod biurkiem, pod moimi nogami. Potężne westchnienie, które miało pokazać światu, jaka byłam nieszczęśliwa, i wybrałam numer do pralni.
– Cześć, Mario. To ja. Tak, wiem, całe dwa dni bez słowa. Mogę prosić o odbiór? Świetnie. Dzięki. – Odłożyłam słuchawkę i zmusiłam się, żeby wziąć część ubrań na kolana, gdzie mogłabym je posortować i wciągnąć do komputerowego rejestru, który stworzyłam dla oddawanych do czyszczenia ciuchów. Gdy Miranada zadzwoniła do biura o dziewiątej czterdzieści pięć i zażądała informacji, gdzie jest jej marszczona spódnica od Prady, musiałam tylko otworzyć odpowiedni dokument i powiedzieć jej, że została oddana do pralni przedwczoraj i ma zostać dostarczona pojutrze. Wpisałam dzisiejsze ciuchy (jedna bluzka Missoni, dwie identyczne pary spodni od Alberty Ferretti, dwa swetry Jil Sander, dwie białe apaszki od Hermesa i jeden trencz Burberry), wrzuciłam je do torby ozdobionej napisem Runway i wezwałam posłańca, żeby zaniósł na dół, skąd miały zostać odebrane przez personel pralni.
Co za ulga! Pranie należało do najbardziej znienawidzonych zadań, bo chociaż zajmowałam się tym setki razy, wciąż tak samo brzydziłam się dotykania cudzych brudnych ubrań gołymi rękoma. Każdego dnia po zakończeniu sortowania i pakowania musiałam umyć ręce: utrwalony zapach Mirandy był wszechobecny i chociaż składał się z mieszanki perfum Bulgariego, balsamu i od czasu do czasu śladu woni papierosów SGG i wcale nie był taki niemiły, czułam się od niego dosłownie chora. Brytyjski akcent, perfumy Bulgariego, białe jedwabne apaszki – kilka drobnych życiowych przyjemności, które na zawsze zostały mi odebrane.
Poczta jak zwykle, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach śmieci, których Miranda nigdy nie miała zobaczyć. Wszystko opisane „Redaktor naczelna” szło prosto do ludzi, którzy redagowali strony z listami do redakcji, ale czytelnicy byli teraz dość sprytni, żeby adresować korespondencję wprost do Mirandy. Mniej więcej cztery sekundy zajmowało mi przejrzenie listu i sprawdzenie, czy to coś do redakcji, a nie zaproszenie na bal charytatywny albo krótki liścik od dawno niewidzianego przyjaciela – te po prostu odkładałam. Dzisiaj były ich całe tony. Pełne wykrzykników liściki od nastolatek, gospodyń domowych i nawet kilku gejów (albo, żeby oddać im sprawiedliwość, może heteroseksualnych mężczyzn bardzo dobrze obeznanych z modą). „Mirando, jest pani nie tylko najukochańszą osobą w całym świecie mody, ale też Królową mojego świata!” – wybuchał entuzjazmem jeden z nich. „Nie mogę nie pochwalić słuszności wyboru tematu w kwietniowym numerze, że czerwony jest nowym czarnym – zajebiste, a co za odwaga!” – krzyczał kolejny. Kilka listów pełnych oburzenia na reklamę Gucciego, zbyt seksualną, ponieważ przedstawiała dwie kobiety w szpilkach i podwiązkach leżące w zmiętej pościeli i dotykające się genitaliami, kilka kolejnych otwarcie potępiających modelki o zapadniętych oczach, wyniszczone głodówką dziewczyny wyglądające na uzależnione od heroiny, z których Runway skorzystał w artykule „Zdrowie przede wszystkim: poradnik, jak czuć się lepiej”. Była też zwykła kartka pocztowa, z jednej strony ozdobnym pismem zaadresowana do Mirandy Priestly, z drugiej zawierająca po prostu zdanie „Dlaczego? Czemu wydajecie takie nudne, głupie pismo?”. Roześmiałam się głośno i wetknęłam ją do swojej torby, na później – moja kolekcja krytycznych listów i kartek wciąż rosła i niedługo mogło mi się skończyć miejsce na lodówce. Lily uważała, że przynoszenie do domu negatywnych myśli oraz wrogości innych ludzi to zła karma, i tylko potrząsała głową, kiedy się upierałam, że każda zła karma wymierzona pierwotnie w Mirandę może mnie tylko uszczęśliwić.