Выбрать главу

Ostatni list z wielkiego stosu, po którym miałam się zmierzyć z mniej więcej dwudziestoma zaproszeniami, jakie Miranda codziennie otrzymywała, był zaadresowany pełnym zawijasów dziewczęcym pismem nastolatki i starannie ozdobiony, łącznie z serduszkami i uśmiechniętymi buźkami. Miałam zamiar go tylko przejrzeć, ale nie nadawał się do przeglądania: od pierwszego wersu był zbyt smutny i szczery – cała strona pełna bólu, próśb i błagań. Wstępnie przewidziane cztery sekundy minęły, a ja wciąż czytałam.

Droga Mirando!

Nazywam się Anita, i mam siedemnaście lat i jestem w ostatniej klasie w liceum Barringer w Newark, w stanie Nowy Jork. Tak się wstydzę swojego ciała, chociaż wszyscy mi mówią, ze nie jestem gruba. Chcę wyglądać jak modelki, które masz w swoim piśmie. Co miesiąc czekam, aż Runway przyjdzie pocztą, chociaż moja mama mówi, że to głupio wydawać cale kieszonkowe na pismo o modzie. Ale ona nie rozumie, że mam swoje marzenie, ale ty rozumiesz, prawda? Jest to moje marzenie od czasu, kiedy byłam mała, ale chyba się nie spełni. Dlaczego, zapytasz? Moje piersi są bardzo płaskie, a pupa większa niż u twoich modelek i bardzo się tego wstydzę. Zadaję sobie pytanie, czy w ten sposób chcę przeżyć swoje życie i odpowiedź brzmi NIE!!!, ponieważ chcę się zmienić i chcę wyglądać i czuć się lepiej, więc proszę cię o pomoc. Chcę dokonać pozytywnej zmiany i patrzeć w lustrze na swoje piersi i pupę z zachwytem, żeby wyglądały jak te w najlepszym piśmie na świecie!!!

Mirando, wiem, że jesteś cudowną osobą i redaktorem od spraw mody i możesz zmienić mnie w nową osobę i możesz mi wierzyć, będę ci wdzięczna na wieki. Ale jeżeli nie możesz zrobić ze mnie nowej osoby, może możesz mi załatwić naprawdę bardzo, bardzo, bardzo ładną sukienkę na bal na koniec szkoły? Nie mam chłopaka, z którym mogłabym pójść, ale moja mama mówi, że to w porządku, żeby dziewczyny szły same, więc idę. Mam jedną starą sukienkę, ale to nie jest suknia od żadnego projektanta ani nic, co byście pokazali w Runwayu. Moi ulubieni projektanci to Prada (nr 1), Yersace (nr 2), John Paul Gotier (nr 3). Mam wielu ulubionych, ale to są moi trzej ukochani. Nie mam na własność żadnych ich ubrań i nie widziałam ich w sklepie (nie jestem pewna, czy w Newark sprzedaje się gdzieś tych projektantów, ale jeżeli wiesz gdzie, proszę, powiedz mi, żebym mogła tam pójść i zobaczyć, jak wyglądają z bliska), ale widziałam ich ubrania w Runwayu i muszę powiedzieć, że naprawdę bardzo je uwielbiam.

Nie będę ci więcej zawracać głowy, ale chcę, żebyś wiedziała, że nawet jeżeli wyrzucisz ten list do śmieci, wciąż będę wielką fanką twojego pisma, ponieważ kocham modelki i ubrania i wszystko, i oczywiście kocham też ciebie.

Szczerze oddana

Anita Alvarez

PS Mój telefon to 555 – 555 – 3948. Możesz napisać albo zadzwonić, ale proszę, zrób to przed tygodniem, w którym jest 4 czerwca, bo naprawdę potrzebuję mieć przedtem ładną sukienkę. KOCHAM CIĘ!! Dziękuję!!!!

List pachniał Jean Nate, wodą toaletową o ostrym zapachu, lubianą przez nastolatki w całym kraju. Ale nie od tego ścisnęło mnie w piersi, nie to wywołało skurcz w gardle. Ile było takich Anit? Młodych dziewczyn, które miały w życiu tak niewiele, że oceniały swoją wartość, pewność siebie, całą swoją egzystencję przez pryzmat ubrań i modelek, który widziały w Runwayu? Ile z nich postanowiło obdarzyć bezwarunkową miłością kobietę, która co miesiąc składała to wszystko w całość – dyrygowała tak kuszącym marzeniem – mimo że nie była warta nawet jednej sekundy ich adoracji? Ile dziewcząt nie miało pojęcia, że obiektem ich uwielbienia była samotna, głęboko nieszczęśliwa i często okrutna kobieta, która nie zasłużyła na przelotne nawet objawy niewinnego uczucia i podziwu?

Chciało mi się płakać z powodu Anity i wszystkich jej przyjaciółek, które poświęcały tyle energii, żeby wtłoczyć się we wzorzec wyznaczany przez Shalom, Stellę czy Carmen, próbowały zrobić wrażenie, zadowolić czy przypochlebić się kobiecie, która skwitowałby ich listy wzniesieniem oczu do nieba albo wzruszeniem ramion i wyrzuciła je, nie poświęcając jednej myśli dziewczynie przekazującej w tej pisaninie kawałek siebie. Ale tylko wetknęłam list do górnej szuflady biurka i przysięgłam sobie, że znajdę sposób, żeby pomóc tej dziewczynie. Sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zdesperowanej niż inne, które pisały, i przy całej tej masie zbytecznych ciuchów dookoła nie było powodu, żebym nie miała znaleźć dla niej przyzwoitego stroju na bal.

– Hej, Em, polecę tylko na dół i sprawdzę, czy mają już Women s Wear Daily. Aż trudno uwierzyć, że tak się dzisiaj spóźniają. Chcesz coś?

– Przyniesiesz mi colę light? – zapytała.

– Jasne. Za chwilę – stwierdziłam i pośpiesznie przemknęłam między wieszakami i przez przedsionek do windy dla personelu, gdzie usłyszałam, jak Jessica i James dzielą się papierosem i zastanawiają, kto będzie na dzisiejszym przyjęciu Mirandy w muzeum. Ahmed zdołał wreszcie zdobyć egzemplarz Women s Wear Daily, co przyjęłam z ulgą. Chwyciłam puszkę dietetycznej coli dla Emily i pepsi dla siebie, ale po namyśle dla siebie też wzięłam dietetyczną. Różnica w smaku i przyjemność picia nie były warte pełnych dezaprobaty spojrzeń i/lub komentarzy, których z pewnością doczekałabym się w drodze do biurka.

Byłam tak zajęta oglądaniem kolorowego zdjęcia ze skutkami trzęsienia ziemi na pierwszej stronie, że nawet nie zauważyłam, kiedy otworzyły się drzwi do jednej z wind i można było wsiąść. Kątem oka dostrzegłam przelotny przebłysk zieleni, bardzo charakterystycznej zieleni. Szczególnie wartej zauważenia, ponieważ Miranda miała tweedowy kostium Chanel dokładnie w tym odcieniu, w kolorze, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, ale który bardzo mi się podobał. I chociaż mój umysł wiedział swoje, nie zdołałam powstrzymać oczu od spojrzenia w górę, do wnętrza windy, gdzie bez specjalnego zaskoczenia dostrzegły wpatrującą się we mnie Mirandę. Stała prosto jak strzała, włosy miała jak zwykle mocno ściągnięte do tyłu, oczy z uwagą śledziły moją twarz, z pewnością wyrażającą przerażenie.

– Hm, dzień dobry, Mirando – powiedziałam, ale wyszło to jak szept. Drzwi zamknęły się za nami: miałyśmy zupełnie same przejechać siedemnaście pięter. Nie odezwała się do mnie, ale wyciągnęła swój skórzany elektroniczny notes. Stałyśmy ramię w ramię, a z każdą sekundą jej milczenia cisza pogłębiała się dziesięciokrotnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle mnie rozpoznała. Czy istniała możliwość, by pozostawała całkowicie nieświadoma, że byłam jej asystentką od siedmiu miesięcy – a może faktycznie szeptałam tak cicho, że nie usłyszała? Zastanawiałam się, czemu z miejsca nie zapytała mnie o recenzję restauracji ani czy dostałam jej wiadomość na temat zamówienia nowej porcelany albo czy wszystko było gotowe na wieczorne przyjęcie. Zachowywała się, jakby była w windzie sama, jakby w małej kabinie nie znajdowała się żadna oprócz niej istota ludzka – albo, dokładniej, żadna istota ludzka warta zauważenia.