Выбрать главу

Prawie minutę później spostrzegłam, że nie przemieszczamy się między piętrami. O mój boże! Widziała mnie, ponieważ nie przycisnęła guzika, a ja byłam zbyt osłupiała, żeby się ruszyć. Sięgnęłam w przód powoli, ze strachem, nacisnęłam numer siedemnaście i podświadomie oczekiwałam, że coś wybuchnie. Ale natychmiast pomknęłyśmy w górę i nawet nie miałam pewności, czy zauważyła, że nie jechałyśmy cały czas.

Piąte, szóste, siódme… miałam wrażenie, że pokonanie każdego piętra zajmowało windzie dziesięć minut, a cisza zaczęła mi dzwonić w uszach. Kiedy zebrałam dość odwagi, by zerknąć w stronę Mirandy, odkryłam, że mierzy mnie wzrokiem z góry na dół. Bez skrępowania sprawdziła najpierw moje buty, a potem spodnie, a wreszcie bluzkę i przesuwała wzrok w górę, na twarz i włosy, cały czas unikając moich oczu. Wyraz jej twarzy zdradzał spokojne obrzydzenie, takie samo, z jakim uodpornieni na okropności detektywi z Law & Order przyjmowali widok kolejnego pobitego i zakrwawionego ciała. W myślach pospiesznie dokonałam przeglądu i zastanowiłam się, co właściwie wywołało tę reakcję. Koszula z krótkimi rękawami w wojskowym stylu, nowiutka para dżinsów Seven, przysłana mi przez ich dział PR wyłącznie z tego powodu, że pracowałam w Runwayu i para relatywnie płaskich (pięciocentymetrowe obcasy) czarnych pantofli bez pięty, jedynych jak na razie butów niebędących kozakami/tenisówkami/mokasynami, które pozwalały mi przetrwać cztery i więcej wypraw do Starbucks dziennie, nie robiąc mi ze stóp sieczki. Zwykle starałam się nosić szpilki od Jimmy'ego Choo, które dał mi Jeffy, ale co tydzień potrzebowałam mniej więcej dnia luzu, żeby stopy przestały mnie boleć w podbiciu. Włosy miałam czyste i zebrane w celowo bałaganiarski węzeł, który u Emily przechodził bez komentarza, a paznokcie – chociaż niepomalowane – długie i w miarę ładnie opiłowane. Podczas ostatnich czterdziestu ośmiu godzin goliłam się pod pachami. Kiedy ostatnio sprawdzałam, na twarzy nie miałam żadnych dramatycznych wykwitów. Zegarek Fossil był odwrócony tarczą do wewnątrz, na wypadek, gdyby ktoś zechciał rzucić okiem na jego markę, a szybki ruch prawej ręki pozwolił stwierdzić, że nie wystawały mi ramiączka od stanika. Więc co? Co właściwie spowodowało, że patrzyła na mnie w ten sposób?

Dwanaście, trzynaście, czternaście… winda się zatrzymała, a drzwi rozsunęły, ukazując kolejną nieskalanie białą recepcję. Kobieta w wieku około trzydziestu pięciu lat zrobiła krok, żeby wejść, ale kiedy zobaczyła Mirandę, zatrzymała się w odległości sześćdziesięciu centymetrów od drzwi.

– Och, ja, ee… – zająknęła się głośno, rozpaczliwie rozglądając się w poszukiwaniu wymówki, która pozwoliłaby jej nie wchodzić do naszego prywatnego piekła. I chociaż byłoby mi milej mieć ją na pokładzie, w duchu trzymałam kciuki, żeby uciekła. – Ja, hm, och! Zapomniałam zdjęć potrzebnych na zebranie – zdołała wreszcie wydusić, zrobiła w tył zwrot na wyjątkowo chybotliwych obcasach od Manola i zwiała na teren recepcji. Miranda wyglądała, jakby niczego nie zauważyła, i drzwi windy raz jeszcze się zasunęły.

Piętnaste, szesnaste i wreszcie – wreszcie! – siedemnaste, gdzie otwierające się drzwi ujawniły grupkę asystentek z działu mody w drodze po papierosy, dietetyczną colę i różne zielska, składające się na lunch. Każda z tych młodych, pięknych twarzy wydawała się bardziej przerażona niż poprzednia i mało się nie potratowały podczas próby zejścia Mirandzie z drogi. Rozdzieliły się dokładnie pośrodku, trzy po jednej stronie, dwie pod drugiej, i łaskawie zechciała między nimi przejść. Wszystkie w milczeniu śledziły ją wzrokiem, gdy przecinała teren recepcji. Nie miałam wyboru, musiałam ruszyć za nią. Niczego nie zauważyła, uznałam. Spędziłyśmy właśnie zamknięte razem w klatce o wymiarach półtora metra na dziewięćdziesiąt centymetrów czas, który wydawał się ciągnąć nieznośnie jak cały tydzień, a ona nie dostrzegła mojej obecności. Ale gdy tylko stanęłam na piętrze, odwróciła się.

– Ahn – dre – ah? – zapytała, jej głos przeciął ciszę, która wypełniała całe pomieszczenie. Nie zareagowałam, bo uznałam, że to figura retoryczna, ale ona czekała.

– Ahn – dre – ah?

– Tak, Mirando?

– Czyje buty nosisz? – Jedną rękę lekko wsparła o biodro obciągnięte tweedem i wpatrywała się we mnie. Winda zdążyła już odjechać bez asystentek, zbyt przytłoczonych widokiem – i głosem! – Mirandy Priestly we własnej osobie. Czułam ciężar wzroku sześciu par oczu i chociaż chwilę wcześniej było mi zupełnie wygodnie, teraz, pod badawczym spojrzeniem pięciu asystentek działu mody i jednej guru w tej dziedzinie stopy zaczęły mnie piec i swędzić.

Zdenerwowanie z powodu niespodziewanej wspólnej przejażdżki windą (pierwszej) i nieruchomych spojrzeń tylu osób zmąciły mi umysł, więc kiedy Miranda zapytała, czyje buty noszę, pomyślałam, że może uważa, że nie należą do mnie.

– Hm, własne – odparłam, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówię, dopóki słowa nie zostały wypowiedziane i zabrzmiały nie tylko niegrzecznie, ale wręcz bezczelnie. Stadko Klakierek zaczęło nerwowo chichotać, ale Miranda skierowała wściekłość w ich stronę.

– Zastanawiam się, czemu przytłaczająca większość asystentek z działu mody sprawia wrażenie, że nie ma nic lepszego do roboty, tylko plotkować jak małe dziewczynki. – Zaczęła zwracać się do nich po kolei, wskazując palcem, bo nawet pod groźbą broni nie byłaby w stanie przypomnieć sobie ani jednego imienia.

– Ty! – odezwała się ostro do pogodnej nowej dziewczyny, która prawdopodobnie widziała Mirandę po raz pierwszy. – Zatrudniliśmy cię do tego czy do zamawiania garniturów do zdjęć? – Dziewczyna zwiesiła głowę i otworzyła usta, żeby przeprosić, ale Miranda galopowała dalej.

– A ty! – podeszła i stała dokładnie na wprost Vanessy, najwyższej wśród nich rangą i ulubienicy wszystkich redaktorów. – Myślisz, że nie ma milionów dziewcząt, które chciałyby mieć twoją posadę i równie dobrze znają się na modzie? – Odsunęła się o krok, powoli przesunęła wzrokiem po ich ciałach, zatrzymując się na czas wystarczająco długi, by każda poczuła się gruba, brzydka i niestosownie ubrana, po czym nakazała im wszystkim wrócić do pracy. Energicznie pokiwały pochylonymi głowami. Niektóre, szybko wracając do działu mody, mamrotały najszczersze słowa przeprosin. Gdy wszystkie wyszły, zdałam sobie sprawę, że zostałyśmy same. Znowu.

– Ahn – dre – ah? Nie będę tolerować takich odżywek ze strony własnej asystentki – oznajmiła, idąc w kierunku drzwi, które zaprowadziłyby nas do korytarza. Nie byłam pewna, czy powinnam iść za nią, czy nie, i przelotnie pomyślałam, że może Eduardo, Sophy albo któraś z dziewczyn ostrzegły Emily, że Miranda była w drodze.

– Mirando, ja…

– Dość. – Zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała na mnie. – Czyje buty nosisz? – zapytała ponownie niezadowolonym głosem.