– Wyglądasz wspaniale, Andy, naprawdę. Nigdy nie sądziłam, że zobaczę cię w sukni od de la Renty wybierającą się na przyjęcie Mirandy Priestly, ale hej, pasujesz do towarzystwa. A teraz idź.
Wręczyła mi kołyszącą się na łańcuszku, nieznośnie jaskrawą torebkę od Judith Leiber i przytrzymała drzwi, gdy wychodziłam na korytarz.
– Baw się dobrze!
Samochód czekał przed budynkiem, a John – z którego wyłaził pierwszej wody zboczeniec – gwizdnął, gdy kierowca otworzył dla mnie drzwi.
– Podrajcuj ich, laska – zawołał za mną, przesadnie wyraziście puszczając oko. – Do zobaczyska w nocy. – Oczywiście nie miał pojęcia, dokąd się wybieram, ale pocieszające było jego przekonanie, że uda mi się wrócić. Może nie będzie tak źle, pomyślałam, sadowiąc się na miękkich poduszkach tylnego siedzenia. Ale potem suknia podsunęła mi się powyżej kolan i łydkami dotknęłam zimnego jak lód skaju, tak że wszystkie świeżo ogolone włoski na nogach stanęły dęba. A może będzie tak gównianie, jak się spodziewałam.
Kierowca wyskoczył i podbiegł dookoła, żeby otworzyć mi drzwi, ale zanim mu się to udało, stałam już na chodniku. Byłam kiedyś w Metropolitan Museum podczas wycieczki po Nowym Jorku z mamą oraz Jill, gdy oglądałyśmy niektóre atrakcje turystyczne. Nie pamiętałam właściwie żadnych dzieł widzianych tamtego dnia – tylko to, jak bardzo cisnęły mnie nowe buty, kiedy tam dotarłyśmy – ale przypomniałam sobie niekończące się białe schody od frontu i uczucie, że można by się po nich wspinać całe wieki.
Schody znajdowały się tam, gdzie je zapamiętałam, ale w mgiełce zapadającego zmierzchu wyglądały inaczej. Wciąż jeszcze przyzwyczajona do krótkich, nędznych zimowych dni czułam zdziwienie, że niebo dopiero ciemniało, a było już wpół do siódmej. Tamtego wieczoru schody wyglądały absolutnie po królewsku, jak tylko nielicznym schodom się to udaje, tamtej nocy były ładniejsze niż Schody Hiszpańskie albo te przed biblioteką w Columbii lub nawet wzbudzające podziw stopnie przed Kapitolem w Waszyngtonie. Dopiero gdy pokonałam gdzieś tak jedną dziesiątą tych białych piękności, zdałam sobie sprawę, że one też zasługują na nienawiść. Co za potworny, okrutny sadysta mógł zmuszać kobietę w dopasowanej, długiej do ziemi sukni i na wysokich obcasach do wspinaczki na taką piekielną górę? Skoro nie za bardzo mogłam nienawidzić architekta czy władze muzeum, które go zaangażowały, byłam zmuszona znienawidzić Mirandę, którą zwykle bezpośrednio lub pośrednio dało się winić za wszelkie nieszczęścia i niepowodzenia w moim życiu.
Szczyt wydawał się odległy o jakieś półtora kilometra i nagle spadło na mnie wspomnienie zajęć sportowych, na które chodziłam, kiedy jeszcze miałam czas na ćwiczenia. Jakaś instruktorka nazistka siedziała na swoim rowerku i wyszczekiwała rozkazy w idealnie militarnym staccato: „Naciskać, naciskać i oddech, oddech! Dalej, ludzie, wjeżdżamy na wzgórze. Jesteście już prawie na szczycie, nie rezygnujcie teraz. Pedałujcie, jakby od tego zależało wasze życie!”. Zamknęłam oczy i próbowałam wyobrazić sobie pedałowanie, z wiatrem we włosach, w ślad za instruktorką i w górę, wciąż w górę. Och, wszystko jedno, byle tylko zapomnieć o ostrym bólu, który przeszywał stopy od małego palca do pięt. Dziesięć stopni, tylko tyle zostało, jeszcze tylko dziesięć, o Boże, czy ta wilgoć w butach to krew? Czy będę musiała stanąć przed Mirandą w przepoconej sukni od de la Renty i z krwawiącymi stopami? Proszę, och, proszę, żebym była już prawie na miejscu i… jest! Szczyt. Radość z odniesionego zwycięstwa nie mniejsza niż w przypadku światowej klasy sprinterki zdobywającej właśnie swój pierwszy złoty medal. Ciężko oddychałam, zacisnęłam palce, żeby zwalczyć potrzebę nagrodzenia zwycięstwa papierosem, ponownie nałożyłam na usta błyszczyk. Czas być damą.
Strażnik otworzył mi drzwi, zgiął się lekko w ukłonie i uśmiechnął. Pewnie myślał, że jestem gościem.
– Dzień dobry panienko, pani musi być Andreą. Iiana mówiła, żeby pani sobie tu usiadła, a ona będzie za minutkę. – Odwrócił się i dyskretnie powiedział coś do mikrofonu na rękawie, po czym skinął głową, gdy uzyskał odpowiedź przez umieszczoną w uchu słuchawkę. – Tak, dokładnie tam, panienko. Przyjdzie najszybciej, jak się da.
Rozejrzałam się po gigantycznym przedsionku, ale nie miałam ochoty zawracać sobie głowy układaniem sukni potrzebnym, żeby naprawdę usiąść. A poza tym, czy jeszcze kiedykolwiek będę miała szansę znaleźć się w Metropolitan Museum po godzinach, podczas gdy najwyraźniej nie ma tu nikogo innego? Budki biletowe stały puste, a galerie na parterze ciemne, jednak ciężar historii i kultury zapierał dech. Sama cisza była ogłuszająca.
Po niemal piętnastu minutach rozglądania się, z zachowaniem ostrożności, żeby nie zabłądzić za daleko od początkującego agenta Secret Service, zobaczyłam, że ogromne foyer przecięła dość przeciętnie wyglądająca dziewczyna w długiej, granatowej sukni. Podeszła do mnie i z zaskoczeniem zauważyłam, że ktoś zajmujący tak eksponowane stanowisko (praca w biurze organizującym dla muzeum specjalne imprezy) mógł być tak zwyczajny. Z miejsca poczułam się śmieszna, dziewczyna z małego miasteczka, która próbuje się wystroić na oficjalne przyjęcie w wielkim mieście – a jak na ironię dokładnie kimś takim byłam. liana, z drugiej strony, wyglądała, jakby nie zadała sobie trudu, żeby przebrać się po pracy, i później się dowiedziałam, że faktycznie.
– A po co sobie zawracać głowę? – roześmiała się. – Przecież ci ludzie nie przyszli tu patrzeć na mnie. – Brązowe włosy miała czyste i proste, ale brakowało im jakiegokolwiek stylu, a brązowe buty na płaskim obcasie były strasznie niemodne. Jednak jej niebieskie oczy były jasne i miłe; z miejsca wiedziałam, że ją polubię.
– Ty musisz być Iiana – powiedziałam, wyczuwając, że w jakiś sposób zajmuję tu wyższą pozycję i powinnam przejąć inicjatywę. – Nazywam się Andrea, asystentka Mirandy, i jestem tu, żeby pomóc, jak tylko potrafię.
Spojrzała z taką ulgą, że od razu zaczęłam się zastanawiać, co Miranda jej nagadała. Możliwości były niezliczone, ale uznałam, że musiało to mieć jakiś związek z niewyszukanym strojem liany. Zadrżałam na myśl, jak paskudne rzeczy mogła powiedzieć tej słodkiej dziewczynie, i modliłam się, żeby nie skończyło się to łzami. Zamiast tego Iiana zwróciła na mnie te wielkie, niewinne oczy, pochyliła się i oznajmiła głosem wcale nie przyciszonym:
– Twoja szefowa to suka pierwszej wody.
Całą chwilę gapiłam się na nią zaszokowana, zanim doszłam do siebie.
– Prawda? – powiedziałam i obie wybuchnęłyśmy śmiechem. – Co mam robić? Miranda zdoła wyczuć, że tu jestem, w ciągu jakiś dziesięciu sekund, więc powinnam wyglądać, jakbym coś robiła.
– Chodź, pokażę ci stół – stwierdziła, idąc ciemnym korytarzem w stronę ekspozycji egipskiej. – Wystrzałowy.
Znalazłyśmy się w galerii, być może wielkości kortu tenisowego, z ustawionym pośrodku prostokątnym stołem na dwadzieścia cztery osoby. Robert Isabell zasługiwał na to, co mu płacono, to się rzucało w oczy. Był nowojorskim organizatorem przyjęć, jedynym, który umiał trafić we właściwy ton, niesamowitą uwagę poświęcając szczegółom: modny, ale nie przesadnie, luksusowy, lecz bez ostentacji, wyjątkowy, ale z umiarem. Miranda upierała się, żeby Robert zajmował się wszystkim („Zawsze poirytowany i paskudny z niego sukinsyn, jednak jest najlepszy”), ale do tej pory widziałam jego dzieła na przyjęciach urodzinowych Cassidy i Caroline. Wiedziałam, że potrafił przekształcić salon Mirandy w stylu kolonialnym w szykowną salę klubową (łącznie z barem, gdzie w szklankach do martini podawano oranżadę, z siedziskami pokrytymi zamszem i w pełni ogrzewanym, osłoniętym za pomocą namiotu balkonem z miejscem do tańca, w stylu marokańskim) dla trzynastolatek, ale to było coś naprawdę widowiskowego.