Выбрать главу

Emily przestała się śmiać i próbowała udać powagę.

– Och, doprawdy? Uważasz, że to wszystko takie śmieszne? Jeszcze nie opowiedziałam ci najlepszego.

– Och, mów, mów! – Byłam autentycznie zachwycona, że Emily i ja choć raz jednocześnie uznałyśmy coś za zabawne. Dobrze było stanowić część zespołu, stanąć po tej samej stronie w zmaganiu z ciemiężycielem. Wówczas po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, jak odmienny byłby ten rok, gdybyśmy zostały z Emily prawdziwymi przyjaciółkami, gdybyśmy mogły się nawzajem kryć, ochraniać i ufać sobie na tyle, by wspólnie stawić Mirandzie czoło. Prawdopodobnie wszystko nie byłoby tak nieznośne, ale nie licząc rzadkich przypadków, takich jak ten, nie zgadzałyśmy się właściwie na żaden temat.

– Najlepsze? – Zamilkła, o parę chwil przedłużając radość, którą dzieliłyśmy. – Ona oczywiście nie zdawała sobie z tego sprawy, ale mimo że Delta startowała wcześniej, lądowanie miała zaplanowane o osiem minut później niż ich pierwotny Continental!

– Zamknij się! – zawyłam, zachwycona tą rozkoszną nową informacją. – Chyba żartujesz!

Kiedy w końcu się rozłączyłyśmy, z zaskoczeniem się zorientowałam, że rozmawiałyśmy przez ponad godzinę jak para prawdziwych przyjaciółek. Oczywiście w poniedziałek natychmiast powróciłyśmy do ledwie maskowanej wrogości, ale po tamtym weekendzie zawsze miałam dla Emily trochę cieplejszych uczuć. Aż do tej chwili, oczywiście. Z pewnością nie lubiłam jej na tyle, by usłyszeć, co niewątpliwie irytującego lub niedogodnego zamierzała na mnie zwalić.

– Naprawdę głos masz potworny. Jesteś chora? – Dzielnie starałam się zabarwić swój ton śladem sympatii, ale pytanie zabrzmiało agresywnie i oskarżycielsko.

– O tak – odparła chrapliwie, po czym rozkaszlała się sucho i urywanie. – Naprawdę chora.

Nigdy do końca nie wierzyłam, kiedy ktoś mówił, że jest naprawdę chory: bez diagnozy czegoś bardzo oficjalnego i stanowiącego potencjalnie zagrożenie dla życia człowiek był dość zdrowy, by pracować w Runwayu. Gdy Emily przestała kaszleć i powtórzyła, że jest naprawdę chora, w ogóle nie rozważyłam możliwości, by miała nie zjawić się w pracy w poniedziałek. W końcu miały z Mirandą zaplanowany na dwunastego października wylot do Paryża na wiosenne pokazy i od tej daty dzieliło nas tylko kilka dni. A poza tym, ja sama zdołałam kilka razy zignorować anginę, parę ataków zapalenia oskrzeli, makabryczną rundę zatrucia pokarmowego i ciągły kaszel palacza oraz przeziębienie i podczas niemal roku pracy ani razu nie wzięłam dnia zwolnienia.

Raz jeden wymknęłam się na wizytę u lekarza, gdy rozpaczliwie potrzebowałam antybiotyku na którąś anginę (wpadłam do gabinetu i zażądałam natychmiastowego przyjęcia, podczas gdy Emily i Miranda sądziły, że wyszłam przeprowadzić wywiad na temat nowych samochodów dla pana Tomlinsona), ale nigdy nie było czasu na żadną prewencję. Chociaż ze dwadzieścia razy robiłam sobie pasemka u Marshalla, ładne parę razy korzystałam z masaży w gabinetach odnowy, które czuły się zaszczycone, że mogą gościć asystentkę Mirandy, i miałam niezliczone manikiury, pedikiury i makijaże, przez cały rok nie widziałam się z dentystą czy ginekologiem.

– Mogę coś zrobić? – zapytałam, starając się mówić normalnie, podczas gdy gorączkowo usiłowałam wymyślić, czemu zadzwoniła opowiedzieć mi, że nie czuje się dobrze. Z tego, co obie wiedziałyśmy, była to informacja całkowicie i kompletnie pozbawiona znaczenia. Miała być w poniedziałek w pracy bez względu na to, czy czuła się dobrze, czy nie.

Głęboko zakaszlała i usłyszałam, jak flegma rzęzi jej w gardle.

– Hm, właściwie tak. Boże, nie mogę uwierzyć, że mnie to spotyka!

– Co? Co się dzieje?

– Nie mogę jechać do Europy z Mirandą. Mam mononukleozę.

– Co?

– Słyszałaś, nie mogę jechać. Lekarz dzwonił dziś z wynikami krwi i od teraz nie wolno mi opuszczać mieszkania przez najbliższe trzy tygodnie.

Trzy tygodnie! Nie mogła mówić poważnie. Nie miałam czasu, żeby jej współczuć. Właśnie powiedziała mi, że nie jedzie do Europy, a tylko ta jedna myśl – myśl, że obie, Miranda i Emily znikną z mojego życia na pełne dwa tygodnie – podtrzymywała mnie przy życiu przez kilka ostatnich miesięcy.

– Em, ona cię zabije. Musisz jechać! Czy już wie?

Po drugiej stronie słuchawki zapadła złowróżbna cisza.

– Hm, tak, wie.

– Dzwoniłaś do niej?

– Tak. Kazałam mojemu lekarzowi do niej zadzwonić, ponieważ nie uważała, żeby mononukleoza pozwalała mnie uznać za naprawdę chorą, więc musiał jej powiedzieć, że mogłabym zarazić ją i wszystkich innych, no i w takim razie… – Urwała, a jej ton sugerował coś o wiele, wiele gorszego.

– I co w takim razie? – Mój instynkt samozachowawczy przeszedł w stan gotowości.

– W takim razie… chce, żebyś z nią jechała.

– Chce, żebym z nią jechała, hę? Jak miło. Co tak naprawdę powiedziała? Nie zagroziła, że cię zwolni z powodu choroby, prawda?

– Andrea, mówię… – Głęboki, mokry kaszel wstrząsnął jej głosem i przemknęło mi przez myśl, że może równie dobrze umrzeć podczas tej rozmowy ze mną -…poważnie. Całkowicie i stuprocentowo poważnie. Powiedziała coś o tym, że asystentki, które dają jej za granicą, to idiotki i że lepiej byłoby mieć pod ręką już nawet ciebie.

– Cóż, kiedy tak to przedstawiasz, to możesz na mnie liczyć! Nie ma to jak zręczne pochlebstwo, żeby mnie do czegoś przekonać. Nie, poważnie, nie powinna mówić takich miłych rzeczy. Aż się rumienię! – Nie wiedziałam, czy skupić się na fakcie, że Miranda chciała mnie zabrać do Paryża, czy na tym, że chciała akurat mnie, ponieważ miała mnie za nieco mniej bezmózgą niż anorektyczne francuskie klony… cóż, mnie.

– Och, zamknij się wreszcie – zachrypiała Emily między paroksyzmami zaczynającego działać na nerwy kaszlu. – Jesteś najszczęśliwszą osobą na świecie. Czekałam dwa lata… ponad dwa lata… na ten wyjazd, a teraz nie mogę jechać. Bolesna ironia, chyba zdajesz sobie z tego sprawę, co?

– Oczywiście! Jeden wielki banał: ten wyjazd jest dla ciebie sensem istnienia, a dla mnie życiowym przekleństwem, więc ja jadę, a ty nie. Życie jest zabawne, co? Tak mnie to śmieszy, że ledwie mogę się opanować – oznajmiłam ze śmiertelną powagą, ani trochę nie ubawiona.

– Tak, też uważam, że to syf, ale co można zrobić? Dzwoniłam już do Jeffy'ego, żeby zaczął zamawiać dla ciebie ciuchy. Będziesz musiała zabrać całe tony, bo będziesz potrzebowała różnych strojów na każdy pokaz, w którym weźmiesz udział, i na kolacje, no i oczywiście ma przyjęcie Mirandy w hotelu Costes. Allison pomoże ci z makijażem. Porozmawiaj ze Stef z dodatków o torebkach, butach i biżuterii. Masz tylko cztery dni, więc zajmij się tym od razu z rana, okej?

– Naprawdę nie do końca wierzę, że ona się spodziewa, że to zrobię.

– To lepiej uwierz, bo na pewno nie żartowała. Ponieważ w tym tygodniu w ogóle nie będę mogła przyjść do biura, musisz też…

– Co? Nie przyjdziesz nawet do biura? – Nie wzięłam ani dnia zwolnienia, nie opuściłam ani godziny w biurze, podczas gdy znajdowała się w nim Miranda, ale Emily też nie. Raz było już blisko – kiedy umarł jej pradziadek – ale zdołała pojechać do domu do Filadelfii, wziąć udział w pogrzebie i znaleźć się za biurkiem, nie tracąc ani minuty z dnia pracy. Tak to działało. Kropka. Nie licząc śmierci (tylko w najbliższej rodzinie), rozerwania na sztuki (własnej osoby) lub wojny nuklearnej (ale tylko w przypadku potwierdzenia przez rząd USA, że dotyczyć będzie bezpośrednio Manhattanu) nie można było być nieobecnym. W reżimie Priestly szykował się punkt zwrotny.

– Andrea, mam mononukleozę. To jest wysoce zaraźliwe. To naprawdę poważna choroba. Nie wolno mi wyjść z mieszkania na kawę, a tym bardziej na cały dzień do pracy. Miranda to rozumie, więc będziesz musiała wziąć się w garść. Trzeba masę wysiłku, żeby przygotować was obie na Paryż.