Выбрать главу

– Ona to rozumie? Daj spokój! Powiedz mi, co naprawdę powiedziała. – Nie mogłam uwierzyć, że zaakceptowała coś tak przyziemnego, jak mononukleoza jako usprawiedliwienie dla nieobecności. – Zrób mi tę drobną przyjemność. W końcu moje życie na kilka najbliższych tygodni zmieni się w czyste piekło.

Emily westchnęła i nawet przez telefon czułam, jak przewraca oczami.

– Cóż, nie była zachwycona. Właściwie to z nią nie rozmawiałam, rozumiesz, ale mój lekarz twierdził, że w kółko go pytała, czy mononukleoza to „prawdziwa” choroba. Ale kiedy zapewnił ją, że tak, była bardzo wyrozumiała.

Roześmiałam się w głos.

– Z pewnością, Em, z pewnością. Niczym się nie martw, okej? Skup się tylko na zdrowieniu, a ja zajmę się całą resztą.

– Prześlę ci maiłem listę, żebyś o czymś nie zapomniała.

– O niczym nie zapomnę. W ciągu roku była w Europie cztery razy, mam to wszystko zapisane. Wezmę gotówkę z banku na dole, wymienię kilka tysięcy na franki, kupię jeszcze parę tysięcy w czekach podróżnych i ze trzy razy potwierdzę wszystkie jej spotkania z fryzjerem i makijaże na wyjeździe. Co jeszcze? Och, upewnię, się, żeby tym razem w Ritzu dali jej właściwy telefon komórkowy i z wyprzedzeniem porozmawiam z kierowcami, żeby na pewno wiedzieli, że w żadnym wypadku nie mogą kazać jej czekać. Już myślę o wszystkich, którym będą potrzebne kopie jej planu podróży – który przepiszę, nie ma sprawy – i dopilnuję, żeby zostały rozdane. I oczywiście ona dostanie szczegółowy plan lekcji, zajęć, ćwiczeń i zabaw bliźniaczek oraz pełny wykaz planu pracy całego domowego personelu. Widzisz! Nie musisz się martwić, mam to wszystko opanowane.

– Nie zapomnij o aksamicie – upomniała mnie, wypowiadając tych kilka ostatnich słów niemal automatycznie. – Ani o apaszkach!

– Oczywiście, że nie! Już je mam na liście. – Zanim Miranda spakowała się na jakikolwiek wyjazd – albo raczej zanim gosposia ją spakowała – Emily albo ja nabywałyśmy pokaźną belę aksamitu w sklepie z materiałami i przynosiłyśmy ją do mieszkania Mirandy. Tam do spółki z gosposią cięłyśmy go na kawałki dokładnie odpowiadające wielkością i kształtem każdej sztuce odzieży, którą planowała zabrać, i każdą rzecz oddzielnie owijałyśmy w pluszowy materiał. Aksamitne pakunki były następnie porządnie układane w dziesiątkach walizek od Louisa Vuittona, z masą dodatkowych kawałków, dołączonych na zapas, ponieważ rozpakowując się w Paryżu, oczywiście wyrzucała pierwszą partię. Dodatkowo zwykle połowę jednej walizki zajmowały dziesiątki pomarańczowych pudełek Hermesa, z których każde zawierało pojedynczą białą apaszkę, tylko czekającą, żeby została zgubiona, zapomniana, odłożona w niewłaściwe miejsce albo po prostu wyrzucona.

Zdobyłam się na szczery wysiłek wydobycia z siebie szczerego współczucia i rozłączyłam się z Emily, po czym znalazłam Lily wyciągniętą na sofie z papierosem, pociągającą z koktajlowej szklanki przezroczysty płyn, który zdecydowanie nie był wodą.

– Myślałam, że miałyśmy tu nie palić – powiedziałam, ciężko siadając obok niej i natychmiast układając nogi na obdrapanym drewnianym stoliku do kawy, który scedowali na nas moi rodzice. – Nie żeby mi zależało, ale to była twoja zasada. – Lily nie należała do zagorzałych, pełnoetatowych palaczy jak niżej podpisana; zwykle paliła tylko wtedy, gdy piła, ale nawet nie kupowała większej ilości papierosów. Nowiutkie pudełko cameli special light wystawało z kieszonki na piersi jej zbyt obszernej koszuli. Potarłam jej udo stopą w pantoflu i kiwnęłam głową w kierunku papierosów, a ona wręczyła mi je razem z zapalniczką.

– Wiedziałam, że nie będziesz miała nic przeciw – stwierdziła, leniwie zaciągając się papierosem. – Odwlekam coś i to mi pomaga się skoncentrować.

– A co masz do zrobienia? – zapytałam, zapalając własnego papierosa i rzucając jej zapalniczkę. W tym semestrze miała siedemnaście zaliczeń, żeby po ostatnim wiosennym załamaniu podjąć próbę podciągnięcia średniej. Patrzyłam, jak się zaciąga i spłukuje dym zdrowym łykiem swojego niebędącego wodą napoju. Nie wyglądało, żeby wybrała właściwą drogę.

Westchnęła ciężko, znacząco, i pozwoliła, żeby papieros zwisał jej z kącika ust, gdy mówiła. Przesuwał się w górę i w dół, w każdej chwili grożąc upadkiem, i w połączeniu z jej rozczochranymi, nieumytymi włosami oraz rozmazanym tuszem nadał jej wygląd – tylko na chwilę – oskarżonej z programu z sędziną Judy (a może powódki, bo zawsze wyglądały tak samo – bez zębów, tłuste włosy, tępe oczy i skłonność do podwójnych przeczeń).

– Artykuł do jakiegoś przypadkowego ezoterycznego akademickiego pisma, którego nikt nigdy nie przeczyta, ale i tak muszę go napisać, żebym mogła powiedzieć, że mam publikację.

– Wkurzające. Kiedy masz termin?

– Jutro. – Totalna nonszalancja, wyglądała na całkowicie spokojną.

– Jutro? Naprawdę?

Rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie, szybkie przypomnienie, że miałam być po jej stronie.

– Tak. Jutro. Kompletna dupa, biorąc pod uwagę, że ma go redagować Chłopak od Freuda. Nikogo nie obchodzi, że jest doktorantem na psychologii, a nie na literaturze rosyjskiej. Nie mają specjalistycznych redaktorów, więc jest cały mój. Mowy nie ma, żebym dała mu to na czas. Pieprzyć go. – Znów wlała sobie trochę płynu do gardła, wyraźnie podejmując wysiłek, żeby nie poczuć smaku, i wykrzywiła się.

– Lii, co się stało? Ostatnio słyszałam, że się nie śpieszysz, i był idealny. Oczywiście to było, zanim przywlokłaś do domu to… to coś, ale…

Kolejne ostrzegawcze spojrzenie, tym razem połączone z gniewnym błyskiem oczu. Próbowałam z nią porozmawiać o incydencie z Psycholem, ale wychodziło jakoś tak, że nigdy nie byłyśmy naprawdę same i żadna z nas nie miała ostatnio czasu na rozmowy od serca. Kiedy parę razy podejmowałam próby rozmówienia się, natychmiast zmieniała temat. Wiedziałam, że przede wszystkim czuła się zawstydzona; przyjęła do wiadomości, że to był wyrzutek, ale nie chciała zaangażować się w żadną dyskusję o nadmiernym piciu, które leżało u podstaw całego wydarzenia.

– Tak, cóż, najwyraźniej tamtej nocy w którymś momencie zadzwoniłam do niego z Au Baru i błagałam, żeby przyjechał się ze mną spotkać – powiedziała, unikając kontaktu wzrokowego, a za to intensywnie koncentrując się na pilocie do CD, żeby zmieniać ścieżki żałobnej płyty Jeffa Buckleya, której moim zdaniem w ogóle nie wyłączała.

– I? Przyjechał i zobaczył, że rozmawiasz z, ee, z kimś innym? – Starałam się nie odstraszyć jej krytycznym nastawieniem. Było oczywiste, że w jej głowie masę się działo, biorąc pod uwagę problemy w szkole, picie i najwyraźniej nieograniczone zastępy facetów, i chciałam, żeby się przed kimś otworzyła. Nigdy wcześniej niczego przede mną nie ukrywała, choćby z tej przyczyny, że miała tylko mnie, ale ostatnio niezbyt wiele mi opowiadała.

– Nie, niezupełnie – stwierdziła zgryźliwie. – Przyjechał cały kawał drogi z Morningside Heights tylko po to, żeby mnie nie zastać. Najwyraźniej zadzwonił wtedy na moją komórkę. Odebrał Kenny i raczej nie był miły.

– Kenny?

– To coś, co nie tak dawno temu przywlokłam do domu, pamiętasz? – Powiedziała sarkastycznie, ale tym razem się uśmiechnęła.

– Aha. Przypuszczam, że Chłopak od Freuda nie najlepiej to przyjął?

– Nie za bardzo. Wszystko jedno, łatwo przyszło, łatwo poszło, zgadza się? – Umknęła do kuchni z pustą szklanką i zobaczyłam, że nalewa sobie z w połowie pełnej butelki ketel one. Kropeleczka wody i była z powrotem na sofie.