Выбрать главу

Miałam właśnie zamiar jak najdelikatniej zapytać, dlaczego ciągnie wódkę, skoro ma na jutro napisać artykuł, ale zadzwonił domofon.

– Kto tam? – zawołałam do Johna, wciskając guzik.

– Pan Fineman przyszedł zobaczyć się z panią Sachs – zaanonsował formalnie, cały oficjalny teraz, kiedy dookoła było pełno ludzi.

– Naprawdę? Hm, świetnie. Przyślij go na górę.

Lily spojrzała na mnie i uniosła brwi. Zdałam sobie sprawę, że znów nie odbędziemy tej rozmowy.

– Wyglądasz na zachwyconą – stwierdziła z oczywistym sarkazmem. – Nie cieszysz się, że twój chłopak robi ci niespodziankę, co?

– Oczywiście, że się cieszę – powiedziałam obronnym tonem, ale obie wiedziałyśmy, że to kłamstwo. Przez kilka ostatnich tygodni sytuacja pomiędzy mną a Aleksem stała się napięta. Naprawdę napięta. Wykonywaliśmy wszystkie ruchy związane z tym, że z kimś się jest, i wykonywaliśmy je z należytą starannością; po prawie trzech latach z pewnością wiedzieliśmy, co druga strona chce usłyszeć albo co trzeba zrobić. Ale on rekompensował sobie cały czas, który spędzałam w pracy, jeszcze większym, niemal anielskim poświęceniem dla szkoły – zgłosił się na ochotnika, żeby trenować, uczyć, doradzać i przewodniczyć właściwie każdym zajęciom, jakie dało się wymyślić – a czas, który faktycznie spędzaliśmy razem, był równie ekscytujący, jak w przypadku małżeńskiej pary z trzydziestoletnim stażem. Zawarliśmy milczące porozumienie, że przeczekujemy, aż minie mój rok poddaństwa, ale nie pozwalałam sobie na rozmyślania, w jakim kierunku może potem pójść ten związek.

Ale jednak. Oznaczało to, że już dwie bliskie mi osoby – najpierw Jill (która poprzedniego wieczoru zadzwoniła do mnie porozmawiać o beznadziejnym stanie moich sercowych spraw), a teraz Lily – wytknęły, że Alex i ja nie sprawiamy ostatnio wrażenia uroczej pary. No i musiałam przyznać, że Lily, mimo szumiącego w głowie alkoholu wciąż spostrzegawcza, zauważyła mój brak zachwytu na wieść o pojawieniu się Aleksa. Strasznie się bałam mu powiedzieć, że muszę jechać do Europy, bałam się nieuniknionej kłótni, która z tego wyniknie, kłótni, którą bardzo bym chciała odsunąć na kilka dni. Najlepiej aż do chwili, kiedy będę w Europie. Ale nic z tego, jako że akurat stał w drzwiach.

– Cześć! – powiedziałam nieco zbyt entuzjastycznie, otwierając mu i obejmując za szyję. – Co za wspaniała niespodzianka!

– Nie przeszkadza ci, że tak wpadłem, prawda? Umówiłem się z Maksem na drinka tuż za rogiem i pomyślałem, że wpadnę się przywitać.

– Oczywiście, że nie, głuptasie! Jestem zachwycona. Wchodź, wchodź. – Wiedziałam, że gadam jak nakręcona, ale każdy domorosły psycholog bez trudu by wykazał, że mój przesadnie okazywany entuzjazm miał za zadanie kompensować wszystko to, czego nie czułam w głębi serca.

Chwycił piwo i ucałował Lily w policzek, po czym usadowił się w jaskrawopomarańczowym fotelu, który moi rodzice zachowali z lat siedemdziesiątych całkowicie pewni, że pewnego dnia z dumą obdarzą nim swoje potomstwo.

– No i jak wam leci? – zapytał, kiwając głową w stronę odtwarzacza, z którego grzmiała dosłownie rozdzierająca serce wersja Hallelujah.

Lily wzruszyła ramionami.

– Odkładamy coś. A niby co?

– Cóż, ja mam wieści – stwierdziłam, starając się mówić z entuzjazmem, mającym przekonać i mnie samą, i Aleksa o tym, że to radosne wydarzenie. Tak się zaangażował we wszystkie plany związane z naszym weekendowym spotkaniem podyplomowym – a mnie tak zależało na jego zaangażowaniu – że odwołanie wszystkiego na mniej niż tydzień przed wyjazdem wydawało się zwykłym okrucieństwem. Spędziliśmy cały wieczór, wymyślając, kogo chcemy zaprosić na nasz wielki niedzielny brunch, i nawet dokładnie ustaliliśmy, gdzie i z kim urządzimy samochodowy piknik przed meczem Brown – Comell w sobotę.

Oboje na mnie spojrzeli, bardzo uważnie, i wreszcie Alex zdołał wydusić:

– Tak? Co jest?

– No cóż! Właśnie otrzymałam telefon. Jadę na tydzień do Paryża! – Powiedziałam to z entuzjazmem, z jakim mówi się bezpłodnej parze, że będą mieli bliźniaki.

– Dokąd jedziesz? – zapytała Lily, wyglądając na zdumioną, oszołomioną i niezbyt zainteresowaną.

– Dlaczego jedziesz? – dokładnie w tym samym momencie zapytał Alex. Wydawał się równie zadowolony, jak gdybym oznajmiła, że miałam dodatni wynik w teście na syfilis.

– Emily właśnie się dowiedziała, że ma mononukleozę i Miranda chce, żebym towarzyszyła jej na pokazach. Niesamowite, prawda? – powiedziałam z radosnym uśmiechem na twarzy. To było takie wyczerpujące. Czułam przerażenie, że muszę jechać, ale dziesięć razy gorsza była konieczność przekonania go, że właściwie to wspaniała szansa.

– Nie rozumiem. Czy ona nie jeździ na pokazy jakieś osiem razy w roku? – zapytał. Potaknęłam. – Więc czemu nagle chce, żebyś teraz z nią jechała?

Lily zdążyła się już wyłączyć i sprawiała wrażenie pochłoniętej przeglądaniem starego numeru New Yorkera. Od pięciu lat przechowywałam wszystkie numery, ale odkąd przyjęłam pracę w Runwayu, zmuszałam się do czytania nawet recenzji operowych i strony Finanse. Każdego słowa.

– – Podczas wiosennych pokazów wydaje wielkie przyjęcie i lubi mieć tam wówczas jedną ze swoich amerykańskich asystentek. Żeby, rozumiesz, wszystkiego dopilnowała.

– I tą amerykańską asystentką musisz być ty i musi to oznaczać, że przepadnie ci podyplomowe spotkanie – stwierdził bez wyrazu.

– Cóż, normalnie tak to nie wygląda. Ponieważ uważa się to za wielki przywilej, zwykle ma szansę jechać tylko starsza asystentka, ale ponieważ Emily jest chora, owszem, teraz jadę ja. Muszę wyjechać w środę, więc nie mogę w ten weekend być w Providence. Naprawdę bardzo, bardzo mi przykro. – Wstałam z krzesła i przysiadłam się bliżej, na kanapę, jednak Alex z miejsca się usztywnił.

– Więc to takie proste, tak? Wiesz, że zapłaciłem już za całą salę, żeby mieć pewność co do stawki. Mniejsza o fakt, że zmieniłem cały swój plan zajęć, żeby pojechać z tobą na ten weekend. Powiedziałem mamie, że musi wziąć opiekunkę, ponieważ ty chciałaś pojechać. Ale to nic wielkiego, prawda?

Tylko kolejne zobowiązanie wobec Runwaya. - Przez wszystkie te razem spędzone lata nigdy nie widziałam, żeby był taki zły. Nawet Lily podniosła wzrok znad gazety na czas dość długi, by przeprosić i wynieść się w cholerę z pokoju, zanim zmieni się w pole bitwy.

Podeszłam do Aleksa i chciałam usiąść mu na kolanach, ale skrzyżował nogi i machnął ręką.

– Poważnie, Andrea… – Nazywał mnie tak tylko wtedy, gdy był naprawdę zdenerwowany -…czy to wszystko jest tego warte? Przez sekundę bądź ze mną szczera. Czy to jest dla ciebie tyle warte?

– Jakie wszystko? Czy warto zrezygnować z podyplomowego spotkania, jakich będą całe dziesiątki, na rzecz czegoś, co należy do moich obowiązków w pracy? Pracy, która otworzy przede mną możliwości właściwie nierealne, i to szybciej, niż kiedykolwiek się spodziewałam? Tak! Warto.

Opuścił głowę na piersi i przez moment myślałam, że płacze, ale kiedy uniósł głowę, jego twarz zdradzała tylko wściekłość.

– Nie uważasz, że wolałabym raczej pojechać z tobą, niż być czyjąś niewolnicą przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez okrągły tydzień?! – wrzasnęłam, kompletnie zapominając, że w mieszkaniu była Lily. – Nie możesz przez chwilę pomyśleć, że może ja też nie chcę jechać, ale nie mam wyboru?