Gra się rozpoczęła. Wystartowaliśmy i potrzeba było zaledwie kilku minut, by podróż do Paryża, paskudny wódczany nałóg Lily i smutne oczy Aleksa stały się tylko niewyraźnym tłem dla mojej uznanej – za – niezdrową – i – groźną – pod – względem – emocjonalnym – ale – mimo – to – naprawdę – seksownej – i – zabawnej rozmowy z Christianem.
16
Miałam się zjawić w Europie, gdy Miranda przebywała tam już od tygodnia. Niechętnie zgodziła się skorzystać z miejscowych asystentek podczas pokazów w Mediolanie – dokąd poleciała concorde'em – i miała przybyć do Paryża tego samego ranka co ja, żebyśmy mogły dopracować szczegóły dotyczące jej przyjęcia, razem, jak stare przyjaciółki. Ha. Delta odmówiła dokonania zwykłej zmiany nazwiska na bilecie z Emily na moje, więc zamiast frustrować się i martwić bardziej, niż już się frustrowałam i martwiłam, po prostu kupiłam nowy. Tysiąc osiemset dolarów, ponieważ chodziło o tydzień pokazów, i kupowałam w ostatniej chwili. Zawahałam się na jedną absurdalną minutę przed obciążeniem tym zakupem służbowej karty kredytowej. Wszystko jedno, pomyślałam. Miranda potrafi tyle wydać w tydzień na same włosy i makijaż.
Jako młodsza asystentka Mirandy zajmowałam w Runwayu najniższą możliwą pozycję. Jednak jeśli dostęp oznacza władzę, Emily i ja byłyśmy dwiema najpotężniejszymi osobami w świecie mody: decydowałyśmy, kogo umówić na spotkanie, o jakiej porze (zawsze preferowano wczesny poranek, ponieważ makijaż jest świeży, a ubrania niepogniecione) i czyje wiadomości docierały (jeżeli nie znajdziesz się w Biuletynie, nie istniejesz).
Zatem gdy któraś z nas potrzebowała pomocy, reszta personelu była zobligowana wybawić nas z kłopotów. Tak, oczywiście, świadomość, że gdybyśmy nie pracowały dla Mirandy Priestly, ci sami ludzie bez skrupułów rozjechaliby nas swoimi limuzynami z szoferem, była kłopotliwa. Ale tak jak się sprawy miały, biegali, aportowali i usługiwali jak dobrze wytresowane pieski.
Prace nad najnowszym numerem stanęły w miejscu na trzy dni, ponieważ wszyscy skupili wysiłki, żeby wysłać mnie do Paryża stosownie przygotowaną. Trzy Klakierki z działu mody pośpiesznie skompletowały garderobę zawierającą każdy możliwy przedmiot, jaki mógłby być mi potrzebny w każdej sytuacji, w jakiej Miranda mogłaby zażądać mojego udziału. Zanim wyszłam, Lucia, dyrektor do spraw mody, obiecała, że w moim posiadaniu znajdzie się nie tylko zestaw ubrań stosownych na każdą ewentualność, ale też cała książka ze szkicami – zawierająca komplet profesjonalnie wykonanych rysunków – przedstawiająca każdy możliwy do wyobrażenia sposób zestawienia ze sobą wspomnianych ubrań, aby uzyskać maksymalny efekt i zminimalizować ryzyko kompromitacji. Innymi słowy: nie pozostawiajmy kwestii wyboru czy zestawienia mojej decyzji i całkiem możliwe, że mam szansę – choć nieznaczną – wyglądać jak należy.
Będę zmuszona towarzyszyć Mirandzie do bistro i stać jak mumia w kącie, podczas gdy ona będzie sączyć kieliszek bordeaux? Para grafitowych spodni Theory z mankietami i czarny jedwabny golf od Celinę. Udać się do klubu tenisowego, gdzie będzie pobierała prywatne lekcje, by podawać wodę i, w razie potrzeby, białe apaszki, na wypadek, gdyby się ochwaciła? Strój sportowy, kompletny, ze spodniami od dresu, bluzą z kapturem na zamek błyskawiczny (skrojona tak, żeby odsłaniać brzuch, oczywista), podkoszulkiem bez rękawów za sto osiemdziesiąt pięć dolarów do noszenia pod spodem i zamszowymi tenisówkami – wszystko od Prady. A co jeśli – tylko jeśli – naprawdę znalazłabym się w pierwszym rzędzie podczas jednego z pokazów, jak wszyscy przysięgali, że się znajdę? Tu możliwości były nieskończone. Jak na razie (a wciąż mieliśmy zaledwie późne popołudnie w poniedziałek) moja ulubiona składała się z marszczonej, udającej szkolną dziewczęcej spódniczki od Anny Sui z bardzo przezroczystą i bardzo wymyślną białą bluzką Miu Miu, zestawionej ze szczególnie prowokującymi botkami do pół łydki od Christiana Laboutina i zwieńczonej skórzanym żakietem Katayone Adeli, tak dopasowanym, że niemal obscenicznym. Moje dżinsy Express i tenisówki Franca Sarta od miesięcy pokrywały się kurzem gdzieś na dnie szafy i musiałam przyznać, że za nimi nie tęskniłam.
Odkryłam też, że Allison, redaktorka działu urody, rzeczywiście zasługiwała na swoje stanowisko, ponieważ dosłownie siedziała w przemyśle kosmetycznym. W ciągu pięciu godzin od „powiadomienia”, że będę potrzebowała trochę przyborów do makijażu i więcej niż trochę wskazówek, stworzyła Zestaw Kosmetycznej Kwintesencji, zawierający wszystko, co najpotrzebniejsze do makijażu. W zdecydowanie przesadnych rozmiarów „kuferku kosmetycznym” Burberry (w rzeczywistości wielkością bardziej przypominał walizkę na kółkach, nieco większą niż te dopuszczane przez linie lotnicze jako bagaż podręczny) umieszczono każdy możliwy do wyobrażenia cień, loton, błyszczyk, krem, konturówkę i podkład. Szminki występowały w wersji matowej, z połyskiem, o przedłużonej trwałości i przejrzystej. Sześć odcieni tuszu – uszeregowanych od jasnoniebieskiego do „obrażonej czerni” – znajdowało się w towarzystwie szczoteczek do podkręcania rzęs i dwóch grzebyków do rzęs na wypadek (o zgrozo!) grudek.
Pudry, które stanowiły chyba połowę wszystkich rzeczy, i miały poprawiać/akcentować/uwydatniać/maskować powieki, koloryt skóry i policzków, występowały w zestawie barw bardziej złożonym i subtelnym niż na malarskiej palecie: niektóre miały brązować, inne rozświetlać, a jeszcze inne tonować, poprawiać kształt albo rozjaśniać. Miałam możliwość wyboru, czy dodać swojej twarzy zdrowego rumieńca za pomocą różu w płynie, w kamieniu, w pudrze albo dzięki kombinacji powyższych. Największe wrażenie robiły podkłady: zupełnie jakby ktoś zdołał pobrać próbkę prawdziwej skóry z mojej twarzy i na zamówienie zmieszać dla mnie pół kwarty czy dwie odpowiedniej substancji. Bez względu na to, czy miały „dodawać blasku”, czy „pokrywać nierówności” każda najmniejsza buteleczka pasowała do koloru mojej skóry lepiej niż, cóż, moja własna skóra. W nieco mniejszą, dobraną stylem walizeczkę zapakowane były przybory: waciki, płatki kosmetyczne, waciki na patyczkach, gąbki, rozmaite pędzle do makijażu w liczbie około dwudziestu, nawilżane chusteczki, dwa rodzaje płynu do demakijażu oczu (nawilżający i beztłuszczowy) i ni mniej, ni więcej, tylko dwanaście – DWANAŚCIE – rodzajów kremów nawilżających (do twarzy, do ciała, głęboko odżywczy, z filtrem SPF 15, z połyskiem, brązujący, perfumowany, bez – zapachowy, hipoalergiczny, z kwasami owocowymi, antybakteryjny i – na wypadek, gdyby dopadło mnie to paskudne październikowe paryskie słońce – z aloesem).
Do bocznej kieszeni mniejszej walizeczki wetknięto kartki rozmiaru dwadzieścia jeden centymetrów na trzydzieści pięć centymetrów, na których wydrukowane zostały kontury twarzy, powiększone do wielkości kartek. Na każdej pysznił się imponujący makijaż: Allison nałożyła na papierowe twarze prawdziwy podkład, który dołączyła do zestawu. Jedna z twarzy została opatrzona tajemniczym podpisem „Spokojny wieczorowy szyk”, ale poniżej umieszczono wypisane grubym czarnym markerem ostrzeżenie: NIE NA OFICJALNE OKAZJE!! ZA SKROMNY!! Ta nieoficjalna twarz pod cieniutką warstwą brązującego pudru pokryta była lekkim matowym podkładem, nieco ożywiona różem w płynie albo w kremie, miała bardzo seksowne, podmalowane ciemnym eyelinerem i cieniem powieki, zaakcentowane czarnymi jak smoła, wytuszowanymi rzęsami oraz usta sprawiające wrażenie przelotnie pociągniętych mocno połyskującym błyszczykiem. Kiedy wymamrotałam pod nosem, że odtworzenie czegoś takiego przeze mnie jest całkowicie niemożliwe, Allison spojrzała na mnie z irytacją.