Ustawiła wieszaki uporządkowane według typu stroju (koszule, okrycia, spodnie/spódnice i sukienki) półkolem przed biurkiem Mirandy, po czym dała Helen znak do wyjścia. Następnie Miranda i Lucia przeglądały każdą rzecz jedna po drugiej i sprzeczały się o jej miejsce lub też jego brak w nadchodzącej sesji zdjęciowej, która miała odbyć się w Sedonie, w stanie Arizona. Lucia naciskała na styl „szyk miejskiej kowbojki”, który jej zdaniem idealnie by zagrał na tle czerwonych gór, ale Miranda złośliwie twierdziła, że ona wolałaby „sam szyk”, ponieważ „kowbojski szyk” najwyraźniej stanowił oksymoron. Może miała dość „kowbojskiego szyku” po przyjęciu dla brata SGG. Udało mi się nie słuchać, co mówiły, do chwili, gdy Miranda zawołała mnie po imieniu, tym razem polecając wezwać ludzi od dodatków na ich przegląd.
Natychmiast sprawdziłam w terminarzu Emily, ale było dokładnie, jak myślałam: nie zaplanowano na dziś żadnego przeglądu dodatków. Modląc się, żeby Emily po prostu zapomniała wpisać go do terminarza, zadzwoniłam do Stef i oznajmiłam jej, że Miranda jest gotowa na przegląd do Sedony.
Nic z tego. Przegląd mieli zaplanowany dopiero na późne popołudnie następnego dnia i co najmniej jedna czwarta potrzebnych rzeczy nie została jeszcze dostarczona przez działy PR poszczególnych firm.
– Niemożliwe. Nie dam rady – oświadczyła Stef tonem znacznie mniej pewnym, niż sugerowały to jej słowa.
– I spodziewasz się, że co, do cholery, jej powiem? – wyszeptałam w odpowiedzi.
– Powiedz prawdę: przegląd miał się odbyć jutro i masy rzeczy jeszcze nie ma na miejscu. Bądźmy poważni! Teraz czekamy jeszcze na jedną torebkę wieczorową, jedną kopertę, trzy różne torby z frędzlami, cztery pary butów, dwa naszyjniki, trzy…
– Okej, okej, powiem jej. Ale czekaj przy telefonie i odbierz, jeżeli oddzwonię. I na twoim miejscu bym się przygotowała. Założę się, że tak naprawdę wcale jej nie obchodzi, na kiedy byliście wpisani.
Stef odłożyła słuchawkę bez słowa, a ja podeszłam do drzwi Mirandy i cierpliwie czekałam, aż mnie zauważy. Kiedy spojrzała mniej więcej w moim kierunku i zaczekała, powiedziałam:
– Mirando, właśnie rozmawiałam ze Stef i mówi, że ponieważ przegląd był zaplanowany na jutro, wciąż jeszcze czekają na sporo różnych Tutziy. Ale wszystkie powinny się tu znaleźć przed…
– Ahn – dre – ah, po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, jak modelki będą wyglądały w tych strojach bez butów, torebek czy biżuterii. Powiedz Stef, że chcę mieć ten przegląd z tym, co ma, i niech będzie przygotowana pokazać mi zdjęcia tego, co jeszcze nie dotarło! – Odwróciła się do Lucii i razem zajęły się zawartością wieszaków.
Zakomunikowanie tego Stef nadało nowe znaczenie zwrotowi „nie strzelać do posłańca”. Dostała szału.
– Nie mogę, kurwa, urządzić pokazu w trzydzieści sekund, rozumiesz? To jest, kurwa, niemożliwe! Czterech czy pięciu moich asystentek nie ma na miejscu, a jedyna, która jest, to kompletna, kurwa, idiotka. Andrea, co ja mam, kurwa, zrobić? – Histeryzowała, ale nie za bardzo był czas na negocjacje.
– Okej, świetnie – powiedziałam słodko, zerkając na Mirandę, która miała talent do tego, żeby wszystko słyszeć. – Powiem Mirandzie, że zaraz będziesz. – Rozłączyłam się, zanim zdążyła rozpłynąć się we łzach.
Nie byłam zaskoczona, widząc dwie i pół minuty później Stef wchodzącą ze swoją jedyną kurewsko idiotyczną asystentką, asystentką z działu mody, którą pożyczyła, i Jamesem, też pożyczonym, ale z działu urody. Wszyscy wyglądali na przerażonych i nieśli wielkie wiklinowe kosze. Trzęśli się ze strachu za moim biurkiem, dopóki Miranda nie wykonała kolejnego niedostrzegalnego skinienia głową, w którym to momencie wszyscy z szuraniem ruszyli naprzód na ćwiczenia z pokory. Ponieważ Miranda nieodmiennie odmawiała opuszczania swojego gabinetu, zawsze wymagała, żeby wszystkie przeładowane wieszaki z ciuchami i wózki pełne butów oraz kosze wypakowane dodatkami pracowicie znoszono do niej.
Gdy ludziom od dodatków udaje się wreszcie rozłożyć swoje towary w równych rzędach na dywanie, żeby mogła się im przyjrzeć, gabinet Mirandy zmienia się w arabski bazar – bardziej przypominający Madison Avenue niż Szarm – el – Szeik. Jedna z redaktorek prezentuje jej paski z wężowej skóry po dwa tysiące dolarów, podczas gdy inna próbuje sprzedać dużą torbę Kelly. Trzecia zachwala krótką koktajlową sukienkę Fendi, a ktoś inny próbuje namówić ją na szyfon. Stef zdołała zmontować niemal idealny pokaz z trzydziestosekundowym wyprzedzeniem, i to w sytuacji, kiedy wielu rzeczy brakowało. Orientuję się, że wypełniła braki rzeczami z poprzednich sesji, wyjaśniając Mirandzie, że dodatki, na które wciąż czekają, są podobne, ale lepsze. Wszyscy osiągnęli mistrzostwo w swoim fachu, ale Miranda jest mistrzem nad mistrzami. Jest konsumentem zawsze pełnym rezerwy, spokojnie przechadza się od jednego wspaniałego wieszaka do drugiego, nigdy nie zdradzając śladu zainteresowania. Kiedy wreszcie szczęśliwie decyduje, wskazuje i zarządza (podobnie jak sędzia na wystawie psów „Bob, wybrała border collie…”), redaktorzy uniżenie kiwają głowami, „tak, znakomity wybór”, „och, zdecydowanie idealny wybór”, po czym zwijają swoje towary i w pośpiechu umykają do poszczególnych działów, zanim, co nieuniknione, zmieni zdanie.
Cała ta piekielna próba trwała zaledwie kilka minut, ale gdy się zakończyła, wszyscy byliśmy wyczerpani ze zdenerwowania. Miranda zdążyła już zawczasu oznajmić, że wychodzi wcześniej, około czwartej, żeby przed wielką wyprawą spędzić trochę czasu z dziewczynkami, więc ku uldze wszystkich odwołałam zebranie redakcyjne. Dokładnie o trzeciej pięćdziesiąt osiem zaczęła pakować swoją torbę przed wyjściem, zajęcie niewymagające wytężonego wysiłku, skoro wszystko o jakimkolwiek znaczeniu lub ciężarze miałam jej przynieść do domu później, wieczorem, przy okazji dostarczania Książki. Zasadniczo musiała tylko wrzucić swój portfel od Gucciego i komórkę Motoroli do torby Fendi, której tak nadużywała. W ciągu paru ostatnich tygodni ta warta dziesięć tysięcy dolarów ślicznotka służyła jako szkolna torba Cassidy i wiele paciorków – podobnie jak jedna z rączek – po prostu odpadło. Miranda rzuciła ją któregoś dnia na moje biurko i rozkazała dać do naprawy albo, jeśli naprawa nie byłaby możliwa, po prostu wyrzucić. Z dumą oparłam się pokusie oznajmienia jej, że torby nie da się naprawić, żeby ją zatrzymać, i kaletnik naprawił wszystko za jedyne dwadzieścia pięć dolarów.
Kiedy w końcu wyszła, odruchowo sięgnęłam po telefon, żeby zadzwonić do Aleksa i ponarzekać na swój dzień. Dopiero kiedy wystukałam połowę jego numeru, przypomniałam sobie, że robimy przerwę. Uderzyło mnie, że to będzie pierwszy dzień od prawie trzech lat, kiedy nie porozmawiamy. Siedziałam z telefonem w ręku, wpatrując się w maiła, który przysłał dzień wcześniej, podpisany „kocham”, i zastanawiałam się, czy popełniłam fatalny błąd, godząc się na tę przerwę. Ponownie wybrałam numer, tym razem gotowa oznajmić, że powinniśmy o tym wszystkim porozmawiać, dojść do tego, co poszło nie tak, gotowa przyjąć odpowiedzialność za rolę, którą odegrałam w powolnym i stałym rozmywaniu się naszego związku. Ale zanim zdążyłam zadzwonić, przy moim biurku stała Stef z Dodatkowym Planem Wojennym Podróży do Paryża, nabuzowana po pokazie dla Mirandy. Miałyśmy buty, torebki, paski, biżuterię, pończochy oraz okulary do omówienia, więc odłożyłam słuchawkę i spróbowałam się skupić na jej instrukcjach.
Logicznie rzecz biorąc, mogłoby się wydawać, że siedmio – godzinny lot w klasie turystycznej w maksymalnie dopasowanych skórzanych spodniach, sandałach z pasków, bez palców, i żakiecie włożonym na top bez rękawów będzie najgorszym ze wszystkich piekielnych doświadczeń w podróży. Nic podobnego. Te siedem godzin lotu to był najbardziej odprężający czas, jaki pamiętam. Ponieważ Miranda i ja leciałyśmy do Paryża jednocześnie, ale innymi samolotami – ona z Mediolanu, ja z Nowego Jorku – wyglądało na to, że trafiła mi się jedyna możliwa sytuacja, kiedy przez siedem godzin z rzędu nie mogła do mnie dzwonić. Przez jeden cudowny dzień to, że okazałam się nieosiągalna, nie było moją winą.