Z powodów, które nie do końca zrozumiałam, moi rodzice nie byli tak zachwyceni, jak myślałam, kiedy zadzwoniłam powiedzieć im o podróży.
– Och, naprawdę? – zapytała moja matka w ten swój szczególny sposób, który sugerował znacznie więcej, niż naprawdę znaczyły te dwa małe słówka. – Jedziesz teraz do Paryża?
– Jak to „teraz”?
– Cóż, po prostu nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy moment na lot do Europy – powiedziała niejasno, chociaż czułam, że lawina wyrzutów żydowskiej matki już zaczyna sunąć w moją stronę.
– A to dlaczego? Kiedy byłby dobry moment?
– Nie denerwuj się, Andy, po prostu nie widzieliśmy cię od miesięcy. Nie żebyśmy narzekali, tata i ja oboje rozumiemy, jak wyczerpująca jest twoja praca, ale czy nie chcesz zobaczyć swojego malutkiego siostrzeńca? Ma już prawie miesiąc, a ty go jeszcze nie widziałaś!
– Mamo! Nie zmuszaj mnie, żebym czuła się winna. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę Isaaca, ale wiesz, że nie mogę po prostu…
– Wiesz, że tata i ja zapłacimy za twój bilet do Houston, prawda?
– Tak! Mówiłaś mi o tym jakieś czterysta razy. Wiem i doceniam, ale nie chodzi o pieniądze. Nie mogę wziąć wolnego z pracy, a jeśli chodzi o wyjazd, nie mogę tak po prostu sobie wyjechać. Nawet w weekendy. Czy uważasz, że ma sens lecieć przez całe Stany tylko po to, żeby wracać, jeżeli Miranda zadzwoni w sobotę rano i każe mi odebrać swoje pranie? Ma?
– Oczywiście, że nie, Andy. Pomyślałam tylko… pomyśleliśmy tylko… że może będziesz mogła ich odwiedzić w ciągu paru najbliższych tygodni, skoro Miranda miała wyjechać i tak dalej, i jeżeli do nich polecisz, to tata i ja też. A teraz jedziesz do Paryża.
Powiedziała to w sposób, który sugerował, co naprawdę myślała. „A teraz jedziesz do Paryża” należało przetłumaczyć jako: „A teraz lecisz sobie odrzutowcem do Paryża, żeby uciec od wszystkich rodzinnych zobowiązań”.
– Mamo, powiedzmy coś sobie bardzo, bardzo wyraźnie. Nie jadę na wakacje. Nie wybrałam wyjazdu do Paryża zamiast spotkania z moim nowym siostrzeńcem. To zupełnie nie jest moja decyzja, jak zapewne wiesz, ale nie chcesz przyjąć do wiadomości. To naprawdę bardzo prosta sprawa: za trzy dni jadę do Paryża z Miranda na tydzień albo dostanę wymówienie. Widzisz tu jakiś wybór? Bo jeśli tak, z rozkoszą o nim usłyszę.
Milczała przez chwilę, zanim powiedziała:
– Nie, oczywiście, że nie, kochanie. Wiesz, że to rozumiemy. Mam tylko nadzieję, że jesteś zadowolona z tego, jak się to wszystko układa.
– A co to ma znaczyć? – zapytałam wrogo.
– Nic, nic – odparła pośpiesznie. – Nic innego ponad to, co właśnie powiedziałam: tatę i mnie obchodzi tylko, czy jesteś szczęśliwa, a wygląda na to, że ostatnio, hm, no cóż, działasz w wielkim napięciu. Czy wszystko w porządku?
Trochę zmiękłam, bo tak wyraźnie się starała.
– Tak, mamo, wszystko w porządku. Nie jestem zadowolona z tego wyjazdu do Paryża, ale to wiesz. To będzie tydzień czystego piekła, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale mój rok niedługo się kończy i będę mogła zapomnieć o takim życiu.
– Wiem, kochanie, wiem, że to był dla ciebie trudny rok. Mam tylko nadzieję, że okaże się, że było warto. Tylko tyle.
– Wiem. Też mam taką nadzieję.
Rozstałyśmy się po przyjacielsku, ale miałam niewyraźne przeczucie, że moi rodzice są mną rozczarowani.
Odzyskanie bagaży na lotnisku de Gaulle'a to był horror, ale w końcu znalazłam elegancko ubranego kierowcę, który za odprawą celną machał tabliczką z moim nazwiskiem. W chwili gdy zamknął drzwi samochodu, wręczył mi telefon komórkowy.
– Pani Priestly prosiła, żeby zadzwoniła pani do niej po przyjeździe. Jest w apartamencie Coco Chanel. Pozwoliłem sobie zaprogramować automatyczne wybieranie numeru hotelu.
– Hm, och, okej. Dzięki, chyba od razu zadzwonię – oznajmiłam niepotrzebnie.
Ale zanim zdążyłam nacisnąć guzik z gwiazdką i jedynkę, telefon zabeczał i zaświecił przerażająco czerwonym blaskiem. Gdyby kierowca nie przypatrywał mi się wyczekująco, wyłączyłabym dzwonek i udała, że jeszcze nie zauważyłam połączenia, ale miałam niejasne przeczucie, że polecono mu mieć na mnie oko. Coś w wyrazie jego twarzy sugerowało, że ignorowanie tego połączenia nie leżało w moim interesie.
– Halo? Mówi Andrea Sachs – powiedziałam najbardziej profesjonalnie, jak to możliwe, próbując wycenić, jakie są szansę, że to ktokolwiek oprócz Mirandy.
– Ahn – dre – ah! Którą godzinę wskazuje w tej chwili twój zegarek?
Czy to było podchwytliwe pytanie? Wstęp do tego, żeby oskarżyć mnie o spóźnienie?
– Hm, nich spojrzę. Właściwie to piątą piętnaście rano, ale oczywiście nie przestawiłam go jeszcze na czas paryski. W takim razie mój zegarek powinien wskazywać jedenastą piętnaście rano. – Mówiłam pogodnie, mając nadzieję rozpocząć pierwszą rozmowę naszej nużącej podróży z największym optymizmem, na jaki mnie było stać.
– Dziękuję za tę niekończącą się opowieść, Ahn – dre – ah. A mogę zapytać, co dokładnie robiłaś przez ostatnie trzydzieści pięć minut?
– Samolot wylądował z parominutowym opóźnieniem, a potem musiałam jeszcze…
– Zgodnie z planem podróży, który ty sama dla mnie przygotowałaś, spodziewałam się, że twój samolot wylądował dziś o dziesiątej trzydzieści pięć.
– Tak, zgodnie z planem miał lądować o tej porze, ale widzisz…
– Nie musisz mi mówić, co widzę, Ahn – dre – ah. Z całą pewnością to zachowanie nie do przyjęcia podczas najbliższych dwóch tygodni, rozumiesz?
– Tak, oczywiście. Przepraszam. – Serce waliło mi z prędkością mniej więcej miliona uderzeń na minutę i czułam, że twarz mi czerwienieje z upokorzenia. Upokorzenia, że ktoś się do mnie w ten sposób odzywa, ale przede wszystkim ze wstydu, że na to pozwalam. Właśnie przeprosiłam – jak najszczerzej – że nie zdołałam doprowadzić do tego, by międzynarodowy lot się nie spóźnił, a potem za to, że nie byłam dość sprytna, by wykombinować, jak uniknąć francuskich celników.
Dość prostacko przycisnęłam twarz do szyby i przyglądałam się, jak limuzyna przedziera się przez kipiące życiem paryskie ulice. Kobiety wydawały się tu znacznie wyższe, a mężczyźni znacznie bardziej wyrafinowani i właściwie wszyscy byli pięknie ubrani, szczupli, o królewskiej postawie. Wcześniej byłam w Paryżu tylko raz, ale mieszkanie z plecakiem w schronisku młodzieżowym w gorszej części miasta nie robi takiego samego wrażenia, jak obserwowanie szykownych małych butików z ciuchami i rozkosznych kawiarni na chodnikach z tylnego siedzenia limuzyny. Mogłabym do tego przywyknąć, pomyślałam, gdy kierowca odwrócił się w moją stronę, chcąc pokazać, gdzie znajdę kilka butelek z wodą, gdybym miała na nią ochotę.
Gdy samochód podjechał pod wejście, drzwi otworzył mi dżentelmen o dystyngowanym wyglądzie, ubrany, jak przypuszczałam, w garnitur szyty na miarę.
– Mademoiselle Sachs, cóż za przyjemność wreszcie panią poznać. Jestem Gerard Renaud. – Głos miał łagodny i pewny siebie, a siwe włosy i mocno pocięta zmarszczkami twarz wskazywały, że portier jest znacznie starszy, niż wyobrażałam sobie, gdy rozmawiałam z nim przez telefon.