Masa buziaków, Briget
Na złożonej kartce firmowego papieru Runwaya, wetkniętej pod pieniądze, znajdowała się lista niemal stu numerów telefonicznych, zawierająca wszystko, co może się przydać w Paryżu, od eleganckiej kwiaciarni po chirurga do nagłych przypadków. Te same numery powtarzały się na ostatniej stronie szczegółowego planu podróży, który ułożyłam dla Mirandy, korzystając z informacji codziennie uaktualnianych i faksowanych przez Briget, więc w chwili obecnej wyglądało na to, że żadna przeciwność losu – poza totalną wojną światową – nie przeszkodzi Mirandzie Priestly w obejrzeniu wiosennych pokazów przy zredukowanym do minimum poziomie stresu, niepokoju czy troski.
– Bardzo dziękuję, Stephan, to wielka pomoc. – Mimo wszystko odliczyłam dla niego kilka banknotów, ale grzecznie udał, że ich nie widzi, i umknął z powrotem na korytarz. Z przyjemnością zauważyłam, że wyglądał na znacznie mniej przerażonego niż kilka chwil wcześniej.
Jakoś udało mi się znaleźć ludzi, z którymi kazała mi się skontaktować, i uznałam, że mam kilka minut, żeby przyłożyć głowę do obciągniętej kosztowną powłoczką poduszki, ale telefon zadzwonił w momencie, gdy zamknęłam oczy.
– Ahn – dre – ah, przyjdź natychmiast do mojego pokoju – warknęła, po czym rzuciła słuchawką.
– Tak, oczywiście, Mirando, dziękuję, że tak miło prosisz. Z przyjemnością – powiedziałam do milczącej słuchawki. Podniosłam swoje zmęczone zmianą czasu ciało z łóżka i skoncentrowałam się na tym, żeby obcasy nie utknęły w wykładzinie dywanowej korytarza łączącego nasze pokoje. Ponownie na moje pukanie zareagowała pokojówka.
– Ahn – dre – ah! Właśnie dzwoniła do mnie jedna z asystentek Briget, żeby sprawdzić, jak długie jest moje przemówienie na dzisiejszy brunch – oznajmiła. Przerzucała egzemplarz Womens Wear Daily, który ktoś z biura – prawdopodobnie Allison, która znała dryl z czasów swojej kadencji – wcześniej przefaksował, a dwóch pięknych mężczyzn pracowało nad jej włosami i makijażem. Na zabytkowym stoliku obok spoczywał talerz serów.
Przemówienie? Jakie przemówienie? Jedyne, co oprócz pokazów zostało na dziś zaplanowane, to coś w rodzaju lunchu z wręczaniem nagród, na którym Miranda miała zamiar spędzić swój zwyczajowy kwadrans, zanim ucieknie stamtąd przed nudą.
– Przepraszam. Powiedziałaś „przemówienie”?
– Owszem. – Ostrożnie zamknęła gazetę, spokojnie złożyła ją na pół, a potem ze złością cisnęła na podłogę, o włos omijając jednego z mężczyzn, który przed nią ukląkł. – Czemu, do diabła, nie zostałam poinformowana, że mam na dzisiejszym lunchu otrzymać jakąś cholerną nagrodę? – syknęła z twarzą wykrzywioną nienawiścią, jakiej nigdy nie widziałam. Niesmak? Jasne. Niezadowolenie? Nieustannie. Złość, frustracja, ogólna irytacja? Oczywiście, w każdej minucie każdego dnia. Ale nigdy nie widziałam, żeby wyglądała na tak dokumentnie wkurwioną.
– Hm, Mirando, bardzo mi przykro, ale właściwie to biuro Briget odpowiedziało na twoje zaproszenie na dzisiejszą imprezę i nie…
– Zamilknij. Zamilknij w tej chwili! Jedyne, na co cię stać, to ciągłe wymówki. Ty jesteś moją asystentką, ty jesteś osobą, którą wyznaczyłam do załatwienia spraw w Paryżu, to ty powinnaś być zorientowana w tym wszystkim. – Właściwie prawie krzyczała. Jeden z facetów od makijażu zapytał miękko po francusku, czy chciałybyśmy na chwilę zostać same, ale Miranda kompletnie go zignorowała. – W tej chwili jest południe i będę musiała stąd wyjść za czterdzieści pięć minut. Oczekuję krótkiej, zwięzłej i zrozumiałej przemowy, czytelnie przepisanej i leżącej w moim pokoju. Jeżeli nie potrafisz zrealizować tego zadania, możesz wracać do domu. Na stałe. To wszystko.
Pobiegłam korytarzem szybciej, niż kiedykolwiek biegałam w szpilkach, i zanim jeszcze dotarłam do pokoju, z trzaskiem otworzyłam swoją komórkę o międzynarodowym zasięgu. Ręce trzęsły mi się tak paskudnie, że wybranie numeru Briget było niemal niemożliwe, ale jakimś cudem uzyskałam połączenie. Odebrała jedna z jej asystentek.
– Potrzebna mi Briget! – zaskrzeczałam, głos załamał mi się, gdy wymawiałam jej imię. – Gdzie ona jest? Gdzie ona jest? Muszę z nią rozmawiać. Teraz!
Dziewczynę momentalnie zamurowało.
– Andrea? Czy to ty?
– Tak, to ja i potrzebna mi Briget. To nagły wypadek. Gdzie ona jest, do cholery?
– Na pokazie, ale nie martw się, zawsze ma włączoną komórkę. Jesteś w hotelu? Powiem jej, żeby zaraz do ciebie oddzwoniła.
Telefon na biurku zadzwonił kilka sekund później, ale miałam wrażenie, że minął tydzień.
– Andrea – zagruchał jej uroczy francuski akcent. – O co chodzi, kochanie? Monique powiedziała, że byłaś rozhisteryzowana.
– Rozhisteryzowana? Oczywiście, że jestem rozhisteryzowana, do cholery! Briget, jak mogłaś mi to zrobić? Twoje biuro ustalało wszystko w związku z tym pierdolonym lunchem i nikt się nie pofatygował, żeby powiedzieć – żeby mi powiedzieć – że nie tylko otrzymuje nagrodę, ale ma też wygłosić przemówienie!
– Andrea, uspokój się, jestem pewna, że mówiliśmy…
– I muszę je napisać! Czy ty mnie słuchasz? Mam czterdzieści pięć pierdolonych minut, żeby napisać przemówienie z podziękowaniem za nagrodę, o której nic nie wiem, w języku, którego nie znam. Albo jestem skończona. I co ja teraz zrobię?
– No dobrze, odpręż się, przeprowadzę cię przez to krok po kroku. Przede wszystkim, cała uroczystość jest właśnie tam, w Ritzu, w jednym z salonów.
– Gdzie? W jakim salonie? – Nie miałam jeszcze szansy rozejrzeć się po hotelu, ale byłam przekonana, że niczego takiego tu nie znajdę.
– Tak się po francusku mówi na, och, jak wy je nazywacie? Sale konferencyjne. Więc musi tylko zejść po schodach. Urządza to Francuska Rada do spraw Mody, paryska organizacja, która zawsze przyznaje nagrody w czasie pokazów, bo wszyscy są w mieście. Runway dostanie nagrodę za prezentację mody. To, jak wy to mówicie, nic takiego, właściwie formalność.
– Świetnie, przynajmniej teraz wiem, za co ta nagroda. Co właściwie mam napisać? Może po prostu podyktujesz mi to po angielsku i załatwię, żeby monsieur Renaud przetłumaczył, okej? Zaczynaj. Jestem gotowa. – Mój głos odzyskał nieco pewności, ale wciąż ledwie mogłam utrzymać pióro. Kombinacja wyczerpania, stresu i głodu sprawiała, że z trudem mogłam skupić wzrok na firmowym papierze Ritza, który leżał na biurku.
– Andrea, tu także ci się poszczęściło.
– Och, doprawdy? W tej chwili jakoś nie czuję się specjalnie szczęśliwa, Briget.
– Takie imprezy zawsze są prowadzone po angielsku. Nie ma potrzeby tego tłumaczyć. No, to zaczynajmy, masz pióro?
Zaczęła szybko mówić, a ja usiłowałam zapisać zaskakująco spójne zdania, które wypływały z jej ust najwyraźniej bez wysiłku. Kiedy odłożyłam słuchawkę i zaczęłam przepisywanie w tempie sześćdziesięciu słów na minutę – maszynopisanie to były jedyne pożyteczne zajęcia, na jakie chodziłam w liceum – zdałam sobie sprawę, że Mirandzie wystarczą dwie, może trzy minuty, żeby to przeczytać. Miałam akurat dość czasu, żeby przełknąć trochę pellegrino i pożreć kilka truskawek, które ktoś troskliwie ustawił na moim barku. Gdyby tylko zostawili mi tam cheeseburgera, pomyślałam. Pamiętałam, że gdzieś w bagażu, który w porządnym stosie leżał w kącie, wetknęłam batonik Twix, ale nie było czasu, by go szukać. Minęło dokładnie czterdzieści minut, odkąd dostałam rozkaz wymarszu. Nadszedł czas, żeby sprawdzić, czy zdałam.
Inna – ale równie przerażona – pokojówka otworzyła drzwi Mirandy i zaprosiła mnie do salonu. Oczywiście powinnam stać, ale skórzane spodnie, które miałam na sobie od poprzedniego dnia, zaczęły sprawić wrażenie na stałe przyklejonych do moich nóg, a sandały z pasków, które tak dobrze sprawiły się w samolocie, zmieniły się w długie, giętkie brzytwy przymocowane do moich pięt i palców. Postanowiłam przycupnąć na wyściełanej sofie, ale w chwili gdy moje kolana się zgięły, a pupa dotknęła poduszki, drzwi jej sypialni gwałtownie się otworzyły i odruchowo zerwałam się na równe nogi.