Выбрать главу

– Gdzie moje przemówienie? – zapytała mechanicznie, podczas gdy kolejna pokojówka szła za nią, trzymając pojedynczy kolczyk, który Miranda zapomniała założyć. – Napisałaś coś, nieprawdaż? – Miała na sobie jeden ze swoich klasycznych kostiumów Chanel – okrągły kołnierzyk obrzeżony futrem – i skręcony zwój niezwykle dużych pereł.

– Oczywiście, Mirando – powiedziałam z dumą. – Myślę, że to będzie odpowiednie. – Podeszłam do niej, ponieważ nie wykonała najmniejszego ruchu, żeby wziąć ode mnie kartkę, ale zanim zdążyłam podać jej przemówienie, wyrwała mi je z ręki. Dopóki jej oczy nie skończyły przesuwać się tam i z powrotem po tekście, nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.

– W porządku. Jest w porządku. Zdecydowanie nic rzucającego na kolana, ale w porządku. Chodźmy. – Chwyciła pasującą pikowaną torebkę Chanel i umieściła zrobiony z łańcuszka pasek na ramieniu.

– Przepraszam?

– Powiedziałam, chodźmy. Ta głupia ceremonijka zaczyna się za piętnaście minut i przy odrobinie szczęścia wyjdziemy stamtąd w dwadzieścia. Szczerze nie znoszę takich imprez.

Nie było co się spierać, słyszałam, że powiedziała zarówno „chodźmy”, jak „wyjdziemy”. Zdecydowanie spodziewała się, że pójdę z nią. Zerknęłam na swoje skórzane spodnie i dopasowany żakiet i uznałam, że skoro ona nie ma nic przeciwko temu strojowi – a gdyby miała, z pewnością usłyszałabym coś na ten temat – to jakie to ma znaczenie. Prawdopodobnie będą się tam kręcić całe zastępy asystentek, usługujących swoim szefom, i z pewnością nikogo nie będzie obchodziło, co mam na sobie. „Salon” był dokładnie tam, gdzie Briget powiedziała, że będzie – typowa hotelowa sala konferencyjna z kilkudziesięcioma okrągłymi stołami do lunchu i nieco podwyższoną sceną do prezentacji z podium. Stałam przy ścianie z tyłu z kilkorgiem różnego rodzaju pracowników i przyglądałam się, jak prezes Rady pokazuje zupełnie nieśmieszny, nieinteresujący, kompletnie nudny klip filmowy o wpływie mody na nasze życie. Przez następne pół godziny kilka osób okupowało mikrofon, a potem, przed wręczeniem choćby jednej nagrody, armia kelnerów zaczęła wnosić sałatki i napełniać winem kieliszki. Ostrożnie spojrzałam na Mirandę, która wyglądała na strasznie znudzoną oraz zirytowaną i spróbowałam skurczyć się za drzewkiem w donicy, o które się opierałam, żeby nie zasnąć. Nie jestem pewna, jak długo miałam zamknięte oczy, ale właśnie wtedy, gdy przestałam kontrolować mięśnie szyi i głowa zaczęła mi się bezwładnie kiwać, usłyszałam jej głos.

– Ahn – dre – ah! Nie mam czasu na te bzdury – wyszeptała dość głośno, żeby kilkoro Klakierów z pobliskiego stolika podniosło wzrok. – Nie powiedziano mi, że będę odbierać jakąś nagrodę i nie byłam na to przygotowana. Wychodzę. – I obróciła się na pięcie, po czym długimi krokami ruszyła w stronę drzwi.

Pokuśtykałam za nią, ale powstrzymałam się przed chwyceniem jej za ramię.

– Mirando? Mirando? – Najwyraźniej mnie ignorowała. – Mirando? Kto ma odebrać tę nagrodę w imieniu Runwaych. - wyszeptałam tak cicho, jak się dało, żeby tylko zdołała mnie usłyszeć.

Zrobiła zwrot w miejscu i spojrzała mi prosto w oczy.

– Myślisz, że mnie to cokolwiek obchodzi? Idź tam i sama ją odbierz. – I zanim zdążyłam powiedzieć choćby słowo, już jej nie było.

O mój Boże. To się nie działo. Z pewnością za minutę obudzę się w swoim własnym, nieefektownym, zasłanym kiepską pościelą łóżku i odkryję, że cały ten dzień – do licha, cały rok – był tylko wyjątkowo koszmarnym snem. Ta kobieta nie oczekiwała przecież, że ja – młodsza asystentka – pójdę tam i odbiorę nagrodę dla Runwaya za prezentowanie mody, prawda? Rozpaczliwie rozejrzałam się po sali, żeby sprawdzić, kto jeszcze z Runwaya bierze udział w tym lunchu. Nic z tego. Osunęłam się na krzesło i próbowałam wymyślić, czy powinnam zadzwonić po radę do Emily albo Briget, czy też po prostu wyjść, skoro jej najwyraźniej w ogóle nie zależało na otrzymaniu tego wyróżnienia. Moja komórka właśnie połączyła się z biurem Briget (która, miałam nadzieję, zdążyłaby tu w porę, żeby osobiście odebrać cholerną nagrodę), gdy usłyszałam słowa „…wyrazić nasze najwyższe uznanie dla amerykańskiego Runwaya za jego dokładny, zabawny i zawsze czytelny sposób prezentowania mody. Powitajmy wszyscy światowej sławy redaktor naczelną, żywy symbol świata mody, panią Mirandę Priestly!”.

Sala eksplodowała aplauzem dokładnie w tym samym momencie, w którym poczułam, że moje serce przestało bić.

Nie było czasu, żeby myśleć, przeklinać Briget, że do tego dopuściła, przeklinać Mirandę za to, że wyszła, przeklinać siebie za to, że w ogóle zaczęłam tę znienawidzoną pracę. Moje nogi same ruszyły naprzód, lewa – prawa, lewa – prawa, i wspięły się na trzy stopnie do podium bez żadnych incydentów. Gdybym nie znajdowała się w stanie tak całkowitego szoku, zauważyłabym może, że entuzjastyczne oklaski ustąpiły miejsca niesamowitej ciszy, gdy wszyscy usiłowali się zorientować, kim jestem. Ale nie zauważyłam. Jakaś przemożna siła nakazała mi uśmiechnąć się, wziąć z rąk prezesa o surowym wyrazie twarzy plakietkę i spokojnie umieścić ją na podium przed sobą. Dopiero kiedy uniosłam głowę i zobaczyłam setki wpatrujących się we mnie oczu – oczu ciekawych, taksujących, pełnych zmieszania – zyskałam pewność, że przestanę oddychać i umrę na miejscu.

Wyobrażam sobie, że stałam tam nie dłużej niż dziesięć albo piętnaście sekund, ale cisza była tak wszechogarniająca, tak przytłaczająca, że zaczęłam się zastanawiać, czy może już umarłam. Nikt nie wypowiedział ani słowa. Żadne sztućce nie skrobnęły o talerz, nie brzęknął żaden kieliszek, nikt nawet nie szepnął do sąsiada o tym, kto zajął miejsce Mirandy Priestly. Po prostu mi się przyglądali, chwila za chwilą, aż w końcu nie miałam wyjścia i musiałam się odezwać. Nie pamiętałam ani słowa z przemówienia, które godzinę wcześniej podyktowała mi Briget, więc byłam zdana na własne siły.

– Halo – zaczęłam i usłyszałam własny głos dudniący w uszach. Nie umiałam ocenić, czy to mikrofon, czy dźwięk krwi pulsującej mi w głowie, ale nie miało to żadnego znaczenia. Jedyne, co słyszałam wyraźnie, to odgłos, z jakim się trzęsłam – niepohamowanie. – Nazywam się Andrea Sachs i jestem as…, och, należę do pracowników Runwaya. Niestety Miranda, hm, pani Priestly musiała na chwilę nas opuścić, ale chciałabym przyjąć tę nagrodę w jej imieniu. I oczywiście w imieniu wszystkich w Runwayu. Dziękuję, hm… – nie mogłam sobie przypomnieć nazwy rady ani nazwiska obecnego tam jej prezesa -…wszystkim za to, och, za to cudowne wyróżnienie. Wiem, że mówię w imieniu wszystkich, kiedy mówię, że wszyscy jesteśmy strasznie zaszczyceni. – Idiotka! Jąkałam się, ochałam, trzęsłam i w tym momencie odzyskałam przytomność na tyle, żeby zauważyć, że tłum zaczął chichotać. Nie dodając już ani słowa, z największą godnością, na jaką mnie było stać, zdołałam zejść z podium i dopiero gdy dotarłam do drzwi, zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o nagrodzie. Jakaś pracownica poszła za mną do holu, gdzie po prostu klapnęłam pod wpływem wyczerpania i upokorzenia, i wręczyła mi plakietkę. Odczekałam, aż wyszła, i poprosiłam jednego ze sprzątaczy, żeby ją wyrzucił. Wzruszył ramionami i wepchnął plakietkę do swojej torby.