Выбрать главу

Za nią stała grupa złożona z, jak uznałam, redaktorów Vogue'a, obserwujących Annę uważnie i z wyrazem zmęczenia, jak nasi Klakierzy popatrujący na Mirandę. Za nimi skrzeczała Donatella Versace. Twarz miała tak grubo pokrytą makijażem, a ciuchy tak fantastycznie obcisłe, że właściwie wyglądała na swoją własną karykaturę. Podobnie przy pierwszej wizycie w Szwajcarii nie mogłam przestać myśleć, jak bardzo przypomina disneyowskie wesołe miasteczko – Donatella wyglądała bardziej jak ktoś, kto gra Donatellę Versace w Saturday Night Live, niż jak ona sama. Sączyłam z kieliszka szampana (a myślałam, że nie mam co na niego liczyć!) i gawędziłam z jakimś Włochem – jednym z pierwszych brzydali tej narodowości, jakiego spotkałam – który kwiecistą prozą opowiadał o swoim wrodzonym zamiłowaniu do kobiecego ciała, dopóki Christian nie pojawił się ponownie.

– Hej, chodź ze mną na chwilę – powiedział, bezkolizyjnie prowadząc mnie przez tłum. Miał na sobie zwykły zestaw: idealnie sprane diesele, biały podkoszulek, ciemną sportową marynarkę oraz mokasyny od Gucciego, i bez trudu wtapiał się w tym w modny tłum.

– Dokąd idziemy? – zapytałam, nie spuszczając oczu z Mirandy, która bez względu na to, co powiedział Christian, pewnie spodziewała się zobaczyć mnie wypędzoną gdzieś do kąta, zajętą faksowaniem lub uaktualnianiem jej planu dnia.

– Najpierw po kolejnego drinka dla ciebie i może też dla mnie. Potem mam zamiar nauczyć cię tańczyć.

– A skąd przekonanie, że nie umiem? Tak się składa, że jestem utalentowaną tancerką.

Wręczył mi kieliszek szampana, który jakby wyłonił się z niebytu, i poprowadził do salonu rodziców urządzonego we wspaniałych, głębokich odcieniach kasztanu. Sześcioosobowy zespół grał coś modnego i zgromadził się tam kilkudziesięcioosobowy tłum ludzi przed trzydziestym piątym rokiem życia. Jakby na sygnał zespół zaczął grać Lets Get It On Marvina Gaye'a i Christian przyciągnął mnie do siebie. Pachniał męską, tradycyjną wodą kolońską, czymś staroświeckim jak Polo Sport. Jego biodra bez namysłu, w niewymuszony sposób podążały za muzyką, przesuwaliśmy się razem po zaimprowizowanym parkiecie i cicho nucił mi do ucha. Reszta pokoju schowała się za mgłą – byłam ledwie świadoma, że inni też tańczą, a gdzieś ktoś wznosi za coś toast, ale w tamtym momencie jedynym, co odbierałam wyraźnie, był Christian. Gdzieś w głębinach mojego umysłu odezwało się cichutkie, ale uparte przypomnienie, że to ciało przy moim nie należy do Aleksa, ale nie miało to kompletnie żadnego znaczenia. Nie teraz, nie dziś.

Minęła pierwsza, gdy przypomniałam sobie, że przyjechałam z Mirandą i upłynęły całe godziny, odkąd ją widziałam, i byłam pewna, że o mnie zapomniała i wróciła do hotelu. Ale kiedy wreszcie podniosłam się z sofy w gabinecie jego ojca, zobaczyłam ją pogodnie gawędzącą z Karlem Lagerfeldem i Gwyneth Paltrow, cała trójka najwyraźniej niepomna faktu, że za zaledwie kilka godzin muszą wstać na pokaz Christiana Diora. Rozważałam właśnie, czy powinnam do niej podejść, kiedy mnie zobaczyła.

– Ahn – dre – ah! Chodź tu! – zawołała, jej głos brzmiał niemal wesoło w gwarze przyjęcia, które podczas ostatnich kilku godzin się rozkręciło. Ktoś przygasił światła i rzucało się w oczy, że uśmiechnięci barmani troskliwie zaopiekowali się tymi z gości, którzy zostali. W ciepłym i mglistym zamroczeniu szampanem irytujący sposób, w jaki wymawiała moje imię, kompletnie mnie nie drażnił. I chociaż nie przypuszczałam, żeby wieczór mógł być jeszcze lepszy, wyraźnie chciała mnie przedstawić swoim sławnym przyjaciołom.

– Tak, Mirando? – zagruchałam swoim najbardziej przymilnym dziękuję – że – mnie – przyprowadziłaś – w – to – rozkoszne – miejsce tonem. Nawet nie spojrzała w moją stronę.

– Przynieś mi pellegrino i upewnij się, czy kierowca czeka przed frontem, jestem gotowa do wyjścia. – Dwie kobiety i mężczyzna stojący przy niej zachichotali dyskretnie, a ja poczułam, że twarz płonie mi jaskrawą czerwienią.

– Oczywiście. Zaraz wracam. – Przyniosłam wodę, którą wzięła bez podziękowania, i przez rzednący tłum przepchnęłam się do samochodu. Zastanawiałam się, czy odszukać gospodarzy, żeby im podziękować, ale po namyśle poszłam prosto do drzwi, gdzie Christian opierał się o framugę z wyrazem zadowolenia na twarzy.

– No i jak, maleńka Andy, zapewniłem ci dzisiaj dobrą zabawę? – mówił nieco niewyraźnie, ale w tym momencie wypadło to po prostu uroczo.

– Chyba było w porządku.

– Tylko w porządku? Wygląda mi na to, że żałujesz, że nie zabrałem cię dziś na górę, co, Andy? Wszystko w swoim czasie, moja droga, wszystko w swoim czasie.

Głośno i żartobliwie cmoknęłam go w przedramię.

– Nie pochlebiaj sobie, Christian. Podziękuj rodzicom w moim imieniu. – I po raz pierwszy z własnej inicjatywy pochyliłam się i ucałowałam go w policzek, zanim cokolwiek zdążył zrobić. – Dobranoc.

– Kokietka! – zawołał, język plątał mu się trochę bardziej. – Ależ z ciebie mała kokietka. Założę się, że twój chłopak to właśnie w tobie uwielbia, prawda? – Uśmiechał się teraz pogodnie, dla niego to wszystko stanowiło element flirtu, ale wspomnienie o Aleksie na chwilę mnie otrzeźwiło. Na chwilę wystarczająco długą, żebym zdała sobie sprawę, że dziś wieczorem bawiłam się lepiej, niż zdarzyło mi się to od lat. Picie, taniec z przytulaniem, dotyk dłoni na plecach, gdy przyciągał mnie do siebie, sprawiły, że czułam się bardziej żywa niż podczas wszystkich tych miesięcy przepracowanych dla Runawya, miesięcy wypełnionych wyłącznie frustracją, upokorzeniem i otępiającym wyczerpaniem. Może dlatego Lily to robiła, pomyślałam. Faceci, imprezy, czysta radość płynąca ze świadomości, że jesteś młoda i oddychasz. Nie mogłam się doczekać, kiedy zadzwonię i jej o tym opowiem.

Miranda dołączyła do mnie na tylnym siedzeniu limuzyny i nawet sprawiała wrażenie dość zadowolonej. Zaczęłam się zastanawiać, czy się wstawiła, ale natychmiast wykluczyłam taką ewentualność: nie widziałam nigdy, żeby wypiła więcej niż łyk tego czy tamtego i tylko gdy wymagały tego obowiązki towarzyskie. Wolała perriera czy pellegrino od szampana i z pewnością milkshake albo latte od cosmo, więc słaba szansa, żeby była teraz naprawdę pijana.

Po przeegzaminowaniu mnie w pięć minut z jutrzejszego planu dnia (na szczęście pomyślałam o wetknięciu jego kopii do torebki), odwróciła się i spojrzała na mnie pierwszy raz tego wieczoru.

– Emily, ee, Ahn – dre – ah, jak długo dla mnie pracujesz?

Zdarzyło się to niespodziewanie i mój umysł nie potrafił odpowiednio szybko wymyślić ukrytego celu tego nagłego pytania. Dziwnie się poczułam, bo pytanie nie zawierało żądania wyjaśnienia, dlaczego jestem taką pieprzoną idiotką, która nie potrafi czegoś znaleźć, podać albo przefaksować odpowiednio szybko. Tak naprawdę nigdy przedtem nie pytała o moje życie. Jeśli nie pamiętała szczegółów naszej rozmowy wstępnej przed zatrudnieniem – a wydawało się to mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że pierwszego dnia pracy wpatrywała się we mnie bez najmniejszego błysku rozpoznania – nie miała pojęcia gdzie, jeśli w ogóle, chodziłam do college'u, gdzie, jeśli w ogóle, mieszkałam na Manhattanie, albo co, jeśli cokolwiek, robiłam w mieście podczas tych kilku cennych godzin dziennie, kiedy nie biegałam wokół niej. I chociaż to pytanie niewątpliwie było bardzo w jej zwykłym stylu, intuicja podpowiadała mi, że to może, ale tylko może, być rozmowa o mnie samej.