Выбрать главу

A potem zamiast na odlew Sienieński rąbnął z całych sił wrąb, wyszczerzywszy swe zęby białe jak perełki!

Jacek nie zdążył się zastawić, jego ręka, przyzwyczajona do odbijania cięcia na odlew, sama, niemal zupełnie sama przesunęła się do piątej zastawy... Może uniknąłby ciosu, gdyby ptak nie spadł na niego z góry, jego pazury nie zahaczyły o szyję, a gruby dziób, wprawiony w zręcznym wyłuskiwaniu martwych oczu wisielców, nie ugodził stolnikowica boleśnie w policzek, tuż pod prawym okiem, pół cala od powieki.

Dydyński dostał w lewy bark, w obojczyk. Mocno, ale powierzchownie, bo w ostatniej chwili zdołał opaść w dół na ugiętych nogach. Lecz to, co omal nie skończyło się jego klęską, okazało się wiktorią. Przeklęty ptak zerwał się do lotu, do kolejnego ataku... Lecz odlecieć już nie zdążył. Jacek chlasnął go wyciągniętą do zastawy szablą, przeciągnął ostrzem po piórach. Ogromny kruk zakrakał, opadł, brocząc czarną krwią, rozcięty niemal na dwoje.

Stolnikowic sanocki wpadł na Sienieńskiego jak burza. Chlasnął go wręcz, w kiść i na odlew, a potem nyżkiem w prawe udo. Szlachcic wrzasnął, ledwo zdołał zastawić się płazem szabli, w ostatniej chwili przechwycił świszczące ostrze! Dydyński chybił, ale tylko trochę. Sienieński dostał w bok; ostrze husarskiej szabli rozchlastało jego rajtrok, rozcięło skórę. Rubinowa krew trysnęła na biały, zdeptany śnieg pod nogami walczących.

Sienieński nie krzyczał. Nie wył z bólu, nie złorzeczył. Może prawdę powiadali po szynkach, iż w duszy tego okrutnika nie było kompletnie nic? Ani miłości, ani nienawiści? Miłosierdzia ani gniewu?

A jednak wróg Jacka wyglądał na zmęczonego walką. Nie był to już Sienieński – tryumfator, Sienieński – pogromca stolnikowica. Pot zalewał mu oczy, spływał z podgolonego łba. Aleksander odbijał słabnącą ręką ciosy, zadawał rozpaczliwe, szybkie uderzenia.

Dydyński zerknął nad jego ramieniem i zadrżał.

Trzech rosłych hajduków przyciskało Konstancję do omszałego słupa podpierającego podsienia karczmy. Jeden właśnie rozpiął jej żupan na piersiach, rozerwał koszulę i wydobył na światło dzienne piersi niewiasty. Dziewczyna krzyczała, łkała, gdy potężne dłonie boleśnie ściskały cudne drażnięta, przesuwały się po smukłych pagórkach, które tak dawno zapadły w pamięć (i nie tylko) pana stolnikowica.

Dydyński skoczył w stronę ganku, niemal zapominając o pojedynku. Sienieński tylko na to czekał! Od ciosu wbrew przeszedł w zwód, mijając w pędzie Jacka nad Jackami, z rozmachem wbił mu pióro swej szabli w pierś.

Stolnikowic zastawił się odruchowo, rozpaczliwie...

Źle zrobił, bo zbił ostrze w lewo, a nie w prawo. Ostre pióro węgierki przejechało mu po żebrach, a kiedy skoczył w bok, zderzył się z przeciwnikiem. Aleksander kopnął go z rozmachem w kostkę, chcąc posłać na ziemię, wbił łokieć w żołądek...

Rozdzielili się z trudem. Dydyński ciął wściekle, z zamachu – włęg, wrąb, wlic, walił Sienieńskiego jak drwal starą sosnę, chcąc zabić go, porąbać w dzwonka, zatłuc razami szabli niczym wściekłego psa, a potem skoczyć na ratunek Konstancji. Zamierzał skupić na walce całą swoją uwagę, poświęcić wszystko dla zagłady znienawidzonego wroga i... nie mógł tego uczynić. Usłyszał kolejny krzyk dziewczyny, jej płacz, jej jęk. Chciał pobiec tam, wpaść z zakrwawioną szablą na ganek, urządzić rzeź, pogrom, lecz wiedział, że Sienieński czeka tylko na jeden jego fałszywy ruch!

Ale, do diabła, nie mógł nie patrzeć na umiłowaną!

Kiedy dziewczyna zawyła znowu, rzucił jedno szybkie spojrzenie w tamtą stronę. Hajducy obdarli ją już do naga, przycisnęli do drewnianej podpory, rozsunęli nogi... Dydyński ryknął z wściekłości. Nim natarł na Sienieńskiego, ów z rysią zwinnością wymknął mu się spod ostrza, uderzył płazem szabli w dłoń, potem w bok, podbił ostrze w górę, uczynił wiatraczek i jednym szybkim ruchem wyłuskał szablę z ręki stolnikowica.

Dydyński rzucił się na niego z gołymi rękami, z pianą na wargach. A wówczas dostał płazem w łeb, świat rozbłysnął, obrócił się i zwalił na bok. Jacek zobaczył jeszcze nadbiegających hajduków, a zarośnięte oblicze tryumfującego Zegarta było ostatnim, co zdołał spamiętać...

* * *

Piwnice i lochy pod zamkiem Łańcuckiego Diabła, zwanym nie bez powodu Piekłem, były ostatnim miejscem, w którym chciał się znaleźć zarówno bogobojny chłopek, dworski sługa, jak i szlachetnie urodzony posesjonat. Po całej Rusi krążyły o nich opowieści, od których włosy stawały dęba pod kołpakiem, krew zastygała w żyłach i dreszcze przechodziły słuchaczy. Powiadano, że w lochach, w murowanych kamiennych sklepach chował Diabeł Łańcucki czartowskie charaktery i inkluzy. Gadano, że w najgłębszych czeluściach zamkowych katakumb przykuci do ścian chłopi i niewolnicy kuli fałszywą monetę – czerwone złote, talary, orty i trojaki, które ich pan puszczał potem w obieg na Wołoszczyźnie, a nawet w dalekim Konstantynopolu. Opowiadano, że służy mu tam armia małych diablików i czartów zamieniających pospolity ołów w złoto. Wspominano o setkach więźniów skrępowanych łańcuchami w najgłębszych piwnicach, których jęki czasem słychać było na pół stajania od Piekła, a Diabeł Łańcucki zwał owych nieszczęśników swoimi najlepszymi śpiewakami. Gadano o mękach i okrutnych torturach, którym kaci poddawali ofiary Stadnickiego, o odrzynaniu piłą rąk i nóg, o zakopywaniu żywcem w ziemi, żelaznych bronach, na które nabijali tych, którzy mieli nieszczęście narazić się na gniew łańcuckiego pana. W karczmach i kramach Łańcuta, Przeworska, Dynowa i Leżajska opowiadano – splunąwszy po trzykroć dokoła dla odwrócenia złego uroku – o czarach, czartach i czarownicach zlatujących się na sabaty i znikających w zamkowych kominach. Wspominano szeptem o tajemnej komnacie w podziemiach, w której Stadnicki przechowywał czarnoksięskie traktaty i zamknięty w żelaznej skrzyni o sześciu rogach cyrograf, w którym oddał duszę diabłu. I w zamian za złoto i potęgę obiecał wygubić w Koronie polskiej wszystkich chrześcijan, księży i mnichów. Wielki spór zaś szedł o to, z którym z diabłów Stadnicki zawarł układ i co otrzymał w zamian. Ksiądz Michał Wereszczaka od ojców bernardynów z Przeworska prawił, że był to sam Pronobis albo Berut z Łęczycy, podczas gdy z kolei ojciec Damazy Piekarski od świętego Dominika we Lwowie dowodził, iż musiał być to Koffel albo Heydasz. Na co zaś replikował ksiądz Wereszczaka, że tak możny pan jak Stanisław ze Żmigrodu Stadnicki nie mógł zaprzedać swojej duszy uczciwemu Heydaszowi, skoro ów był, z przeproszeniem, diabłem plebejskim, skłaniającym poczciwych chłopków i zagrodników do rozbijania sąsiadom łbów sztachetami z płotów. „Nawet bowiem w piekle, pry – dowodził ksiądz – musi być porządek i ład, jako w naszej Rzeczypospolitej. I nie śmie tam iść, pry, diabeł plebeiae conditionis, przed ślachcica piekielnego, ani tym bardziej herbowych Polaków do złego kusić. Bo od tego, pry, są ślachetnie urodzone czarty!”

Tak mawiali, ma się rozumieć, katolicy, bo zwolennicy luterskich nauk powiadali z kolei, iż Diabeł Łańcucki, wrogi im jako kalwin, podpisał szatański pakt z samym papieżem Pawłem, któremu nie dość było obłożenia interdyktem Wenecji, nie dość konfliktów z parlamentem angielskim, lecz zmierzał jeszcze do wygubienia wszystkich protestantów w Ziemi Przemyskiej i Sanockiej.

Jak tam z paktami i cyrografami było, Bóg jeden raczy wiedzieć. Jednak zarówno katolicy, jak i innowiercy powtarzali pospołu jedno: kraty i zamki w łańcuckich lochach były grube i mocne, kute przez mistrzów sprowadzonych ze Lwowa. I niełatwo było się z nich wywinąć.

Ze wszystkich plotek, jakie głoszono o zamku w Łańcucie, ta jedna okazała się prawdą.

Ciśnięta z rozmachem ława roztrzaskała się na żelaznej kracie jak wątła drewniana szczapka. Za nią poleciał gliniany dzban, który rozpadł się z łoskotem na skorupy, potem zydel. Na prętach zatrzymała się z brzękiem miedziana misa, po niej deska wyłamana z podłogi, a na końcu zwykła barania burka.