– Rad jestem, że pana poznałem osobiście – powiedział malarz, – Ciekaw byłem, jak wygląda idealista. Chodzi o łamanie strajku w miejscu świeckim i rozniecanie tegoż na ziemi poświęcanej, jak wieść gminna niesie.
– I cóż pan stwierdził?
– Facjata kanciasta, rysy grubo ciosane, szpakowaty jeż, kwadratowy podbródek, spojrzenie bezczelne. W sumie charakter stanowczy, by nie rzec: nacechowany uporem. Lubię portretować takich osobników. Gatunek na wymarciu; wierność ideałom i tak dalej. A każda ekipa, gdy wreszcie dorwie się do władzy, kogo zaczyna deptać? Właśnie ich bo przeszkadzają kompromisom z niedawnymi przeciwnikami. Tak marnie jest świat zmajstrowany – sojusze taktyczne są fundamentem rządzenia każdym społeczeństwem. I oto powstaje błędne koło: bez idealistów nie można przeprowadzić rewolucji, wespół z idealistami nie sposób utrzymać się przy sterze. Więc dostają w dupę najpierw od wrogów, potem od swoich, a ideał sięga bruku. I leży tam dopóty, dopóki go nie podniesie kolejne pokolenie nieskazitelnych.
– Przesada.
– Oby nie musiał się pan przekonywać na własnej skórze.
Aleją kroczyła zamaszystym krokiem niewiasta w średnim wieku. Jej rozłożysta żółta spódnica na tle zieleni wyglądała jak odwrócony kielich tulipana. Kremową bluzkę ozdabiał pokaźny krzyż, dyndający na łańcuszku, blond włosy podtrzymywała przepaska haftowana w krzyżowy wzór. Przed ławką wyhamowała gwałtownie aż wzbił się kurz spod obcasów. Prychnęła. w stronę Śliwy:
– Bezbożnik! Świętokradca!
– Śliczna jesteś, panienko, kiedy się gniewasz – powiedział łagodnie Artysta.
– Dwulicowiec! Artycha od siedmiu boleści. Maluje w kościele, a zadaje się z komuchem. Pfuj! – splunęła i odmaszerowała elastycznie.
– Niczego sobie babka – skomentował malarz – zgrabna, biuścik wydaje się apetyczny, a sempiterną kręci jak Lolo-brygida. Któż to?
– Dentystka Róża, nawiedzona. Specjalność: leżenie krzyżem przed ołtarzem. W wolnych chwilach rwie zęby.
– Stara panna, jeśli się nie mylę?
– Tak.
– To tłumaczy zaburzenia charakterologiczne. Wiadomo, że koło trzydziestki cnota rzuca się na mózg. Ilu mieszkańców liczą Trzydęby?
– Pięć tysięcy.
– Z tego, statystycznie rzecz biorąc, połowę stanowią mężczyźni. Odliczmy starców i dzieci a otrzymamy co najmniej tysiąc chłopa. Zagadka: z całego pułku samców żaden ochoczo Róży nie przerżnął? Wstyd dla sympatycznego miasteczka. Czyżby los chciał, żebym ja, przybysz z obcych stron, uwolnił nieszczęsną od jarzma?
Nie było to pytanie retoryczne, co miało się okazać dwa tygodnie później. Nadeszła upalna niedziela i przyjaciele spotkali się na plaży, zagospodarowanej staraniem burmistrza Żorasa. W kilku stoiskach można tu nabyć pieczone kurczaki, smażone ryby, lody i napoje chłodzące; czynny jest także kiosk z prasą i wypożyczalnia kajaków. Jezioro średniej wielkości, otoczone z trzech stron lasem, wodę ma czystą, nic więc dziwnego, że mieszkańcy spędzają tutaj wolny czas.
Rozebrawszy się Śliwa, Rak, Benjamin i Ateusz Pokorny oddali się kąpielom słonecznym. Panowała obezwładniająca cisza, tylko z oddali dobiegał śmiech dzieciarni, baraszkującej w mokrym żywiole. Nieco później zjawił się także ojciec Hiacynt. Habit ściągnął w odległych zaroślach i niósł pod pachą. Wiedział, że pojawienie się sukienki duchownej wzbudzi zbędne zainteresowanie gawiedzi a tego wolał uniknąć. Kroczył statecznie w poszukiwaniu wygodnego legowiska; piasek wciskał się w sandały, najpierw przystawał by wytrząsnąć intruza a potem dał za wygraną i boso, w niebieskich kąpielówkach, zbliżył się do leżących.
– Co widzą oczy moje? Komuna we wzmocnionym składzie. Można rozłożyć się opodal?
Rudzielec, który zaczynał już drzemać, otwarł jedno oko i mruknął:
– Tylko mnicha tu brakowało…
– Gorycz cię gnębi, bracie – odparł zakonnik moszcząc się w grajdole – a to szkodzi na wątrobę. Wobec nieszczęść, którymi nas Bóg doświadcza, powinniśmy zachowywać rozsądny dystans. Ludowe przysłowie powiada, że nie ma złego, co by na dobre nie wyszło; tkwi w nim życiowa mądrość. Weźmy na przykład niewierność małżonki…
– To moja sprawa! – żachnął się Benjamin.
– Mylisz się, Pelagia sieje zgorszenie, co czyni twą troskę sprawą publiczną. Zwłaszcza, że powołuje się na sakrament ślubu kościelnego, by czynić zło za parawanem małżeństwa, które przecież w świetle prawa kanonicznego zostało przez nią rozbite. Cudzołóstwo jest ciężkim grzechem.
– Mogę uzyskać rozwód? – poderwał się rudzielec a oblicze promieniało mu nadzieją. -I wyrzucić babę na zbity pysk? Zamieniła mieszkanie w burdel.
– Możesz poczynić stosowne starania, bracie, przy mej skromnej pomocy. Borykasz się, nie ty jeden, z odwiecznym problemem.
– Mistrz Rabelaiś – wtrącił nauczyciel – w tej materii był optymistą. Powiada: Jeśli będziesz rogaczem, śliczniuchna twoja żona, ergo: uprzejmą dla cię będzie ona, ergo: będziesz miał wielu przyjaciół, ergo będziesz zbawiony. Tylko ci to na lepsze wyjdzie, grzeszniku.
– Mnie nie dotyczy – posmutniał Benjamin – uprzejmości w Pelagii za grosz, a przyjaciół, poza wami, nie mam.
– Pozostaje ci wiara w zbawienie.
– Dzięki za pociechę, belfrze.
– Zadziwiające, zważcie panowie, jak trafne są pewne sentencje, wymyślone przez francuskich filozofów – mówił zakonnik. – Oto Montaigne: Próżno wspinać się na szczudła, na nich także trzeba chodzić własnymi nogami. Na najwyższym tronie świata i tak przy siąść musimy własnym zadkiem. Albo: Nikt nie jest wolny od mówienia bredni; źle jest jedynie mówić je z wysiłkiem. La Rochefaucauld, zresztą mój ulubiony autor z epoki Oświecenia: Powaga jest obrządkiem ciała, wymyślonym dla ukrycia braków ducha. Zawsze mamy dość siły, by znieść cudze nieszczęścia. Z prawdziwą miłością jest jak z pojawianiem się duchów -wszyscy o nich mówią, lecz nikt ich nie widział – Nie ma cnotliwych kobiet, które nie byłyby znudzone tym rzemiosłem.
– Urocze lecz abstrakcyjne – przyznał Ateusz. – Natomiast wspomniany już przeze mnie Rabelaiś daje radę praktyczną do stosowania wobec wściekłych przeciwników politycznych: Głaszcz chama – to cię kopnie, kopnij chama – to cię pogłaszcze.
– Celna myśl – stwierdził Śliwa – taktyka głaskania, którą uprawia warszawska elita partyjno-rządowa, przynosi jej coraz dotkliwsze kopy, a te rykoszetem trafiają w nasze zadki.
Wiercący się niecierpliwie Rak wreszcie zdołał wtrącić swoje trzy grosze:
– Ja też zapamiętałem parę zgrabnych powiedzonek. Anatol France twierdzi, że katolicyzm jest najbardziej znośną formą obojętności religijnej, a Chrystus przyniósł cywilizacji trzy dokuczliwe choroby: dziewictwo, mistycyzm i melancholię.
– Zechciejcie, panowie, oszczędzić mi debaty o sprawach wiary – franciszkanin złożył błagalnie dłonie. – Wiadomo, że w tej kwestii różnimy się krańcowo. Pójdę trochę popływać.
Odprowadzili go wzrokiem. W wodzie czuł się świetnie, sunął na przemian crawlem i delfinem, potem wdrapał się na bezpański kajak i po wiosło wał w stronę przeciwległego brzegu.
– Zaczynam odczuwać przypływ sympatii do Hiacynta – zauważył, nauczyciel. – Mało miałem styczności z zakonnikami, lecz w tym wypadku mógłbym powtórzyć z pewną przesadą: oto najszczerszy mnich, jaki od początku mnichostwa mniszył się między mnichami.
– Pasuje do księdza Maciąga jak kareta do wołu – potaknął Rak – on powinien zostać proboszczem, jeśli już stary Kurowski musi odejść.