Tymczasem wyobraźnia księdza Maciąga oblekała w kontury straszliwe podejrzenie, a ono z tą chwilą przeistoczyło się w pewność: nie mnich siedzi przed nim, a diabeł wcielony w postać Hiacynta. Szatańskim zwyczajem oplótł mnie siecią prawd pozornych, usypiając nabożną czujność, by posiać zatrute ziarno zwątpienia. Bogu niech będą dzięki, że otwarł źrenice moje, bym mógł intrygę piekielną unicestwić!
Porwał kropidło i zanurzywszy w wodzie święconej, zamaszystymi gestami pokropił wrażą siłę. Ksiądz Kurowski dzięki prysznicowi ocknął się z drzemki, a franciszkanin podziękował skinieniem głowy za magiczne odpędzenie złych duchów i ciągnął dalej:
– Wniosek: piekło stworzył człowiek według własnych wyobrażeń, a Kościół wykorzystał zabobon dla utwierdzenia swego ziemskiego panowania. Bogowie wszystkich ludów jak świat światem budzili przerażenie i respekt, dlaczego ma być inaczej pod koniec XX wieku? Bez strachu nie byłoby religii, bez religii Kościoła, a bez Kościoła… przepraszam, kwestia bezrobocia duchowieństwa wykracza już poza temat.
Proboszcz podjął ostateczny wysiłek demaskatorski. Jeśli nie mogę przydybać księcia ciemności – pomyślał – przyszpilę chociaż jego wiernego sługę, czerwonego diabliszona.
– Nie jest dla nas tajemnicą, że zadajesz się z komuną, Hiacyncie. Parokrotnie widywano cię z indywiduum o nazwisku Śliwa, a onegdaj kroczyliście chwiejnie przez miasto niby pospolici opoje, wrzeszcząc pieśń bezwstydną…
– Błąd w donosie, księże doktorze. Czy można potępiać tekst, który wyszedł spod pióra sławnego w Europie i krajach zamorskich biskupa Krasickiego? Pomieszczony w „Monachomachii" jest ozdobą tego utworu. Zaintonuję dla przykładu: Wdzięczna miłości kochanej szklenice…
– Przestań, ryczysz jak wół!
– Z mistrza Śliwy taki komunista, jak ze mnie kardynał. Komunizm to światowa rewolucja, walka klas, przodująca rola proletariatu i podobne fantamasgorie. Jednym słowem destrukcja. A Śliwa dąży do ładu, chce widzieć świat urządzony harmonijnie, na podobieństwo mechanizmu, któryby funkcjonował sprawnie w każdym ustroju i pod każdym rządem. Mea culpar mea maxima culpa, gdyż wbrew modnemu dziś zwyczajowi nie oceniam ludzi według legitymacji partyjnej, ani według tego, w jakim kościele się modlą.
– Popełniasz błąd nader wymowny.
– Unikam błędu najgorszego: brania pozorów za istotę rzeczy. Przyznam jednak, że mój obiektywizm ma granice. Nie obejmuje mianowicie – osobnika, który zawsze merda ogonem w stronę, skąd wiatr wieje; lizidupka bijącego pokłony przed każdą znaczniejszą figurą świecką lub duchowną; pobożnisia zbyt gorliwego. W tym miejscu przytoczę myśl pewnego mędrca z Bolonii, że Antychryst może zrodzić się także z nadmiernej miłości do Boga, kacerz ze świętego, a opętany z proroka. Strzeż się – mówi ów mąż uczony – zwłaszcza proroków i tych, co gotowi umrzeć za prawdę, gdyż zwykle zamiast siebie, pociągają ku zgubie mnogich bliźnich. Dostrzegam w powyższej sentencji głęboką mądrość, lecz wątpię, by dotarła ona do twej świadomości, doktoryzowany niebacznie proboszczu, a tym bardziej do mózgownicy biednego wikarego, przenicowanej przez seminaryjnych doktrynerów.
– Twój jęzor ocieka jadem.
– Nie. To smutek we mnie kwili, nieboraczek, gdyż w tej plebani pokutuje duch Torquemady. Zapomniałeś, że kazano ci głosić ewangelię miłości?
– Ha! – wykrzyknął triumfalnie ksiądz Maciąg, zacierając dłonie. – Wreszcie zrzuciłeś maskę. Kościół Miłości, tak? Gnoza, tak? Herezja katarska, tak?
Hiacynt roześmiał się, tak absurdalne wydało mu się to oskarżenie. Interesował się co prawda tym średniowiecznym ruchem religijnym, który od Iranu po Atlantyk miał miliony wyznawców, a w XII wieku zagrażał nawet dominacji Rzymu. Kościół organizował krucjaty przeciw największym skupiskom katarów, tępił ich mieczem, duchownych poddawał torturom, a wiernych palił masowo na stosach. Ten los tragiczny budził w zakonniku współczucie, a myśląc o fanatycznych oprawcach w sutannach nie mógł pozbyć się odrazy. Z krwi wówczas przelanej zrodził się zakon dominikanów i Święte Oficjum; wtedy właśnie wyhodowano legiony inkwizytorów, którzy tak haniebnie zapisali się w dziejach późniejszych stuleci.
Jednakże biskupi katarscy i ich papież, Niketas, okazali się takimi samymi dogmatykami jak rzymski kler. Ponieważ na świecie panuje zło – zakładali, iż wszelką materię (również istoty żywe) stworzył szatan. Kto płodził potomstwo powiększał królestwo księcia ciemności, dlatego powstrzymywanie się od pożycia za największą cnotę poczytywali. Wierzyli w wędrówkę dusz, zabijanie ludzi i zwierząt oznaczało dla nich zbrodnię niewybaczalną: w cielesnej powłoce pokutować mogła dusza wcześniej zmarłego grzesznika. W konsekwencji byli katarzy niezłomnymi pacyfistami i jaroszami, którzy za szczyt szczęścia uznali wyzwolenie duszy od diabelskiej struktury materialnej, poprzez samobójstwo lub zagłodzenie się na śmierć. Nic dziwnego, że w płomienie stosów roznieconych przez prześladowców szli gromadnie, trzymając się za dłonie, z nabożnym śpiewem i radością w oczach – oto nadchodziło wyzwolenie od przeklętej niewoli, podążali do swego Boga, w stronę dobroci i sprawiedliwości absolutnej. Pospólstwo nazywało ich „dobrymi ludźmi", gdyż – w przeciwieństwie do szlachty i duchowieństwa – nikomu krzywdy nie czynili.
Franciszkanin uważał się za wroga dogmatów, politycznych, religijnych, ekonomicznych; wiedział, że życie zawsze okazywało się bogatsze, bardziej różnorodne, wymykające się wszelkim regułom wymyślonym przez świeckich i duchownych oszołomów. On cieszył się życiem, widział w nim więcej blasków niż cieni, przepełniała go życzliwość wobec bliźnich, wyrozumiałość dla ich słabostek i wad. Kiepskim psychologiem okazał się ksiądz Maciąg, usiłując mu przyprawić gębę katarskiego ascety. Z czystej przekory postanowił jednak nie wyprowadzać go z błędu. Niech się głębiej zapłacze we własną sieć.
– Wyobraźmy sobie odrobinę historii alternatywnej – por wiedział z nieodgadnioną miną, dłońmi na pulpicie wymierzając granice owej odrobiny. – W średniowieczu kataryzm zwycięża, a rzymscy katolicy ogłoszeni zostają heretykami.
– Zgroza! – jęknął proboszcz.
– Bóg by do tego nie dopuścił – dodał wikary z głębokim przekonaniem.
– Nie grzesz pychą, Pyrko, jeszcze cię niebiosa nie powołały na rzecznika prasowego Pana Boga. Ad rem. Załóżmy wspomnianą i wielce prawdopodobną alternatywę. Ludzkość uniknęłaby wówczas paru dokuczliwych plag: licznych wojen, prześladowania innowierców, eksplozji demograficznej, klęsk głodu. Duchowni żyli by w przykładnym ubóstwie, zamiast wykazywać naganną pazerność na dobra doczesne, czym nasz kler grzeszy od tysiąca lat bez mała, a co dziś w Polsce osiągnęło zgoła groteskowe rozmiary – myślę o tych księżach, którzy reklamują mercedesy i wino, przy kościołach pootwierali sklepiki, a wiernych żyłują z ostatniego grosza. Jezus pognałby ich batem, jak to uczynił z kupczącymi w świątyni jerozolimskiej.
– Bracie – proboszcz zwrócił się do wikarego łamiącym się głosem – bracie mój, biorę cię na świadka, iż ów odrażający mnich za szatańskim podszeptem wychwala… herezję!