Выбрать главу

– Rozpieprzyć ten burdel! Kajdyr do nocnika, Pyrko w katakumby, Maciaruk na latarnię! Niech żyje międzymiastówka anarchistyczna!

Czasem akcentował pewne elementy programowe:

– Zlikwidować wszelką władzę! Policję wystrzelić na Księżyc! Wolny kraj dla wolnego ludu!

Postulat ekonomiczny zgłaszał wciąż taki sam:

– Żądamy swobodnego dostępu do wysypiska śmieci! Precz z terrorem służb komunalnych!

Był to postulat ze wszech miar uzasadniony zważywszy, że Felek mieszkał w budzie z blachy falistej, usytuowanej właśnie na wysypisku; stamtąd wytrwałą pracą pozyskiwał surowce wtórne lub używane przedmioty codziennego użytku. Ich sprzedaż przynosiła dochód wystarczający na niezbyt wygórowane potrzeby Anarchisty.

Przodownik postanowił wywiązać się z obietnicy, danej proboszczowi. Siadł na rower i pojechał do jaskini elementu wywrotowego. Pedałował z wysiłkiem, bo wiatr w oczy, a kondycja nadszarpięta perypetiami weryfikacyjnymi. Pokonawszy pięciokilometrowy dystans, pojazd oparł o sosnę i wdrapał się na hałdę. Blaszak Anarchisty błyszczał w słońcu, wokół rosły kwiaty, tu i ówdzie zieleniły się krzewy agrestu i porzeczek. Element, rozwalony na leżaku, opalał tors.

– Ładnie tutaj, panie Felku. Domowo jakby.

– Od rana prześladował mnie zapach wędzarni, a to według wróżb chaldejskich oznacza spotkanie z policją. No i spotkanie jest. Za węgłem stoi krzesło, niech szarża siądzie. Zasiedliłem najdawniejszy odcinek Eldorado, śmieci tutaj zdążyły się zma-cerować, powstał żyzny kompost więc roślinność pnie się radośnie ku obłokom. Mogę poczęstować colą,

– Chętnie się napiję. Upał. A szczury nie dokuczają?

– Szczur, wierny towarzysz człowieka. Zwierzę pożyteczne, bo wszystkożerne, nawet głodomorem nie pogardzi. Czytam dostarczaną tu prasę – wskazał strzępy gazet ułożone w stos obok leżaka – i czego się dowiaduję? Nowa Polska będzie rajem dla gryzoni, gdyż deratyzację zlikwidowano jako przejaw komunistycznego zniewolenia. Otwarcie na Europę, a jakże, pchają się do nas śmieciarki lądem, wodą i powietrzem, nawet z Portugalii. Wciskają nam zewsząd zatrute świństwo, nieprzydatne do utylizacji, zaś urzędnicy gorliwie biorą w łapę za takie podtruwanie ludu. Dyspozycyjni pismacy bagatelizują problem, usypiają czujność, byśmy z modlitwą na ustach zmierzali pokornie ku zbiorowemu samobójstwu. Byłem tu sobie królem i panem przez lata całe, a teraz budzi mnie o świcie stuk łopat i kilofów, bo stada bezrobotnych rozgrabiają co się da: makulaturę, szmaty, złom.

– Żółć, panie Felku. Gdyby nająć ludzi i rozkręcić prywatny interes opadowy?

– Szarża sobie kpi. Mój światopogląd nie pozwala czerpać korzyści z cudzej pracy.

Usiłuję sobie wyobrazić kraj za lat kilka i cóż widzę? Gigantyczny śmietnik, gdzie zżerają się nawzajem szczury i nędzarze, a po obrzeżach byczy się stado hien, wypasionych na cudzej krwi i pocie. Mam szanować władzę, która taki los nam gotuje? Z głębi trzewi wyrywa się okrzyk rozpaczy: rozpieprzyć ten burdel!

– Właśnie ta sprawa mnie sprowadza. Demonstracje. Hasła znieważające osoby i instytucje. Zakłócanie porządku publicznego.

– Ładnie szarża to ujął. Zgodnie z moimi intencjami.

– Osobiście nie mam nic przeciw panu. W ramach pluralizmu uszanuję nawet anarchistyczne poglądy. Jednakże zmuszony jestem… wywierane są na policję naciski… proboszcz i burmistrz nalegają…

– Mam do wspomnianych trutniów stosunek sprecyzowany. Oni mogą mi, powiedzmy, wskoczyć do portek, wyjrzeć rozporkiem i -świergolić na melodię „My pierwsza brygada". Pyrko do katakumb, Maciaruk na latarnię!

– Ktoś złośliwy mógłby pana aresztować za podżeganie do czynów gwałtownych. Ja zaś nie grożę więzieniem, tylko proponuję kompromis.

– Interesujące. Jaki?

– My przymykamy oczy, a Felek Anarchista będzie krążył tylko po peryferiach, jak najdalej od kościoła i ratusza, wznosząc okrzyki wyłącznie bezosobowe.

– Nie rozumiem.

– Bez wymieniania nazwisk.

– Aha. Jeśli się zgodzę, to tylko ze względu na szarżę. Zostałem potraktowany jak człowiek, przez kogo? Przez policjanta, podporę obecnego reżimu. Widocznie zgnilizna od rybiej głowy nie dotarła jeszcze do ogona. Umowa stoi.

Felek odprowadził władzę do skarpy i wskazał dogodną ścieżkę, wiodącą do świata ludzi przedsiębiorczych, którzy poznali siłę swoich pieniędzy i radośnie wznoszą zręby kapitalizmu. Wrócił na leżak; oddawszy skórę leczniczym promieniom słonecznym, rozważał sytuację. Okrzyki bezosobowe, czemu nie? Mogą być. Skreślam nazwiska, wstawiam funkcję. Klecha do katakumb, burmistrz na latarnię! Tyż piknie. Z lokalizacją żadnych kłopotów, ponieważ peryferie Trzydębów zaraz za rynkiem, ciągną się w siną dal na wszystkie cztery strony świata. Należałoby również zmodyfikować nieco garderobę…

Pomysł wydał mu się szczęśliwy. Przyniósł z budy puszkę czarnej farby i pędzel. Na popielatym kapeluszu wymalował trupią czaszkę i skrzyżowane piszczele a biały podkoszulek ozdobił napisem „I love Bakunin". Nie używał nigdy marynarki, symbolu burżuazyjnego rozpasania, nosił świątek-piątek długi płaszcz zawsze rozpięty, więc jego miłość do teoretyka anarchizmu będzie się rzucała w oczy. Zmienił farbę na białą i na wierzchnim okryciu skopiował portret wąsatej osobistości, podpatrzony z pierwszej strony gazety. Źle wycelował i wizerunek zamiast na plecach wypadł poniżej pasa. Pokiwał głową z aprobatą, bo podobieństwo zostało zachowane; właściwy człowiek na właściwym miejscu.

W tym czasie Śliwa wychodził zadowolony z gmachu sądu, bo trzymał w dłoni odpis wyroku, nakazującego Wytwórni Nocnych Naczyń Wielokrotnego Użytku imienia Józefa Piłsudskiego przywrócenie go do pracy. Skierował się wprost do biura. Sekretarka próbowała go zatrzymać, lecz odsunąwszy ją bezceremonialnie, wtargnął do gabinetu. Dyrektor podskoczył z oburzenia:

– Zakazałem wstępu!

– Nie wrzeszcz, Kajdyr. Masz tutaj wyrok sądowy. Płacisz utracone pobory i zwracasz mi posadę.

– Po moim trupie!

– No to jesteś nieboszczykiem. Czekam w domu na wiadomość od kiedy mam zaczynać. Ale pamiętaj, że za każdy dzień zwłoki bulisz żywą gotówkę. Radziłbym ci nie podważać prawa, by mogło bronić również ciebie, gdy znajdziesz się w opresji. Widziałem kopę takich ważniaków, nadętych jak purchawki – myśleli, że dupy przyrosły im do stołków, a tymczasem na najbliższym zakręcie historia wytrącała ich z orbity. Cześć pracy!

Nie spieszył się do domu. Od śmierci Maleńkiej wiało z wszystkich kątów beznadziejną pustką. Syn, po ukończeniu polonistyki, przez rok uczył w sąsiedniej miejscowości; dojazdy zajmowały wiele czasu, wracał późnym wieczorem. Teraz wystartował wprawdzie w Trzydębach, lecz nadal w domu był gościem, gdyż wlepiono mu drugi przedmiot, wychowanie fizyczne; wciąż organizował jakieś treningi i zawody. Oby się chłopak szybko ożenił – marzył Śliwa – będę wnuki niańczył i starość nabierze sensu…

Obok sierocińca przystanął. Za żywopłotem, na małym placyku, maluchy oblegały huśtawki, a starszaki usiłowały trafić piłką do jednej bramki. Wychowawca, we wzorzystej koszuli z krótkimi rękawami, wydawał się znajomy. Majster podszedł bliżej. Łysina, nochal, krzaczaste brwi – czyżby franciszkanin w cywilu?