Выбрать главу

– Hiacynt!

– Hieronim! – ucieszył się mnich podbiegając żwawo do ogrodzenia. – Wreszcie się ujawniłeś.

– Wylali z zakonu?

– Los nie okazał łaskawości. Zostałem relegowany wskutek nacisku paru fanatyków, oby im Bóg wybaczył. Sterczałem bezradnie na szosie, zastanawiając się dokąd skierować kroki, gdy pewien uprzejmy kierowca przystanął i zaprosił do szoferki. Od niego dowiedziałem się, że z braku funduszów sierociniec mają zlikwidować, dlatego wróciłem do miasteczka. Wyobraź sobie, przejąłem się niepewnym losem tych dzieciaków. Zawsze byłem nieco sentymentalny, widocznie to nieuleczalny choroba. Burmistrz sprywatyzował ruderę, chciał słono sprzedać, lecz nabywcy nie znalazł. Przepraszam, zgłosił się ogrodnik Świderski. Opowiadano mi, że spytał na wstępie, co będzie z sierotami. Maciaruk odparł, że jego wybrano po to, by dbał o demokrację i o kasę miejską, a nie o cudze bachory.

– Jakbym go słyszał!

– Świderski jegomość wybuchowy, naubliżał władzy od najgorszych i z transakcji nici. Wtedy zameldowałem się ja. Dobrze – powiedział – bierz sobie ten majdan, ale na własny koszt, bo z budżetu nie dam grosza. No i wziąłem zastrzegając wszakże, że jeśli ośmieli się wlepić sierocińcowi podatek, to urządzę mu w ratuszu strajk okupacyjny.

– Sam gospodarzysz?

– Wyglądam na Herkulesa? Zatrudniam sprzątaczkę, kucharkę i dwie emerytowane nauczycielki. Zajrzy czasem bezinteresownie pani Róża, leczy zęby, przeziębienia, ranę opatrzy gdy trzeba. Dobrzy ludzie odmalowali pomieszczenia, bywa że podrzucą trochę produktów żywnościowych lub używanej odzieży.

– Coś kręcisz, mnichu. Jakąś forsę musisz mieć. Obrabowałeś swój klasztor?

– Bóg czuwa. Zesłał sponsora.

– Ha, jesteśmy na tropie cudu!

– Żebyś wiedział. Przydarzyła się mi historia tak nieprawdopodobna, że jej dotąd nikomu nie opowiadałem. Otóż pewnego razu Felek Anarchista znalazł na śmietnisku kupon totolotka…

Fakt, znalazł, wypełniony przepisowo i z banderolą. Gdy nazajutrz w ładunku pozostawionym przez śmieciarkę wygrzebał aktualną gazetę, ciekawość kazała mu poszukać komunikatu. Oczom własnym nie wierzył: wszystkie skreślenia były trafne, kupon wygrał główną nagrodę, opiewającą na zawrotną sumę. Przez chwilę rozważał, jak mógłby zmienić tryb życia dzięki strumieniowi gotówki, który przypadek nachalnie kierował do jego kieszeni. Perspektywy jednak nie wydawały mu się zachęcające. Wiedział, że niezależność finansowa szybko się okaże iluzją, a on tymczasem zostanie wplątany w międzyludzkie zależności i utraci rzecz najcenniejszą – absolutną wolność, jaką w swoim mniemaniu cieszył się do tej pory. Bez żalu skierował myśl w inny nurt: kogo by obdarzyć tym wątpliwym szczęściem? Drogą eliminacji doszedł do sierocińca i klamka zapadła.

Przebrał się w strój konspiracyjny – garnitur, białą koszulę, krawat, czarne półbuty wygolone policzki odświeżył wodą kolońską i ruszył do miasta. Dzieciarnia wychodziła właśnie na wycieczkę, dwójkami, jedna nauczycielka z przodu, druga z tyłu kolumny. Naliczył trzydzieścioro. Flegmatycznie odszukał w budynku Hiacynta.

– Kogo widzą oczy moje? – zdziwił się zakonnik – pan Felek bez uniformu bojowego? Co się stało?

– Oczy twoje widzą sponsora przybytku sierocego – odparł z godnością Anarchista.

– Każdy datek będzie przyjęty wdzięcznym sercem.

Felek wręczył kupon totolotka i wyrwany z dziennika komunikat. Ograniczył wymowę do jednego stwierdzenia; zabrzmiało spiżowo jak w ustach Cezara:

– Znalazłem, przybyłem, wręczyłem.

– Bóg zapłać. Tyle pieniędzy! Całoroczny budżet sierocińca. Mam świetną nalewkę na wiśniach. Zechce pan…

– Nie odmówię.

W ciasnym pokoiku usadził gościa na jedynym krześle, a sam przysiadł na żelaznym łóżku, pod obrazem przedstawiającym świętego Franciszka w ogrodzie. Wiśniówka smakowała Felkowi, cmokał z uznaniem.

– Czemu…

– Sam nie wydałem forsy?

– Tak. Mógł pan dom postawić.

– Parterowy i tylko w stanie surowym. A wykończenie?

– Na dobry samochód by starczyło.

– Nie mam garażu ani prawa jazdy. Zresztą lubię piesze spacery.

– Brak mi słów.

– Nie wracajmy do sprawy. Łatwo przyszło, łatwo poszło.

– Podarował pan moim sierotom rok beztroskiego życia.

– No i dobrze.

– Rozliczę się z każdej złotówki. Wypisać pokwitowanie?

– Nie wymagam. W razie remontu lub zakupu sprzętu służę radą. Znajdę wśród znajomych chętnych na tanią fuchę.

– Czym się odwdzięczę?

– Tą nalewką. Wziąłbym mały zapasik.

Felek opuszczał sierociniec zadowolony z siebie. Pod pachą niósł pięciolitrowy baniak z franciszkańskim trunkiem i nuci pieśń o zdradzieckich magnatach i prałatach, gnębiących lud. By przekonany, że to hymn anarchistów. Nikt mu dotąd nie powiedział, iż powtarza słowa bojowników Powstania Listopadowego, którzy wprawdzie o Bakuninie nie słyszeli, lecz potrafili zawiązać stryczek na biskupich gardłach zaprzańców sprawy narodowej.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Ideologiczna słuszność kolorów. Łysa Pała dyrektorką, szkoła bliżej Boga. Odsłonięcie bolszewików i księdza Skorupki. Wiersz Kasprowicza na cenzurowanym.

Gdy Piotr przyszedł rano do szkoły, malarz już siedział na rusztowaniu, w poplamionym farbami kitlu i berecie przekrzywionym na jedno ucho. Pędzel wędrował od słoików z przygotowanymi farbami ku ścianie i z powrotem, a dzieło wyłaniało się z chaosu barw i kształtów.

– Witam Artystę – powiedział – konie wyszły wspaniale, bestie apokaliptyczne ani się umywają do pańskiego zaprzęgu. Woźnica krasnoarmiejską czapę zgubił?

– Włos mu się zjeżył na widok księdza Skorupki, a kudły ma długie, to nakrycie głowy odfrunęło.

– Kulomiot bez obsługi?

– Właśnie obsadzam stanowisko. Zgodnie z sugestią twego ojca, młody człowieku, zajmie je diabeł.

– Czarny?

– Uchowaj Boże! Wprawdzie ludowa tradycja preferuje czerń jako materialną powłokę złego ducha, lecz ten kolor kojarzy się natarczywie z sutanną, jest więc niesłuszny ideologicznie. Sfery kościelne zalecają twórcom, by szatan występował zawsze w czerwieni, co ma wywołać słuszne ideologicznie skojarzenie ż komuną.

– Mnie czerwień przywołuje na myśl szaty kardynalskie.

– Cierpisz na polityczny daltonizm, mylisz purpurę watykańską z robotniczym czerwonym sztandarem. Tego błędu nie popełnia pan burmistrz Maciaruk. Powiadają, że zakazał ogrodnikowi Świderskiemu hodować czerwone tulipany; podobno są znakiem rozpoznawczym dla utajonych komuchów. Czujesz ewangeliczną życzliwość wobec bliźniego, a typek wetknął tulipana w butonierkę i twoja życzliwość okazuje się źle ulokowana. Albo zapraszasz łotra na imieniny, a ów przynosi pani domu cały bukiet trefnych kwiatów. Jak powinna nieszczęsna zachować się wobec oczywistej prowokacji? Wezwać policję, czy szepnąć konspiracyjnie: Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! Ot, dylemat towarzyski.

– Mogę sobie wyobrazić sytuacje jeszcze groźniejsze. Podrywa cię dziewczyna, która poczuła nieodpartą wolę bożą Dajesz się zaciągnąć do łóżka, sięgasz gdzie wzrok nie sięga, a tu majtasy mienią się czerwienią. Katolik – patriota salwował by się zapewne ucieczką, lecz przeciętny rodak? Popełnia czyn nierządny z kuciapką bezbożną, pogrążając się w pułapce antykoncepcyjnej; grzeszy przeciw Stwórcy i senatowi Rzeczypospolitej w ogólności, a posłowi Niesiołowskiemu w szczególności.