Выбрать главу

Podczas przerwy przejrzał zeszyty. Uczniowie pisali o obłudzie, zakłamaniu, dwulicowości, konkretów jednakże brakowało. Poza jednym wyjątkiem – Krystyna Rak dość złośliwie scharakteryzowała działacza Bukowskiego i dyrektora Kajdy-ra, dołożyła też proboszczowi. Pomyślał, że dziewczyna powtarza poglądy ojca; wypracowanie było napisane ze swadą i postawił piątkę. Odszukał autorkę.

– Krysiu, mogłabyś nauczyć się wiersza? Parę zwrotek łatwe.

– Na lekcję?

– Nie. Wyrecytujesz podczas uroczystości szkolnej. Odsłonięcie obrazu i nadanie nowego patrona. Za tydzień.

– W ciemno nic nie obiecuję.

– Racja. Oto wybór poezji Jana Kasprowicza, wiersz zaznaczyłem na stronie 233. Przeczytaj, jutro dasz mi odpowiedź

Nazajutrz Krysia zwróciła książkę.

– Ładne. Już się nauczyłam. Powiedzieć?

– Proszę.

Wyglądała na dwanaście lat – szczuplutka, okulary, warkoczyki, dołki w policzkach -lecz spojrzenie miała dorosłe osoby i recytowała wspaniale.

– Ależ świetna dykcja! – pochwalił.

– Bo tekst mi odpowiada. Będzie rozróba?

– Czemu ma być rozróba?

– Niektórzy wezmą słowa poety do siebie.

– Mam nadzieję! – roześmiał się, a Rakówna zawtórowała sopranikiem. Uroczystość nadania szkole imienia księdza Skorupki otrzymała wspaniałą oprawę.

Przybyli przedstawiciele władz wojewódzkich z biskupem na czele, delegacje partii politycznych i związków zawodowych oraz wszystkie osoby, reprezentujące demokratyczne organa w Trzydębach. Zjawił się poczet sztandarowy kombatantów, witany gorącymi oklaskami. Chorągiew dźwigała z wysiłkiem babcia Pikulak, w jej to bowiem publicznym szalecie mieścił się podczas ponurej nocy stanu wojennego punkt kontaktowy konspiry.

Aplauz towarzyszył również pojawieniu się działacz Bukowskiego. Podtrzymywany przez dwóch współkombatantów kroczył wolno, cierpienie wykrzywiło mu rysy, lecz głowę niósł dumnie, świadom swego znaczenia. W okolicy lewego uda, na ramieniu i między żebrami miał wycięte w odzieży okrągłe otwory, przesłonięte przejrzystą folią, przez które widać było siniaki, uczynione ongiś pałką kaprala. Przed każdym publicznym wystąpieniem odświeżał je fioletową pomadką do warg, aby jego poświęcenie dla sprawy objawiło się w pełnej krasie.

Dzieło Artysty zajmowało całą ścianę holu; okrywały je trzy prześcieradła, obciążone szarfami w barwach papieskich lub narodowych. Biskup, mężczyzna krzepki, o pełnym obliczu, energicznych ruchach, złapał szarfę watykańską w prawicę a polską w lewicę i targnął stanowczo. Spod środkowego prześcieradła wyłonił się diabeł przy kulomiocie, a gromkie „och!" wyrwało się z piersi widzów. Burmistrzowi Maciarukowi przypadło prawe skrzydło; wahał się chwilę nie wiedząc, szarpnąć-li za biało-żółtą najpierw czy raczej za biało-czerwoną? Gdy męska decyzja w nim dojrzała, zebrał obie szarfy w dłoni i na tych-miast wykonał gest oczekiwany. Ukazał się bohaterski ksiądz Skorupka, mierzący krzyżem w bestię na taczance; powitano go szmerem podziwu. Teraz do lewego skrzydła przystąpił Bukowski. Chwiał się lekko i w żaden sposób nie mógł upolować szarfy, uciekała jak żywa. Podskoczyli adiutanci świadomi, iż męczennik podziemia zwykł rankiem łykać cośkolwiek dla kurażu, wskutek czego refleks miał przytępiony. Wcisnęli mu wstęgi do garści i oczom zebranych mogło się ukazać pole bitwy w pełnej grozie.

Zaraz też ksiądz Pyrko chciał ruszyć z kropidłem, lecz Artysta przytrzymał go za sutannę. Rozpromieniony jak dziewica; po akcie inicjacji, bo honorarium już otrzymał godziwe i bez podatku, szepnął kapłanowi do ucha:

– Diabełka oszczędź, proboszczuniu. Nie cierpi wody Święconej. Gotów z przerażenia czmychnąć do piekieł i pozostanie biała plama na ojczystych dziejach…

Żachnął się ksiądz Pyrko na taką poufałość, świadom wszakże przykrego doświadczenia z sikawką, działał ostrożnie: Święcił raczej marginesy. Chór kościelny odśpiewał Gaude Mater Poloniae, po czym zebrani przeszli do auli, udekorowanej herbem papieskim i orłem koronowanym, by wysłuchać okolicznościowych przemówień.

– Ojczyzna nasza wróciła na Kościoła łono – zaczął jego ekscelencja ksiądz biskup – i ściele się jako ugór nie plewiony u stóp Matki Bożej. Przed nami dzieło zaiste tytaniczne! Musimy wspólnymi siłami, duchowieństwa i pedagogów, wykarczować chwasty ateizmu marksistowskiego, owej doktryny szatańskiej, narzuconej katolickiemu narodowi. Szkoła w Trzydębach, obierając dziś za patrona sługę Pańskiego, Skorupkę, otrzymuje godny wzór do naśladowania, wzór obywatela i duchowego przewodnika. Zasługa to tutejszego pasterza, księdza Pyrko, którego niniejszym podnosimy do godności kanonika, oraz bogobojnej pani dyrektor Czos-Pałubickiej, której w imieniu wojewody mam zaszczyt przekazać okolicznościową premię.

Wręczył kopertę Łysej Pale, ta zaś z właściwym respektem ucałowała dłoń hierarchy i wróciła na miejsce rozradowana. Chór zaintonował Te Deum laudamus, a następnie na mównicę wstąpił kanonik Pyrko.

– Jakże nie wspomnieć okrutnego czasu, gdy tutejsza społeczność pod wodzą nieodżałowanej pamięci księdza Maciąga rzuciła wyzwanie bezbożnej władzy, zawieszając krzyże w klasach? Dziś walka naówczas zapoczątkowana święci triumf! Ojczyzna nasza wyzwolona wzlatuje ku tronowi Najwyższego, a kapłani mogą pełnym głosem wieścić dobrą nowinę…

W tym duchu rozwodził się pół godziny, obdarzając ojczyznę różnymi a zawsze wzniosłymi przymiotnikami. Zakończył litanią nazwisk zasłużonych bojowników o wiarę i wolność, z Maciarukiern, Kajdyrem, Bukowskim i babcią Pikulak na czele. Burmistrz poczuł się zobligowany do odczytania z kartki manifestu.

– Niech mi będzie wolno złożyć na ręce czcigodnego księdza biskupa uroczyste ślubowanie. My, demokratyczna władza demokratycznej ojczyzny, demokratycznie powołana i rządząca w interesie demokracji, świadomi naszych rzymsko-katolickich patriotycznych korzeni, przyrzekamy walczyć do ostatniego tchu z przeżytkami komunizmu i jego podstępnymi orędownikami. Oddając ojczyznę w niewolę Najświętszej Pannie Marii, a rząd dusz powierzając episkopatowi, wypełniać będziemy niezłomnie nauki Kościoła ku większej chwale Pana naszego i umocnieniu ojczyzny…

Dalej była mowa o zagrożeniach, wrogach i walce z siłami zła, zaostrzającej się w miarę postępu demokracji. Piotr Śliwa z trudem utrzymywał powagę słysząc, jak Maciaruk cytuje na przemian myśli Jana Pawła II i Josipa Wisarionowiczaj chwali kapitalizm lecz pomstuje na bezrobocie, gromi socjalizm ale chce chronić ubożejące społeczeństwo. Mętlik pojęciowy legł u podstaw poglądów rodzącej się elity. Nowomowę partyjną zastąpiła wprawdzie kościelna, lecz konstrukcja wywodów pozostała bez zmian.