Выбрать главу

Odważył się brygadzista Benjamin. Wołano go Ben, był rudowłosym drągalem, który o klerze i dogmatach wiary wyrażał się bez należytego szacunku. Przyczyny uprzedzeń należało by szukać w jego życiorysie. Otóż zawarł ślub kościelny z niejaką Pelagią, nadobną siostrą ogrodnika Świderskiego, która – jak się poniewczasie okazało – zwykła obdarzać swymi wdziękami nie tylko męża. Wpadłszy na trop wiarołomności, wystąpił o rozwód, którego też w obliczu niepodważalnych faktów sąd mu udzielił. Wówczas chytre dziewczę oświadczyło, że ma gdzieś decyzję władzy świeckiej, co Bóg związał tego człowiek nie może rozwiązać. I odmówiła opuszczenia wygodnego mieszkania. Co więcej, zaczęła sobie gachów sprowadzać pod wspólny dach i życie brygadzisty zamieniła w piekło.

Usłyszawszy rozmowę majstra z biuralistą, ich plan zatrącający o świętokradztwo, zatarł Ben łapska wielkie jak łopaty, i oświadczył, że przyłącza się natychmiast i bez zastrzeżeń. Podjął się też wymalowania stosownego transparentu, miał bowiem w domu zbędne prześcieradło i czerwoną farbę.

Nazajutrz ruszyli do kościoła. Budowla mogła imponować: wieża przypominała rakietę na rampie startowej, a kryty blachą miedzianą dach wyglądał jak skorupa małża w krainie liliputów. Zakrystia mieściła się w przybudówce z osobnym wejściem; wkroczyli do środka z godnością lecz stanowczo. Ksiądz Kurowski, siwy staruszek, oderwał się od lektury „Tygodnika Powszechnego".

– Mamy przykrą wiadomość dla księdza. Rozpoczynamy strajk. Tutaj, w zakrystii -powiedział Rak.

Popatrzył na nich uważnie wyblakłymi źrenicami. Rudzielec rozwinął płótno, gdzie czerwone litery głosiły: Protestujemy przeciwko okupacji szkoły! Poniżej, nieco drobniejszym pismem: Strajk głodowy.

– Ach, o to chodzi? Wiedziałem, że będą kłopoty. Niestety, odkąd przybył tu ksiądz doktor Maciąg, on rządzi parafią. Ja przechodzę na zasłużoną emeryturę.

Śliwa przystawił sobie krzesło, wlazł na nie, młotkiem dobytym z kieszeni wbił w boazerię gwóźdź. Zawiesił także portret Lenina w jasnej ramce. Krzesło odstawił na miejsce.

– Chyba ksiądz nie ma nic przeciw Leninowi? – zapytał. Człowiek był uczciwy, prowadził się moralnie. Nawet ślub ze swoją Nadieżdą brał w cerkwi.

Staruszek zignorował pytanie. Złożył starannie tygodnik, okulary schował do futerału.

– Panowie, jak widzę, stosują w praktyce słowa Mickiewicza: Niech gwałt się gwałtem odciska. Jak długo? Mam na myśli strajk.

– Aż ten hunwejbin Pyrko zostanie odwołany ze szkoły.

– Kto go posłał, ten może odwołać.

– Możemy liczyć na zawiadomienie proboszcza?

– Oczywiście. Jest moim obowiązkiem…

Do księdza my pretensji nie mamy. Parafianie księdza szanują. Partyjni też. Są tutaj jakieś cenne przedmioty?

– Nie ma. Od zeszłorocznego włamania trzyma się wszystko w sejfie na plebani.

– W porządku. Te drzwi prowadzą do prezbiterium? Tak.

– Proszę zamknąć je na klucz, żeby nie było gadania iż znieważamy dom boży. Ksiądz Kurowski przekręcił zamek i podreptał do wyjścia. Z dłonią na klamce odwrócił się.

– Z tą awanturą w szkole nie mam nic wspólnego, |i – Wierzymy – pokiwał głową Rak. Gdy zostali sami, milczący dotąd Ben zauważył:

– Co za historia! Wydawało się, że wymyśliliśmy coś oryginalnego, a tu słyszysz, że w zeszłym wieku poeta już wszystko zdążył opisać.

Wyszli na zewnątrz. Rak wspiął się na barki majstra i sznurkiem umocował transparent do ceglanego ornamentu. Potem zabarykadowali na wszelki wypadek drzwi. Śliwa poczuł się zmęczony, legł na skrzyni, gdzie trzymano szaty kapłańskie, a koledzy zaczęli rżnąć w oczko.

Noc minęła spokojnie, za to rankiem zrobiło się wokół gwarno. Na plac zjechały auta ekip telewizyjnych, zaroiło się od reporterów, na chodnikach gromadzili się gapie. Bez przerwy ktoś się dobijał wykrzykując to po niemiecku, to po francusku, to po angielsku. Posilili się bez pośpiechu przyniesionymi z domu wiktuałami, mszalnym winem popili, którego butelkę Ben znalazł w kącie.

– Teraz możemy gadać – zadecydował Śliwa – Adam popisze się angielszczyzną. Tylko zrób głodową minę!

Otwarli na oścież drzwi i wraz błysnęły dziesiątki fleszów, zaszumiały kamery, mikrofony wepchały się do środka. Rak nie nadążał odpowiadać na pytania.

– Jesteście komunistami?

– Należymy do PZPR.

– Który komitet was przysłał?… – Żaden. To nasza inicjatywa.

– Czego żądacie?

– Wolności przekonań. Nie chcemy ulegać szantażowi kleru.

– Co sądzicie o strajku w szkole?

– Ordynarna prowokacja. Ksiądz Pyrko próbuje z Polski zrobić drugi Iran, rządzony przez katolickich ajatollachów.

– Nie obawiacie się, że wasz krok może spowodować zamieszki?

– Nie. Wierzymy w rozsądek rodaków.

– Jak długo zamierzacie okupować zakrystię?

– Do skutku.

Wieści, groteskowo wyolbrzymione, zniekształcone, poleciały w świat. Wieczorem na księżowskim odbiorniku złapali rozgłośnię Wolna Europa; dawała właśnie przegląd doniesień agencyjnych. Komuniści okupują kościół w Trzydębach. Nowa prowokacja służby bezpieczeństwa. Reżim zdecydował się na konfrontację. Nagłe zaostrzenie stosunków między państwem a Kościołem. Ostatnie wydarzenia świadczą, że w partii zaostrza się walka między liberałami i dogmatykami. Masowe protesty napływają z całego kraju. Lech Wałęsa potępił naruszenie eksterytorialności Kościoła. Spodziewane jest specjalne oświadczenie rzecznika Episkopatu. I tak dalej, przez całą godzinę.

Rudzielec nastawił muzykę: Warszawa oferowała melodie łatwe i przyjemne w stylu retro – tango milonga, tango mych marzeń i snów. Przez otwarte okno napływało wiosenne powietrze, przesycone zapachami kwiatów. Gdzieś na drzewie gruchały gołębie. Idylla. Rak przeanalizował wpływ wydarzeń na swoje życie rodzinne i westchnął:

– Ale narozrabialiśmy! Stara łeb mi zmyje, ona biega na plebanię po paczki z darów kościelnych. Teraz skreślają z listy.

– Koledzy, pierwsze zwycięstwo w tej potyczce już odnieśliśmy – powiedział brygadzista – zgarnęło się Pyrce wiatr z żagli. Gdyby nie my, jemu by zrobili klakę. Już słyszę te szczekaczki…

Kroczył od ściany do ściany, wymachując potężnymi łapskami, kiwał rudą czupryną i stroił miny, przedrzeźniając wolno-europejskiego spikera:

– Batalia z bezbożnym reżimem trwa. Młodzież Trzydębów pod przewodem swego bohaterskiego katechety, księdza Pyrko, żąda Boga w szkole. Komunistyczny rząd bezradny wobec niezłomnej woli społeczeństwa. Czy bezpieka stłumi siłą bunt uczniów? Chwieje się główny filar narzuconej Polsce władzy – świecka szkoła. Masowe wyrazy poparcia napływają z całego kraju. Lech Wałęsa przesłał depeszę gratulacyjną na ręce księdza Pyrki. Dziś oczy świata zwrócone są na niepozorny budynek szkolny w prowincjonalnym miasteczku, który urasta do rangi symbolu walki z tyranią. Drogie polskie dzieci, jesteśmy z wami!

– Zgadza się – powiedział Śliwa – tak by wyglądało wróżenie z fusów przez demokratyczne środki przekazu, które jak wiadomo mówią prawdę i tylko prawdę.

Przesiedzieli w zakrystii jeszcze trzecią dobę. Pod osłoną nocy podkradł się do okna Piotruś; przez lufcik podał chleb, pieczonego kurczaka, parę butelek piwa, by w dobrej kondycji doczekali ranka. O wschodzie słońca zjawił się starowina.

– Chciałem panów zawiadomić, że dzisiaj lekcje będą wznowione. Młody pomocnik księdza Maciąga został w trybie nagłym urlopowany.