– Proszę, kontynuuj – powiedział ze złośliwą satysfakcją. Wrzasnęła przeraźliwie, zanosiło się na atak histerii.
– Bądź cicho, skarbie, bo cię pożre. Wygląda na zgłodniałego. Omdlała osunęła się na fotel. Tymczasem zwabione krzykiem przyleciały z sąsiedniego pokoju dzieci.
– Jaki śliczny kotek! – zawołała córeczka i dalej głaskać bydlę po łbie, a trzyletni Kazik uczepił się ogona i usiłował wleźć na tapczan.
– Znikaj! – rozkazał ojciec.
Po chwili tylko wymięte poduszki świadczyły o obecności Kubusia. Przyniósł szklankę wody. Chlusnął żonie w twarz. Pogroził palcem, zaglądając w oczy, gdzie kotłowała się panika.
– Jeśli jeszcze raz otworzysz swoją niewyparzoną japę, umywam ręce. On schrupie cię w trymiga. Więcej szacunku dla ślubnego, babo.
W tym czasie mieszkanie zaczęło bezlitośnie obnażać wszelkie usterki budowlane. Paczył się parkiet, przeciekały rury, wiatr dął nie dopasowanymi oknami. Po bloku krążyła ekipa remontowa, która za słoną opłatą naprawiała własną fuszerkę. Również do Raków wkroczyli trzej bezczelni faceci w kombinezonach. Adam wskazał co i jak, po czym nieśmiało zapytał o cenę usługi.
– Bierzemy po dwa tysiące. Jak za darmo, szefuniu.
– Dobrze.
Uwinęli się w jedno popołudnie, animuszu dodawało im Piwo, które w charakterze premii musiał przynieść ze sklepu. Obmywszy się nieco, wyciągnęli prawice po swoją dolę.
– Panom należy się sześć kawałków – oświadczył Adam – a straty własne, poniesione wskutek waszego partactwa, oceniłem na piętnaście tysięcy. Z prostego rachunku wynika, że płacicie mi dziewięć tysięcy, po trzy od łebka.
– My?!
– Oczywiście. I posłuchajcie, drobni szachraje. Naprawicie bezpłatnie, podkreślam -bezpłatnie, wszystkie usterki w tym bloku, bo jeśli nie… Kubuś!
Tygrys odciął cwaniakom drogę do drzwi. Parsknął gniewnie, obnażając kły. Ogonem bił o podłogę.
– Kubuś, zbierz należność.
Chwytał zębami banknoty z rozdygotanych palców fachowców, którzy stłoczyli się w kącie, półprzytomni ze strachu, pobladli. Rak przeliczył pieniądze i wskazał drzwi:
– Won!
Poklepał tygrysa po karku i roześmiał się:
– Dobry Kubuś! Aleśmy ich rozumu nauczyli, co?
Przyszła kolej na złodziei, którzy odwiedzali każdy nowo zasiedlony dom, zanim mieszkańcy zdołali się poznać i zorganizować samoobronę. Panowała dokuczliwa grypa i Rak przed południem został sam w mieszkaniu. Łykał pigułki, co godzina płukał gardło, a nudę zabijał czytając Kubusia Fatalistę. Od pewnego czasu była to jego ulubiona lektura, ponieważ widział uderzające podobieństwo swego pechowego losu i perypetii bohatera książki. Na dzwonek u drzwi nie zareagował, zagłębiony w opis pewnej sceny miłosnej. Dopiero gdy usłyszał odgłos wytrycha w zamku, uniósł się w łóżku, obserwując z zaciekawieniem bieg wydarzeń. W przedpokoju rozległy się ciężkie kroki. Po chwili miał przed sobą ponure indywiduum o zarośniętej gębie, z workiem w jednej łapie a nożem w drugiej:
– Witam – powiedział – przyszedłeś rabować? Co najmniej pięć lat ciężkiego więzienia za napad z bronią w ręku.
– Gdzie forsa? Gdzie trzymasz dolary?
– A złoto cię, obwiesiu, nie interesuje?
– Może być złoto. Oddasz dobrowolnie, czy mam pomęczyć?
– Wolisz krugerandy czy raczej sztabki?
– Wszystko.
– To sobie weź. Z banku, przy alei Wolności numer 18.
– Gardło poderżnę! – ryknął drab rzucając się w stronę łóżka.
– Kubuś!
Tygrys złapał rękę uzbrojoną w nóż; trzasnęły kości. Uderzeniem łapy powalił opryszka na wznak i przysiadł na nim. Złodziej charczał, Kubuś oblizywał się łakomie, a Adam, powstawszy z łoża boleści, przyglądał się scenie z satysfakcją.
– Wolisz siedzieć czy być zakąską dla mojego zwierzaka? Wybieraj. Odpowiedział mu nieartykułowany bulgot; od włamywacza biła fala smrodu.
– Wynieś go, Kubuś, na śmietnik.
Tygrys pochwycił napastnika wpół i ruszył ku drzwiom, roztrącając sprzęty. Ładunek nie mieścił się w futrynie; najpierw próbował przepchać go na siłę, waląc nogami i głową o ścianę, potem jęczącego z bólu chytrze przesunął bokiem i wydostał się na klatkę schodową. Adam otworzył okno.
Wkrótce ujrzał zwierzę wlokące draba przez podwórko. W piaskownicy bawiły się dzieci, lecz zdawały się nie dostrzegać Kubusia. Natomiast ujrzał go milicjant; odskoczył przestraszony parę metrów i zaczął mocować się z kaburą.
– Znikaj! – krzyknął Rak.
Tygrys nic, dalej taszczy złodzieja w stronę śmietnika. Milicjant już wyciąga pistolet.
– Znikaj, do cholery!
Tygrys rzuca wierzgający tłumok między kubły i już go nie ma. Teraz oprych na czworakach pielgrzymuje do stóp władzy i skamle:
– Zamknijcie mnie, ja obrabiałem mieszkania, zamknijcie mnie natychmiast! Litości, bo ten diabeł zagryzie…
Adam zdenerwował się. Ochłonąwszy nieco, zaczął rozmyślać. Fakt pierwszy: Kubuś nie może zniknąć gdy ma kontakt z materialnym przedmiotem. Fakt drugi: jedni tygrysa widzą, inni nie. Dlaczego? Czym wytłumaczyć ten fenomen? Jaki z dzisiejszych obserwacji powinien wyciągnąć praktyczny wniosek? Niestety, znalezienie odpowiedzi przekraczało możliwości jego umysłu. Zamknął okno. Zegar wybił godzinę, więc trzeba połknąć dawkę antygrypiny, popić herbatą i do łóżka.
Pogłoski o grasowaniu tygrysa w tutejszej dzielnicy rozeszły się szybko. Trwało śledztwo, milicja poszukiwała naocznych świadków, tajniacy krążyli od domu do domu, wypytując mieszkańców. Bezskutecznie, Poza relacją złodzieja i posterunkowego, który go ujął, dysponowano jedynie mało precyzyjnym anonimem:
Rak Adam trzyma w domu tygrysa i szantażuje bestią uczciwych rzemieślników, co stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia oraz spokojnej pracy ku chwale ojczyzny.
Dzielnicowy, kapral Jóźwiak, wybrał się do domniemanego gniazda zwierza. Był człowiekiem odważnym, lecz na wszelki wypadek na schodach odbezpieczył pistolet. Zadzwonił. Adam, w piżamie, uchylił drzwi, a widząc mundur speszył się jakby.
– Do mnie?
– Służbowo, panie Rak.
– Proszę wejść.
– Mogę dokonać oględzin mieszkania?
– Oczywiście. Spekulacją się nie zajmuję, handlem walutami też nie.
Kapral, zachowując konieczne środki ostrożności, z bronią na podorędziu, zajrzał do wszystkich pomieszczeń. Nieco dokładniej zlustrował zwłaszcza wannę.
– Zwierząt domowych nie hodujecie?
– Jak widać, nie.
– A dzikich?
– To znaczy?
– Na przykład małpy. Albo krokodyla. Albo tygrysa.
– Ani mi to w głowie, panie władzo. Żona by nie pozwoliła. Zresztą czym miałbym je karmić? Małpiszon wtrząchnie podczas jednego posiedzenia kilo bananów, których z braku dewiz kraj nie importuje.
– Hm. Wpłynął anonim na pana, panie Rak. Proszę przeczytać. Adam rzucił okiem i uśmiechnął się.
– Nie domyśla się pan kto to mógł napisać?
– Domyślam się? Ja wiem na pewno, panie dzielnicowy. Kiedyś zawitali w me skromne progi trzej cwaniacy. Miałem im zapłacić poważną kwotę za usunięcie usterek budowlanych Oburzyła mnie podobna bezczelność. Lokator ma bulić za usługę, którą ich psim obowiązkiem jest wykonać za darmo, sami przecież robotę sknocili. Mam rację?
– Oczywiście, panie Rak.
– Zwymyślałem łobuzów i wyrzuciłem za drzwi.
– To by tłumaczyło anonim. Są jednak jeszcze dwaj świadkowie na okoliczność tygrysa.