Szczególne powodzenie zdobyła piosenka o nauczycielu Pokornym. Zaczynała się zwrotką:
Razu jednego młodzian Ateusz,
Co wzrok miał śmiały, serce bez lęku -
Wlazł na ambonę
Wlazł na ambonę
Wlazł na ambonę
Aby przygadać pewnemu księdzu.
Strof było dwadzieścia; opisywały drobiazgowo fakt, który tak niedawno wstrząsnął mieszkańcami. Finał brzmiał:
Śpi już Ateusz w grobu ciemnicy
A wichry sławę niosą po świecie -
Szumią mu dęby
Szumią mu dęby
Szumią mu dęby
Ślady zginęły po księżym biesie.
Tak się złożyło, że willa zbudowana przez rodziców, którą później odziedziczył rudowłosy Ben, znajdowała się opodal plebani. Zapiewajło nagrywał swoje utwory na taśmę i puszczał na cały regulator, ilekroć zauważył proboszcza wracającego z kościoła albo podążającego na ranną mszę. Wspomniane domostwo było jednym z kilkunastu, wzniesionych ostatnio po obu stronach projektowanej ulicy. Należało dać jej nazwę. Dyskusja podczas posiedzenia Rady Miejskiej miała przebieg burzliwy, większość radnych głosowała jednak za uczczeniem tragicznie zmarłego nauczyciela.
Stało się tedy, że ksiądz Maciąg, by pełnić służbę bożą, musiał kilkakrotnie w ciągu dnia przekraczać ulicę Ateusza Pokornego, przy akompaniamencie ballady o tymże osobniku, na wspomnienie którego wstrząsał nim dreszcz odrazy.
Pewien przyjaciel nauczyciela a znajomy Raka, z wykształcenia elektronik, prowadził zakład naprawy telewizorów. Nie interesował się ani religią, ani polityką, dlatego śmierć druha, jej okoliczności, wydawały mu się absurdalne. Postanowił na swój sposób uczcić zmarłego. Przy pomocy biuralisty w koronie dębu umieścił skrzynkę obitą blachą, zawierającą akumulator, skąd ciągnął się przewód do lampy rtęciowej. Instalację uzupełniał mały odbiornik, który na sygnał radiowy włączał prąd. Urządzenie funkcjonowało znakomicie, a ukryte w gęstym listowiu z ziemi było niewidoczne.
Pewnego piątku, dnia targowego, do gabinetu dentystycznego Róży zwaliło się tylu pacjentów, że borowała, plombowała i rwała zęby do późna. Dopiero o zmroku mogła zanieść obowiązkowa wiązankę na grób. Zbliżała się już do wzgórza, gdy oto nad dębami zajaśniała zorza promienista.
Róża padła na kolana dłonie wznosząc ku niebiosom i trwała tak w trwożnym zdumieniu. Wiatr poruszał konarami, cienie migotały i chwilami wydawało jej się, że widzi postać Ateusza. Nie ulegało wątpliwości, sądzone jej było ujrzeć cud, ujrzeć na własne oczy, akurat w miejscu, które otaczała czcią. Zaczęła się modlić.
– Boże litościwy, oto dajesz mi znak, że duszy nieszczęśnika winniśmy hołd, że krew niewinnie przelana zawiodła go między anioły. Dzięki ci, Panie, który mnie wybrałeś, abym dała świadectwo prawdzie…
Nazajutrz całe miasteczko wiedziało, że przy mogile nauczyciela dzieją się dziwne rzeczy. Róża dwoiła się i troiła, dając świadectwo prawdzie każdemu, kto chciał słuchać. Wykazała sporo inicjatywy. Starym dewotkom mówiła, że jeśli nie będą błagały Ateusza o przebaczenie, same zostaną ukamienowane. Członkom kościelnej straży porządkowej wspominała jakby mimochodem, iż nazwiska oprawców, co ofiarę wlekli na miejsce kaźni, pojawiają się na niebie wypisane ognistymi literami. Nie kryła, że gdy sprzyjają warunki atmosferyczne, słychać chóry potępieńców, przyzywających do piekielnego kręgu proboszcza Maciąga. Nic dziwnego, że wieczorem wokół wzgórza zgromadził się tłum ciekawy zjawisk nieziemskich.
Nadciągała burza. Nieboskłonem pędziły zwały czarnych chmur, smagane porywistym wiatrem. Zapadł zmrok nieprzenikniony. I nagle – łuna otuliła korony dębów, rozkołysane, szumiące. Tłum jęknął z wrażenia. Dentystka, odziana w białą powłóczystą suknię, z wiankiem we włosach, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, ruszyła zboczem w stronę grobu. W świetle błyskawic wydawała się sunąć bez dotykania ziemi. Gromy biły coraz bliżej.
– Zanieście modły do świętego Ateusza – wołała w natchnieniu Róża – błagajcie o przebaczenie, bowiem nikt z nas nie jest bez winy!
Ten i ów padł na kolana, urzeczony groźnym pięknem scenerii. Niestety – lunęła ulewa, światło zgasło i gapie rozbiegli się do domów.
W niedzielę wieczorem zjeżdżać zaczęli furmankami i samochodami mieszkańcy sąsiednich wiosek, a nawet odleglejszych osiedli. Z ciężarówki, przysłanej przez Zajazd Pod Mieczem, sprzedawano parówki, bułki i pepsi. Zespół „Bolko" na zaimprowizowanej estradzie prezentował swój repertuar. Jakiś cwaniak oferował lusterka ze zdjęciem nauczyciela na odwrocie. Pojawił się nawet milicyjny gazik. Dentystka, która stała się już centralną postacią, pośredniczką niejako między światem żywych a mocami nieziemskimi -leżała krzyżem przed grobem Ateusza. Przyglądano się jej z szacunkiem.
Zmierzchało, gdy zjawił się ksiądz Maciąg. Włos zmierzwiony, sutanna brudna bo potykał się o krzaki i korzenie, strome zbocze okazało się dlań Golgotą. Rozepchnął tłum, wołając rozpaczliwie:
– Ludzie, czyście poszaleli? Ludzie, rozejdźcie się? W tym przeklętym miejscu nie może być żadnego cudu! Ręczę wam. Przysięgam. Ludzie!
Nikt wszakże nie zwracał nań uwagi. Złamany tak zdumiewającą obojętnością wobec duchownego, ruszył z powrotem, gadając do siebie bez ładu i składu. Doszedłszy ku pierwszym domom odwrócił się – i zmartwiał. Nad mogiłą nauczyciela unosiła się świetlista poświata…
Skoro świt, w gabinecie burmistrza odbyła się narada z udziałem sekretarza partii, Góralskiego, komendanta posterunku milicji oraz Raka i Śliwy, wyciągniętych z łóżek przez posłańca.
– Panie Hieronimie – zagaił Żoras – pan wysmażył ten kawał?
– Czemu ja? – zdziwił się Śliwa. – Zostałem mianowany lokalnym specjalistą od cudów?
– Pomysł był elektronika – przyznał Rak. – Pomagałem mu, owszem, nie przeczę.
– Dlaczego?
– Chcieliśmy Atkowi urządzić iluminację. Prąd na wzgórze nie dochodzi, posłużyliśmy się akumulatorem. Nie mógł stać na ziemi, bo by ukradli.
Opowiedział jak działa urządzenie i z jakim trudem zmontowali je na wysokości.
– Towarzysze – na to sekretarz Góralski, szarpiąc szpic-bródkę – sytuacja jest groźna. Bardzo groźna. Jeśli ktoś się domyśli, będzie na komunę. Że sfingowała cud.
– Czemu mielibyśmy to robić? – zdziwił się burmistrz.
– Cholera wie, co ludziom do łba strzeli. Żeby zareklamować swego człowieka albo żeby ośmieszyć księdza. Nie takie rzeczy już nam wmawiano.
– Zawsze twierdziłem – wtrącił Sierżant – że ciemnota lęgnie się pod kościołem. Tylko patrzeć, jak zwali się nam na kark telewizja, oni łowią sensacje. Najpierw okupacja zakrystii, potem lincz, teraz cud. Wykpią miasto.
– Tylko tego nam brakowało – zdenerwował się Żoras – będziemy pośmiewiskiem całej Polski. A w województwie znów się wściekną.
– W porządku, panowie – podsumował Rak – doceniam dwuznaczność sytuacji. Namówię elektronika, żeby nie zapalał. Kiedy afera ucichnie rzecz zostanie ukradkiem zdemontowana. Słowo harcerskie.
– Uf, widzę światło w tunelu – odetchnął z ulgą sekretarz. – Póki co, buzie na kłódkę. Ani słowa, nawet żonie, zgoda?
– Zwłaszcza żonie – dodał burmistrz.
– Toście strachu księżulkowi napędzili – roześmiał się Sierżant – myślałem, że pęknie ze złości, gdy dowiedział się o świętym Ateuszu…
Tym sposobem owego ranka, za sprawą pragmatycznych czterdziestolatków, cud został zdławiony w zarodku. Szybko o nim zapomniano, bo Żoras pościągał zewsząd rury. Trzydęby fundowały sobie wodociągi i kanalizację, kto żyw musiał rowy kopać w czynie społecznym, jeśli chciał mieć dostęp do dobrodziejstw cywilizacji miejskiej. A chcieli wszyscy, katolicy i bezbożnicy, partyjni i aktywiści „Solidarności".