Выбрать главу

– Trzymaj mnie mocno, kochanie – poprosił Julian, wyczuwając, że przebiegający przez nią prąd przybiera na sile. – Trzymaj mnie mocno i niech się dzieje, co chce!

Emelina poddała się ekstazie, nie zdając sobie sprawy, że jej paznokcie pozostawiają czerwone ślady na jego ramionach. Gdy wyprężyła się pod jego ciałem, Julian podniósł głowę i patrzył na emocje odbijające się na jej twarzy. Nie był już w stanie kontrolować się ani chwili dłużej.

Patrzył na nią nadal, gdy w jego ramionach wracała do przytomności. Odsunął z jej twarzy kosmyk włosów. Otworzyła oczy i napotkała jego wzrok.

– Tu jest twoje miejsce, Emmy. Tu, w moich ramionach. Nigdy więcej nie próbuj ode mnie uciekać. I tak pobiegnę za tobą.

– Naprawdę, Julianie?

Julian westchnął. Jak by zareagowała, gdyby jej powiedział, czego postanowił żądać jako zapłaty za jej zobowiązanie? Czy próbowałaby się kłócić i targować, zanim by się zgodziła? Czy też próbowałaby uciec, wolałaby ucieczkę niż wyrok, który miał zamiar na nią nałożyć?

Nie, pomyślał z głębokim zadowoleniem. Nie ucieknie. Może będzie wściekła, sytuacja, w której się znajdzie, może ją oburzyć, ale jego Emmy spłaci swój dług.

Miał to jak w banku.

– Wyglądasz, jakbyś był bardzo z siebie zadowolony – zauważyła Emelina, unosząc głowę leżącą w zgięciu jego ramienia.

– Bo jestem – odrzekł szczerze, pochylając się i całując ją w czubek nosa. – I to w dodatku dzięki tobie.

– Naprawdę?

– Mhm. Lubię, gdy udaje mi się wyłożyć mój punkt widzenia w tak satysfakcjonujący sposób – uśmiechnął się leniwie.

– Często to robisz? – zapytała lekko.

Uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony uważnym spojrzeniem.

– A jak myślisz?

Z jakiegoś powodu Emelina potraktowała to pytanie bardzo poważnie.

– Myślę, że nie – odrzekła powoli. – Nie wydaje mi się, byś używał seksu do kontrolowania kobiety. Nie w ostatecznym rozrachunku.

Spojrzał na nią z zainteresowaniem.

– Dlaczego nie?

– Bo to nie jest broń, na której można polegać, a ty masz dosyć inteligencji, by to rozumieć. Wiesz, że lojalności i zaangażowania, których oczekujesz od kobiety, nie można kupić za seks.

– Masz dzisiaj bardzo filozoficzny nastrój – stwierdził. – Ale to prawda. – Wydawał się nieco rozczarowany, że nie może użyć tej akurat broni.

– A wolałbyś, żebym obiecała robić, co zechcesz, tylko dlatego, że jesteś dobry w łóżku? – zapytała zaczepnie.

– Wtedy wszystko byłoby prostsze.

– Ale ja okazałabym się dosyć płytką istotą, zdaną na łaskę i niełaskę własnych namiętności – zauważyła chłodno.

– Zamiast tego jesteś zdana na łaskę i niełaskę własnego poczucia honoru, prawda? – odparował.

– Co to ma znaczyć? Leniwie przesunął dłonią po jej ciele.

– Któregoś dnia ci to wyjaśnię. Wkrótce. Śpij już, Emmy. Rano porozmawiamy o tym, co trzeba zrobić dalej.

Emelina ziewnęła szeroko i naraz poczuła się bardzo zmęczona.

– O Leightonie i jego gangu? -I o twoim bracie. Ma prawo wiedzieć, co się tu zdarzyło. Dalsze działanie będzie zależało od niego.

– Masz jakiś plan? – zapytała sennie.

– Powiem ci o tym rano. – Przytulił ją do siebie i nakazał zasnąć. Ale jeszcze długo po tym, gdy ona już ucichła w jego ramionach, Julian leżał bezsennie w mroku i rozważał jej słowa. Emelina miała rację. Wiedział, że nie może jej kontrolować za pomocą seksu. Nic by mu z tego nie przyszło. Czy podejrzewała, w jaki sposób zamierzał uzyskać nad nią kontrolę? Prawdopodobnie nie. Patrzył na cienie na suficie i oceniał ryzyko, jakie chciał podjąć.

Pierwsze słowa, jakie Julian wypowiedział następnego ranka, zaskoczyły Emelinę. Stał pod prysznicem, a ona właśnie podawała mu kubek z kawą, gdy odezwał się:

– Dziś po południu pojedziemy do Seattle. Przedtem posłuchamy tych taśm.

– Do Seattle! Dzisiaj?

– Emmy, mówię to z wielką przykrością, ale twoja kawa wcale się nie poprawia. Wydaje mi się, że za mało się starasz.

– Powiedz mi, po co jedziemy do Seattle.

– Chcę porozmawiać z twoim bratem.

– Dlaczego, Julianie? – Jej głos zabrzmiał poważnie.

– Mówiłem ci wczoraj wieczorem. Ma prawo do tego, żebyśmy z nim uzgodnili, co robić dalej. Jest kilka możliwości.

– Nie wydaje mi się, Julianie.

– Emmy, dobrze wiesz, że nie masz prawa podejmować za niego takiej decyzji -powiedział łagodnie.

– Wiem. Zgadzam się, że to zależy od Keitha. To on jest ofiarą tego szantażu. Ale chyba nie chcę, żebyś z nim rozmawiał o tej sytuacji lub dawał mu jakieś rady.

– Przygryzasz dolną wargę, co znaczy, że bardzo się czymś denerwujesz. Myślę, że zaczynam rozumieć, o co ci chodzi. – Jego głos brzmiał teraz ostrzej.

– Obawiasz się, że będę próbował włączyć Keitha w nasz układ, tak?

– A nie będziesz?

– Dałem ci słowo, Emelino. Oczekuję zapłaty wyłącznie od ciebie.

– Ale jeśli porozmawiasz z Keithem i on zgodzi się przyjąć twoją pomoc w zakończeniu tej sprawy – powiedziała Emelina z zapartym tchem – to czy ty nie… czy nie będziesz uważał go za zaangażowanego?

– Nie. Jeśli o mnie chodzi, to jest część tego samego układu. Czy ty mi ufasz, Emmy? Czy wierzysz, że zatrzymam to tylko między nami? – zapytał z wyraźnym naciskiem w głosie.

– Tak, Julianie. Wierzę ci. – To była prawda. Po tym, co słyszała o szefach mafii, nie rozumiała, dlaczego ma do niego zaufanie, ale tak było. Wciągnęła głęboki oddech i zapytała beztroskim tonem: -Kiedy wreszcie zrobisz jakąś przyzwoitą kawę?

– Chyba dziś rano pójdziemy na kawę do wsi.

– Jesteś zbyt leniwy, żeby sam ją zrobić?

– Nie, ale mam ochotę popatrzeć, jak terroryzujesz miejscowych. Uwielbiam, gdy stajesz w mojej obronie – powiedział. – Czuję się taki chciany. Przy tobie i Kserksesie jestem bezpieczny!

Emelina wykrzywiła się, bo nie potrafiła wymyślić żadnej odpowiedzi. Co gorsza, czuła, że on ma rację. To było niewiarygodnie śmieszne. Jej opieka była ostatnią rzeczą, jakiej ten mężczyzna potrzebował. Miał wystarczającą ochronę ze strony takich ludzi jak Joe Cardellini, którzy nosili przy sobie broń i patrzyli na świat pochmurnym wzrokiem.

– I tak musimy wyjść – powiedział Julian swobodnie.

– Muszę zadzwonić do Joe'ego z automatu w sklepie. Czterdzieści minut później Emelina grzebała czubkiem buta w ziemi, podczas gdy Julian dzwonił. W godzinę potem czarny lincoln podjechał pod dom.

– Skąd przyjechałeś, Joe? – zapytała Emelina z zainteresowaniem. – Tak szybko się tu pojawiłeś.

– Z Portland – odrzekł i jego spojrzenie złagodniało. Emelina wiedziała jednak, że Joe nigdy nie posunie się dalej. Było jasne, że Joe Cardellini nie śmiałby nawet marzyć o wkraczaniu na terytorium swojego szefa. W nagłym przebłysku intuicji uświadomiła sobie, że powstrzymałby go przed tym nie strach, lecz szacunek dla Juliana. Julian chyba doszedł do tych samych wniosków, bo nie rzucał żadnych zawoalowanych pogróżek ani jej, ani Joe'emu.

– Czy przez cały ten czas byłeś w Portland? – zapytała.

– Zostałem tam przydzielony kilka lat temu – odrzekł uprzejmie.

– Przydzielony? Ach, rozumiem – Emelina skinęła głową, przypominając sobie, że współczesna mafia jest czymś w rodzaju skrzyżowania biznesu rodzinnego z wojskiem. Wpływy Juliana muszą sięgać naprawdę daleko, jeśli ma człowieka zajmującego się „bezpieczeństwem" aż tutaj, na północnym zachodzie. Ta myśl ją przygnębiła.

Prędzej czy później Julian wróci do „interesów" i romantyczna idylla dobiegnie końca. Następnym razem usłyszy o nim, gdy wezwie ją do zapłacenia rachunku. Emelina zadrżała. Prędzej czy później będzie musiała zapłacić.