Выбрать главу

Diana czuła, że serce wali jej jak młotem. Udając spokój, podeszła do portretu. Jej wy krochmalona suknia zaszeleściła niczym suche liście.

~ Wygląda na przerażoną – zauważyła. – Czy nie chciała wyjść za twego ojca?

Rothgar aż otworzył usta ze zdziwienia.

– Jak…? Skąd…? – Nie, Diana nie mogła nic wiedzieć o jego matce. Markiz skinął głową. – Wiem niewiele, ale coś rozegrało się między nią a ojcem. To było zaplanowane małżeństwo. Kochający rodzice znacznie wcześniej spisali intercyzę. Moja babka do tej pory twierdzi, że to wszystko z tego powodu.

Diana chętnie podjęłaby temat, ale nie w tym momencie. Miała przecież przed sobą wizytę u króla. Nagle w jej głowie zalęgło się podejrzenie, że markiz również i to zaplanował. Chciał, żeby ta rozmowa miała jedynie pobieżny charakter.

Do diabła z nim!

Pomyślała, że ma do czynienia z przebiegłym strategiem i że będzie się musiała nagłowić, jeśli zdecyduje się na ofensywę. Na razie czuła, że może sobie pozwolić jedynie na nękające wypady.

– Byłeś mały, kiedy zmarła – rzekła po chwili namysłu. -Być może twój ojciec rzeczywiście był dla niej niedobry.

– Ojciec bardzo przypominał Branda. Czy sądzisz, że Brand mógłby doprowadzić jakąkolwiek kobietę do szaleństwa?! Poza tym, jakiego trzeba upodlenia, żeby zadusić gołymi rękami własne dziecko.

– Gołymi rękami?! – szepnęła, a ta scena stanęła jej nagle przed oczami. Zobaczyła kobietę duszącą własne dziecko i zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Miała wrażenie, że w pokoju zrobiło się chłodniej.

– W najgorszy z możliwych sposobów – dodał, nie wiedząc, że jego oczy upodobniły się w tym momencie do oczu matki.

Diana ganiła siebie w duchu za tak gwałtowną reakcję.

– Czasami trudno zrozumieć to, co się dzieje z ludźmi -rzekła po namyśle. – Jednak powinniśmy się starać pojąć ich motywy. Szaleństwo miewa różne źródła. Nie każde przechodzi z krwią na nowe pokolenie.

Milczeli przez chwilę. Wzrok Diany raz jeszcze padł na portret.

– Czy namalowano go przed, czy po ślubie? – zainteresowała się.

– Tuż przed.

– Więc ziarno choroby było tam wcześniej – stwierdziła.

– Od początku – dorzucił Rothgar. Pokręciła z dezaprobatą głową.

– Zawsze mi się wydawało, że jesteś bardzo dociekliwy -powiedziała. – Dlaczego właśnie tutaj szukasz najłatwiejszych rozwiązań? Czy zauważyłeś u siebie jakieś oznaki szaleństwa?

Chciał odpowiedzieć, że wiele. Od kiedy ją poznał. A wczorajsza noc była tego ukoronowaniem.

– Nie, jeszcze nie – odparł, jakby miał już ten problem dobrze przemyślany.

– No widzisz! – ucieszyła się.

– Ale to nie znaczy, że szaleństwo nie może dotknąć mojego dziecka – dodał szybko. – A nawet mnie, w przyszłości. Już się przeciwko temu zabezpieczyłem.

Diana nie mogła uwierzyć własnym uszom. Tak bardzo bał się choroby psychicznej, że znalazł jakiś sposób ograniczenia swoich uprawnień, gdyby to nastąpiło. Ten problem stanowił rzeczywiście jego obsesję. Jeśli w przyszłości zdecyduje się za niego wyjść, będzie musiała zacząć właśnie od tego.

– Jak?

Misterny zegar stojący na kominku wybił czwartą.

– Nieważne – mruknął. – Musimy już iść.

Dopiero teraz przyjrzał się Dianie dokładnie. Uśmiechnął się lekko na widok jej biżuterii, a także „maskującego" makijażu.

– Nie przesadziłam? – spytała.

– W najmniejszym stopniu – zapewnił i podał jej rękę do wyjścia.

Jednak Diana postanowiła wyjść samodzielnie.

– Nie rób tak na dworze – usłyszała za plecami jego ostrzeżenie. – To wbrew etykiecie.

– Do diabła, a myślałam, że tak mi dobrze idzie! – Skrzywiła się jakby jadła cytrynę. – Wiem, wiem. Min też mam nie robić.

– I nie mówić, nie będąc zagadniętą – dodał, całując jej dłoń. – Na miłość Boską, uważaj, Diano!

Tak, wiedziała, że nie chce się z nią żenić. A ona też nie miała zamiaru ratować się tym małżeństwem.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – zapewniła.

Spojrzała raz jeszcze na tajemniczy portret, po czym wyszła, prowadzona przez markiza. Na podjeździe czekał na nich zaprzężony w czwórkę koni miejski kocz, którym pojechali, korzystając z ładnej pogody. Z tyłu towarzyszyli im dwaj eleganccy lokaje w liberiach. Patrząc na tłum, Diana przypomniała sobie de Couriaca. W otwartym koczu byli wystawieni na strzały niczym kaczki. Jaka szkoda, że nie ma ze sobą pistoletów!

Zwierzyła się ze swoich obaw markizowi, a on dyskretnie zwrócił jej uwagę na jadących za nimi uzbrojonych konnych.

– Jesteśmy dobrze chronieni.

Ale Diana wiedziała, że nikt lepiej od niej nie potrafi zatroszczyć się o Beya. Chciała więc mieć taką możliwość. Zwłaszcza, że być może jest to jedno z ich ostatnich spotkań.

– Do diabła z królem i dworem! – westchnęła. Markiz pochylił się w jej stronę. Poczuła upojny zapach

jego balwierskiego mydła.

– Na twoim miejscu zachowałbym te uwagi dla siebie. -Mrugnął do niej porozumiewawczo. – Chociaż przyznaję, że czasami myślę tak samo.

Jechali szybko ulicami Londynu. Wielu przechodniów zatrzymywało się i pokazywało rękami herb na złoconych drzwiach kocza. Wielobarwny tłum przepływał ulicami miasta. Oni jednak czuli się wyjątkowi. Hrabina Arradale i markiz Rothgar pojawili się na scenie.

19

Kiedy znaleźli się już w pobliżu St. James's Palące, na co wskazywały tłumy gapiów i narastający ruch powozów, Diana poczuła pot na plecach. Nie, miejscowi dandysi nie byli dla niej wyzwaniem. Wiedziała, że musi uważać na króla. To, co do tej pory było jedynie próbą, udawaniem, miało się za chwilę stać rzeczywistością.

Już teraz zaczęła tęsknić za swoim spokojnym, cichym życiem w Yorkshire.

– Te wieczorne audiencje są bardzo popularne – poinformował markiz znudzonym tonem, który miał ją zapewne uspokoić.

Diana rozejrzała się dokoła.

– Czy tak samo, jak poranne spotkania?

– Niezupełnie. Poranne są po to, żeby zaznaczyć swoją obecność. Wieczorne, by się pokazać – wprowadzał ją w zawiłości dworu. – Celują w tym zwłaszcza panie.

Zerknęła na jego atłasowy surdut.

– Jak sądzę, nie tylko. W świecie zwierzęcym to męskie osobniki są hojniej wyposażone przez naturę – zauważyła.

– A jak stwierdził monsieur Rousseau, nie ma nic lepszego niż naturalność! – roześmiał się swobodnie. – Zaproponuję królowi, żeby nakazał wszystkim paniom, by przychodziły we wlosiennicach przepasanych sznurkiem!

Ich kocz zatrzymał się przed wejściem. Lokaj otworzył drzwiczki. Diana poruszyła się, ale Rothgar zgromił ją wzrokiem. Wysiadł pierwszy i podał jej swoją upierścienioną dłoń. Rubin hrabiny wyglądał jak przydrożny kamień w zestawieniu z jego biżuterią.

Diana wysiadła i poprawiła suknię.

– Czy pragniesz, pani, poznać swoich wrogów? Wyprostowała się, zastanawiając się kogo też ma na myśli,

– Życie bez wrogów byłoby nudne – rzekła sentencjonalnie.

– Oto jeden z naszych największych. – Markiz uśmiechnął się promiennie do ubranego w brązowe jedwabie mężczyzny. – Kawaler D'Eon.

Francuz już z daleka wyciągnął do nich serdecznie ręce. Przez jego strój biegła czerwona szarfa z jakimś odznaczeniem. Rothgar miał również order Łaźni z wstęgą nieco jaśniejszą niż jego surdut. Ktoś z wyobraźnią mógłby to uznać za spotkanie dwóch błyskawic, albo wyciągnie-tych ku sobie mieczy.