Выбрать главу

Podobny jest do kota, uznał Wasyl Aleksandrowicz, pozwoli się nakarmić, ale ręki nie liźnie. W najlepszym razie zamruczy, a i to wątpliwe.

Wypadało odpowiedzieć w tym samym tonie, bez pogłębiania konfrontacji.

– Dobra, panie architekcie, dość liryki, omówmy szczegóły.

* * *

Drozd wyszedł też po kociemu, bez pożegnań.

Gdy wyjaśnili sobie wszystko, co trzeba, po prostu wstał i dał nura w drzwi za szynkwasem. Wasylowi Aleksandrowiczowi zostawił wyjście na ulicę.

Pod traktiernią drzemali na kozłach dorożkarze, oczekując pasażerów. Dwaj z przodu – niedawni pijanice. Pierwszy całkiem oklapł, wetknął nos w kolana i jak nic pochrapywał. Drugi wciąż jakoś się trzymał. Ujrzawszy Rybnikowa, potrząsnął nawet lejcami.

Ale brać dorożkę pod knajpą Wasyl Aleksandrowicz ani myślał; było to sprzeczne z zasadami konspiracji. Poszedł dalej i zatrzymał jadącą obok, przypadkową.

Na rogu zaułka Kriwokolennego, w miejscu kiepsko oświetlonym i pustym, położył na siedzeniu rubla, miękko, nawet nie zakołysawszy pojazdem, zeskoczył na jezdnię – i do bramy.

Jak to się mówi – strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Zgłoska szósta, w której ważną rolę grają ogon i uszy

Pociąg specjalny numer 369-bis spodziewany był ściśle o północy i można było nie wątpić, że przybędzie co do minuty – Fandorin śledził telegraficznie jego grafik stacja po stacji. Eszelon szedł „zieloną trasą”, poza wszelkim rozkładem. Ustępowały mu z drogi towarowe, pasażerskie, a nawet ekspresy. Gdy obok kursowego pociągu, zatrzymanego bez powodu gdzieś tam w Bołogoje czy Twerze, gnał parowóz z jednym jedynym wagonem sypialnym, bywali pasażerowie wymieniali uwagi: „Zwierzchnictwo zasuwa. Jak nic w Moskwie coś się święci”.

Okna tajnego wagonu były nie tylko zamknięte, ale i szczelnie zasłonięte. Na całej drodze z nowej do starej stolicy 369-bis zatrzymał się tylko raz, nabrać wody, i to nie dłużej niż na kwadrans.

Tajemniczego pociągu oczekiwano na malutkiej podmoskiewskiej stacyjce, otoczonej podwójnym kordonem kolejowej żandarmerii.

Mżył drobny, uciążliwy deszcz. Porywisty wiatr kołysał latarnie i peron przebiegały niemiłe, złodziejskie cienie.

Erast Pietrowicz przybył dziesięć minut przed wyznaczonym czasem, odebrał raport podpułkownika Daniłowa o podjętych środkach ostrożności, zaaprobował.

Radca dworu Mylnikow, zawiadomiony o nadchodzącym wydarzeniu ledwie godzinę wcześniej (inżynier zajechał doń bez wszelkiego uprzedzenia), aż się skręcał: wielokrotnie obiegł peron, powracał do Fandorina i wciąż pytał: „Na kogo czekamy?”.

– Zobaczy pan – krótko odpowiadał Erast Pietrowicz, raz po raz zerkając na swego złotego bregueta.

Za minutę dwunasta z mroku doniósł się przeciągły gwizdek, po czym zajaśniały latarnie parowozu. Deszcz lunął silniej i kamerdyner otwarł nad inżynierem parasol, specjalnie stając tak, by krople ściekały na melonik Mylnikowa. Rozgorączkowany Eustracjusz Pawłowicz nawet tego nie dostrzegł, wzdrygnął się tylko, gdy chłodna strużka pociekła mu za kołnierz.

– Naczelnik pańskiego zarządu, co? – spytał, wpatrując się w wagon sypialny. – Szef korpusu? – I zniżając głos do szeptu: – Czyżby sam minister?

– Zabrać postronnych! – krzyknął Fandorin, dojrzawszy na drugim końcu peronu dróżnika.

Tupiąc butami, żandarmi rzucili się wypełnić rozkaz.

369-bis stanął. Gdy ucichł żelazny zgrzyt i szczęk hamulców, do uszu Mylnikowa, który nadął się i zdjął melonik, dotarł dziwny dźwięk, nader podobny do diabelskich zawodzeń, dręczących po nocach zbolałe nerwy Eustracjusza Pawłowicza. Mylnikow machnął głową, odganiając diabelstwo, lecz wycie spotężniało, a w ślad za nim jawnie doniosło się i szczekanie.

Ze stopni dziarsko zeskoczył oficer w skórzanym tużurku, zasalutował Fandorinowi i wręczył mu pakiet, na którym czerniał zagadkowy napis: ZHPJWKAPORTZUPSP.

– Co to? – zapytał niepewnym głosem Mylnikow, któremu zdało się, że to sen: i nocna wizyta inżyniera, i wyjazd w deszczu, i psie szczekanie, i niewymawialne słowo z koperty.

Erast Pietrowicz rozwinął skrót:

„Zawiązane pod Honorową Prezesurą Jego Wysokości Księcia Aleksandra Pietrowicza Oldenburskiego Rosyjskie Towarzystwo Zachęty do Używania Psów w Służbie Policyjnej”. Świetnie, p-poruczniku. Możecie wyprowadzać. Furgony czekają.

Z wagonu jeden za drugim zaczęli wychodzić policjanci: każdy prowadził na smyczy psa. Były tam i owczarki, i sznaucery olbrzymy i spaniele, i nawet kundle.

– Co to? – nieprzytomnie powtórzył Eustracjusz Pawłowicz. – Po co?

– To operacja „Piąty z-zmysł”.

– Piąty? Jaki piąty?

– Powonienie.

* * *

Przygotowanie operacji „Piąty zmysł” przebiegło błyskawicznie i zajęło nie więcej niż dwie doby.

W depeszy z osiemnastego maja, która tak zdumiała doświadczonego policyjnego telegrafistę, Fandorin pisał do swego zwierzchnika: PROSZĘ BEZZWŁOCZNIE ZEBRAĆ KSIĄŻĘCE PSY SZCZEGÓŁY POTEM.

Erast Pietrowicz był gorącym zwolennikiem, a po części nawet inspiratorem poczynań księcia Oldenburskiego, który powziął myśl stworzenia w Rosji prawdziwej, traktowanej rzetelnie hodowli psów policyjnych na wzór europejski. Rzecz była nowa, mało zbadana, lecz zorganizowana od razu na szeroką skalę. Do nakierowania psa na określony zapach wystarczy kilka godzin. Z laboratorium Zarządu Artylerii pobrano niezbędną ilość szimozy i zaczęła się praca. Pięćdziesięciu czterech policyjnych instruktorów podtykało swoim kosmatym partnerom pod nosy żółty proszek, rozbrzmiewały zachęty i nagany, pyski zanosiły się szczekaniem, w zębach chrupał wesoło cukier.

Zapach melinitu był ostry, nosy tropicieli rozpoznawały go łatwo nawet wśród worków z chemikaliami. Po ukończeniu krótkiego kursu pupile Jego Wysokości rozjechali się w delegacje służbowe: dwadzieścia osiem psów na granicę zachodnią, po dwa na każdy z czternastu punktów granicznych, reszta pociągiem specjalnym do Moskwy, pod rozkazy inżyniera Fandorina.

Dniem i nocą, na dwie zmiany, ubrani po cywilnemu przewodnicy prowadzili psy po wagonach i magazynach wszystkich linii kolejowych dawnej stolicy. Mylnikow w plan Fandorina nie wierzył, lecz nie zamierzał się mieszać – przyglądał się z boku. Własnych pomysłów na schwytanie japońskich agentów radcy dworu nadal brakło.

Piątego dnia w gabinecie, gdzie Erast Pietrowicz studiował najbardziej narażone punkty magistrali transsyberyskiej, zaznaczone na mapie czerwonymi krzyżykami, rozdzwonił się wreszcie długo oczekiwany dzwonek.

– Jest! – krzyczał w tubce podniecony głos, zagłuszany szczekaniem. – Panie inżynierze, naprawdę jest! Tu przewodnik treser Czurikow ze stacji Moskwa Towarowa na linii brzeskiej. Niczego nie dotykałem, wedle rozkazu!

Erast Pietrowicz natychmiast zadzwonił do Mylnikowa. Na stację dotarli z przeciwnych końców miasta, lecz prawie równocześnie. Treser Czurikow przedstawił zwierzchnictwu bohaterkę dnia, sukę belgijskiego owczarka odmiany groenendaeclass="underline"

– Rezeda.

Rezeda powąchała trzewik Fandorina i zamachała ogonem. Na Eustracjusza Pawłowicza wyszczerzyła kły.

– Proszę się nie obrażać, jest szczenna. Węch ma za to ostrzejszy.

– No, coście tam znaleźli, pokażcie! – zażądał niecierpliwie radca dworu.

– Proszę spojrzeć samemu.

Szurikow pociągnął za smycz. Suka niechętnie podążyła do magazynu, oglądając się na inżyniera. U wejścia zaparła się łapami, potem położyła się na podłodze, całą postawą demonstrując, że ani myśli się śpieszyć. Łypnęła na ludzi, czy będą pomstować.