Выбрать главу

– Ma kaprysy – westchnął treser. Siadł w kucki, pogłaskał spęczniały brzuch suki, szepnął jej coś do ucha.

Rezeda łaskawie wstała, kierując się do stosów skrzyń i worków.

– Proszę, proszę patrzeć! – wskazał ręką Czurikow.

– Na co?

– Na uszy i ogon!

Ogon i uszy Rezedy były opuszczone. Wolno przeszła wzdłuż jednego rzędu, wzdłuż drugiego. Pośrodku trzeciego uszy nagle stanęły dęba, ogon uniósł się w górę, po czym opadł i nie podniósł się już, znikając między nogami. Tropicielka przysiadła i obszczekała cztery schludne, średniego rozmiaru jutowe worki.

Ładunek przybył z Francji i przeznaczony był dla spółki piekarskiej Werner i Pfleiderer. Przyjechał porannym pociągiem z Nowogrodu. Zawartość – żółty proszek, pozostawiający na palcach charakterystyczny tłusty połysk. Nie było wątpliwości: melinit.

– Zdążył przekroczyć g-granicę, nim dostaliśmy psy – ustalił na podstawie konosamentów Fandorin. – No cóż, Mylnikow. Do dzieła.

* * *

Pracować postanowili sami, nie dowierzając filerom. Erast Pietrowicz przebrał się za kolejarza, Mylnikow za tragarza. Zainstalowali się w sąsiednim składzie, skąd mieli świetny widok na magazyn z otoczeniem.

Odbiorca ładunku zjawił się o godzinie jedenastej pięćdziesiąt pięć.

Niewysoki mężczyzna o wyglądzie oficjalisty przedstawił kwit, podpisał się w spisie zleceń, sam przeniósł worki do krytego furgonu.

Obserwatorzy przyrośli dosłownie do lornetek.

– Chyba Japończyk – zamruczał Erast Pietrowicz.

– Coś pan! – obracając kremalierą, wyraził wątpliwość Mylnikow. – Ruski jak się patrzy z tatarską domieszką.

– Japończyk – z przekonaniem powtórzył inżynier. – Może z kroplą krwi europejskiej, ale wykrój oczu, kształt nosa… Gdzieś go już widziałem. Ale gdzie i kiedy? Przypomina mi pewnie któregoś ze znajomych Japończyków… Japońskie twarze nie odznaczają się różnorodnością, antropologia wyróżnia zaledwie dwanaście głównych typów. To z powodu wyspiarskiej izolacji. Nie było dopływu świeżej k-krwi…

– Odjeżdża! – przerwał antropologiczny wykład Eustracjusz Pawłowicz. – Szybciej!

Ale śpieszyć się nie było po co. Inwigilację w ruchu zapewniał cały park najróżniejszych dorożek i bryczek, każda z filerem, więc obiekt nie miał prawa się wymknąć.

Inżynier i radca dworu zajęli miejsca na sprężynowym siedzeniu powozu zamykającego całą tę kawalkadę, nader realistycznie udającą ożywiony ruch uliczny, i z wolna ruszyli w drogę.

Domy i latarnie ozdabiały girlandy i flagi. Urodziny cesarzowej Aleksandry Fiodorowny święciła Moskwa dużo huczniej niż w minionych latach. Był po temu szczególny powód: niedawno cesarzowa obdarzyła wreszcie Rosję następcą tronu – po czterech dziewczynkach, czyli „ślepych strzałach”, jak się lekceważąco wyraził Mylnikow.

– A maluch, jak mówią, cherlawy, zauroczony – westchnął Eustracjusz Pawłowicz. – Karze Pan Romanowów.

Tym razem inżynier nawet odpowiedzieć nie raczył. Skrzywił się tylko na głupią prowokację.

Tymczasem obiekt okazał się amatorem sztuczek. Na Towarowej załadował do swego krytego powoziku cztery worki, a do przechowalni linii riazańsko-uralskiej wyniósł trzy skrzynki i osiem niewielkich pakietów w czarnym błyszczącym papierze. Furgon odprawił. Agenci, oczywista, zatrzymali wozaka na pierwszym zakręcie, lecz znaleźli tylko cztery puste jutowe worki. Melinit zniknął z nich, przepakowany z jakichś względów.

Pracownik przechowalni zeznał, że skrzynki i pakiety powierzone zostały jako dwa różne bagaże, na oddzielne kwity.

Lecz wszystkie te informacje zyskał Fandorin później. A że od dworca domniemany Japończyk ruszył dalej pieszo, inżynier i radca dworu znów wzięli obserwację w swoje ręce.

Podążali w stosownej odległości za obiektem, filerów zostawiając w odwodzie. Obecnie główną sprawą było nie spłoszyć przynęty, na którą złapać się mogła kolejna rybka.

Oficjalista zaszedł do dwóch przydworcowych hoteli: Kazania i Kolejowego. Z ostrożności obserwatorzy nie pchali się do środka, a zresztą nie zdążyliby – obiekt spędził w każdym nie więcej nad minutę.

Erast Pietrowicz był chmurny. Potwierdzały się jego najgorsze przeczucia. Linia riazańsko-uralska stanowiła część wielkiej transkontynentalnej magistrali, na której czerwony ołówek inżyniera naliczył nie mniej niż setkę słabych punktów. Dla którego z nich przeznaczony był bagaż z przechowalni?

Z placu przed dworcem obiekt udał się do centrum i dość długo krążył po mieście. Kilka razy nieoczekiwanie zwalniał dorożki, porzucając je nagle na środku ulicy, lecz wzorowo prowadzonej inwigilacji nie umknął.

O ósmej wieczór wszedł do dorożkarskiej traktierni w pobliżu placu Kałuskiego. Sądząc z faktu, że wcześniej bitą godzinę krył się w niedalekiej bramie, musiał umówić się tam na spotkanie, a taką okazję trudno było pominąć.

Ledwie obiekt wszedł do traktierni (było to dziewięć po ósmej), Mylnikow gwizdkiem wezwał karetę ekwipunkową Lotnego Oddziału, kapitalne udogodnienie nowoczesnego pościgu. Zawierała zestaw rekwizytów i przebrań na wszelkie możliwe okazje.

Inżynier i radca dworu w strojach fiakrów chwiejnym krokiem weszli do traktierni. Obrzuciwszy wzrokiem mroczne wnętrze, Eustracjusz Pawłowicz udał, że nie może ustać na nogach i zaraz padnie jak długi. Schylonemu nad nim Fandorinowi szepnął:

– Jest z nim Łagin. Pseudo Drozd. Eserowiec. Wysoce niebezpieczny. Masz tobie…

Stwierdzono najważniejsze, więc nie zamierzali sterczeć w traktierni i wytrzeszczać na próżno oczu; dali się kuksańcami wyrzucić na ulicę.

Wysyłając do wejścia kuchennego czwórkę agentów, omówili naprędce groźne odkrycie.

– Zagraniczna agentura donosi, że główny rezydent japoński, pułkownik Akashi, spotyka się z emigrantami politycznymi i nabywa wielkie partie broni – szeptał Mylnikow, schylając się z kozła służbowej bryczki. – Tylko gdzie te Paryże czy Londyny, a gdzie mateczka Moskwa? Czyżbyśmy coś przegapili? Niech da tutejszym krzykaczom japońskie karabiny, będzie kołomyja…

Erast Pietrowicz słuchał, ścisnąwszy zęby. Ta niebywała w praktyce wojen europejskich inicjatywa sprowokowania rewolucji na tyłach wroga była stokroć groźniejsza od wszelkich kolejowych dywersji. Niebezpieczeństwo zawisło tu nie tylko nad losem kampanii, lecz całego państwa rosyjskiego. Wojownicy krainy Yamato wiedzą, czym jest prawdziwa wojna: nie bywa w niej środków niedozwolonych, jest tylko zwycięstwo lub klęska. Jakżeż zmienili się Japończycy przez ćwierć wieku!

– …ewscy Azjaci! – bryznął przekleństwem Eustracjusz Pawłowicz, jakby podsłuchiwał myśli Fandorina. – Nic świętego! I wojuj tu z takimi!

Ale czyż nie to samo mówił Andriej Bołkoński przed bitwą pod Borodino? – sprzeciwił się inżynier, rzecz jasna nie w głos Mylnikowowi, lecz w duchu samemu sobie. Rycerskość i wojna według reguł to bzdura i głupota – wywodził najsympatyczniejszy z bohaterów rosyjskiej literatury. Rannych dobijać, nie wdawać się w rokowania. Żadnej wielkoduszności. Wojna to nie żarty.

A jednak zwycięży ten, kto okaże się wielkoduszny, przemknęło nagle Erastowi Pietrowiczowi przez myśl, ale doprowadzić do końca tej paradoksalnej refleksji nie zdołał. Dyżurujący u wejścia agent dał sygnał i przyszło co tchu siadać na kozły.

Oficjalista wyszedł sam. Popatrzył na sznur dorożek (wszystkie co do jednej z Ochrany), lecz wsiadać nie zamierzał. Kawałek dalej zatrzymał przejeżdżającego fiakra, ma się rozumieć, także fałszywego.

Co prawda, wszystkie Mylnikowowskie wybiegi okazały się daremne. Jakimś niedostrzegalnym sposobem obiekt wyparował z bryczki. Udający dorożkarza filer nie dostrzegł, jak i gdzie się to stało. Jeszcze przed chwilą był pasażer, aż nagle zniknął. Tylko na siedzeniu, jak na urągowisko, pozostała zmięta rublówka.