Выбрать главу

Midori wiązała w węzeł rozpuszczone włosy.

– W jōjutsu czegoś takiego jeszcze nie było. Ale teraz będzie. Nazwę to „ogień i grom”.

Wciągała już czarną odzież, z białej stawała się czarna.

– Gdzie wszyscy? – Fandorin też pośpiesznie doprowadzał do porządku odzienie. – Dlaczego tak cicho?

– Chodźmy! – rzuciła i pierwsza pobiegła naprzód.

W pół minuty byli już przy rozpadlinie, w tym samym miejscu, gdzie wicekonsul i jego sługa przerzucili linę. Martwe drzewo stało nadal, lecz liny Erast Pietrowicz nie znalazł.

– Dokąd teraz? – krzyknął.

Wskazała bez słów na tamtą stronę. Padła na czworaki i naraz znikła za krawędzią urwiska.

Fandorin rzucił się za nią. Zobaczył, że w dół zwiesza się powróz spleciony z suchych włókien. Był solidny i gruby, zdolny utrzymać każdy ciężar, więc młody człowiek bez wahania podążył za Midori.

Wyprzedziła go znacznie, ześlizgując się w dół lekko i pewnie. Jemu schodzenie przychodziło z trudem.

– Szybciej, szybciej! Nie zdążymy! – popędzała z dołu.

Erast Pietrowicz starał się, jak mógł, ale mimo wszystko musiała czekać dość długo.

Ledwie, ciężko dysząc, zeskoczył na porosłą trawą ziemię, przewodniczka pociągnęła go dalej, w jakieś gęste, kolące zarośla.

Tam, między dwoma blokami przewieszonej ściany, czerniała szczelina. Radca tytularny przecisnął się przez nią z wysiłkiem, lecz dalej przejście się rozszerzało.

– Szybciej, szybciej, proszę – dobiegł z ciemności naglący głos Midori.

Rzucił się ku niej i omal nie upadł, potknąwszy się o gałąź czy kamień. Skądś z góry ciągnął silny powiew.

– Nic nie widzę!

Mrok przekreśliła świetlista nić, od której rozpływało się słabe, drżące pałanie.

– Co to? – spytał oczarowany Fandorin.

– Yoshitsune - niecierpliwie odpowiedziała Midori. – Sokole pióro, a w nim rtęć. Nie gaśnie nawet w czasie deszczu i wiatru. Lećmy! Umrę ze wstydu, jeśli się spóźnię!

Teraz, przy świetle, stało się oczywiste, że podziemny chodnik zbudowany jest bardzo solidnie: strop i ściany wzmacniał bambus, pod nogami mieli drewniane stopieńki.

Ledwie nadążając za Midori, Erast Pietrowicz nie patrzył prawie na boki, dostrzegł jednak, że od przejścia w obie strony coraz to odchodzą boczne otwory. Znaleźli się w istnym labiryncie. Przewodniczka wielokrotnie skręcała, ani na chwilę nie zwalniając biegu. Podczas długiego, stromego podejścia radca tytularny zaczął opadać z sił, lecz majacząca przed nim smukła postać zdawała się nie znać zmęczenia.

Wreszcie stopieńki znikły i przejście znów się zwęziło. Światełko zgasło, w ciemności coś skrzypnęło i z przodu otwarł się szary prostokąt, z którego pociągnęło wilgotnym, świeżym tchnieniem świtu.

Midori zeskoczyła na ziemię. Idąc w jej ślady, Erast Pietrowicz odkrył, że wypełza z pnia starego, pokrytego grubą korą drzewa.

Zamknęły się tajne drzwiczki i wicekonsul zobaczył, że najzupełniej nie sposób dojrzeć ich śladu na grubej, omszałej korze.

– Spóźniłam się! – z rozpaczą zawołała Midori. – To przez ciebie!

Zerwawszy się, wybiegła na polanę. Tam, wśród trawy, przesuwały się z wolna czarne sylwety. Pachniało prochem i krwią. W szarówce przedświtu błysnęło coś długiego.

Lufa karabinu, poznał Fandorin, i rozejrzał się na wszystkie strony.

Podziemny przełaz wyprowadzał na szczyt góry. Idealne miejsce do obstrzału – Kamata z pewnością upatrzył je wcześniej.

Potyczka zakończyła się już. Była najwyraźniej niedługa. Wypadłszy z przełazu, shinobi z marszu zaatakowali czarne kurtki od tyłu.

Pośrodku polany siedział na pniu Tamba, palił fajkę. Pozostali ninja znosili zabitych. Widowisko było okrutne i jakby nierealne: nad ścielącym się u ziemi oparem przemykały pary bezgłośnych cieni, unosiły za ręce i nogi ciała (także czarne, lecz o białych twarzach) i układały je rzędami przed wodzem.

Radca tytularny przeliczył: cztery rzędy po osiem ciał w każdym, a z boku jeszcze jeden trup – najpewniej starego rozbójnika Kama ty. Nikt nie ocalał. Don Tsurumaki nie dowie się nawet, co stało się z jego oddziałem…

Wstrząśnięty złowrogim obrazem Fandorin nie dostrzegł, jak wróciła do niego Midori. Chrypliwy głos wyszeptał mu w samo ucho:

– To, że się spóźniłam, nie znaczy, że skończyliśmy ze sobą. Giętka ręka objęła go w pasie, pociągnęła z powrotem ku wyjściu z tunelu.

– Wejdę do historii jōjutsu jako wielka odkrywczyni – szeptała Midori, wpychając radcę tytularnego w dziuplę. – Przyszła mi do głowy bardzo interesująca kompozycja. Nazwę ją „miłość kretów”.

Jeszcze piękniejsza

Niż miłość dwóch flamingów.

Jest miłość kretów.

Nocne zespolenie świata

Tamba powiedział:

– Ja wiem o tobie dużo, ty o mnie wiesz mało. Stąd brak zaufania, z braku zaufania niezrozumienie, z niezrozumienia pomyłki. Pytaj o wszystko, co chcesz wiedzieć, a odpowiem.

Siedzieli obaj na oczyszczonej polanie przed domem i patrzyli, jak zza równiny wstaje słońce, napełniając świat różową jasnością. Tamba palił swą fajeczkę, co parę minut nabijając ją nową porcją tytoniu. Fandorin też nie odmówiłby cygara, lecz pudełko świetnych manili zostało w bagażu z tamtej strony rozpadliny dzielącej wieś shinobi od reszty świata.

– Ilu was jest? – spytał radca tytularny. – Tylko jedenastu?

Na pobojowisku widział jedenastu ludzi. Gdy utytłani ziemią kochankowie wypełzli z ciasnej nory, shinobi zakończyli już swą posępną pracę. Trupy przeliczono, zwalono do jamy i zasypano kamieniami. Ludzie Tamby zdjęli maski i Fandorin ujrzał zwykłe japońskie twarze: siedem męskich, cztery kobiece.

– Jest jeszcze czwórka dzieci. I Satoko, żona Gohei. Nie uczestniczyła w walce, bo wkrótce ma rodzić. I trzej młodzi – są w wielkim świecie.

– Szpiegują kogoś? – spytał Erast Pietrowicz. – Jeśli jōnin chce szczerej rozmowy, do diabła z ceremoniami.

– Uczą się. Jeden na uniwersytecie tokijskim – na lekarza, jeden w Ameryce – na inżyniera, jeden w Londynie – na elektrotechnika. Dzisiaj nie sposób się obejść bez europejskiej nauki. Wielki Tamba mówił: „Prześcignąć wszystkich, wiedzieć więcej niż wszyscy”. Od trzystu lat kierujemy się tym przesłaniem.

– Jak zdołaliście zachować tyle lat tajemnicę?

– Taka była wola Tamby Pierwszego. Powiedział: „Silniejszy od wszystkich jest ten, kogo nie widać, nie słychać, lecz który widzi i słyszy wszystko”. I rzekł jeszcze: „Ninja z ziemi Iga zginęli, są teraz nieśmiertelni”.

– A więc Tamba Pierwszy nie zginął ze swoimi ludźmi? Mówiono mi, że wrogowie wytracili ich do ostatniego.

– Nie. Tamba uciekł i zabrał ze sobą dwóch najlepszych uczniów. Miał synów, lecz ich nie wziął i zginęli, bo Tamba był naprawdę wielki: jego serce nie ustępowało twardością diamentowi. Ostatni jōnin ziemi Iga wziął najgodniejszych, zdolnych odrodzić klan Momochi.

– A jak się uratował z oblężonego chramu?

– Gdy świątynia bogini Kannon na górze Hijiyama już płonęła, ostatni ninja chcieli skończyć ze sobą, lecz Tamba kazał im trzymać się do świtu. Sam stracił już oko od strzały, każdy z jego ludzi był ranny, lecz taka jest władza jōnina, że shinobi nie śmieli się sprzeciwić. O świcie Tamba wypuścił w niebo trzy czarne kruki i umknął z dwoma wybrańcami podziemnym przejściem, a reszta skończyła ze sobą, odcinając sobie na ostatku twarze.

– Jeśli było tam podziemne przejście, dlaczego nie umknęli wszyscy?

– Bo wtedy wojownicy Nobunagi ruszyliby za nimi w pogoń.