Выбрать главу

A jeszcze pomyślał, że wątpliwe, czy w stroju niedbałym jest mu równie do twarzy, jak jej. Jeden rękaw surduta radcy tytularnego, kompletnie oberwany, zatrzymał się na łokciu, drugi rękaw zaś zdołała pogryźć kobyła, pantalony i sztyblety utytłały się w błocie, a najokropniejszy ze wszystkiego był, rzecz jasna, kwaśny odór końskiego potu, którym Erast Pietrowicz przesiąkł od stóp do głów.

– Jest pani cała? – zapytał po angielsku i z lekka się cofnął, by nie urazić jej powonienia. – Ma pani krew na ramieniu…

Spojrzała na otarcie, opuściła niżej wycięcie sukni – ukazał się dołek pod obojczykiem, a Fandorin zadławił się końcem zdania.

– Ach, to ja sama. Zaczepiłam rączką szpicruty – odpowiedziała Japonka i beztrosko strąciła palcem koralową kropelkę.

Glos kurtyzany okazał się zaskakująco niski, nieco ochrypły, w świetle europejskich gustów nieładny, ale dźwięczący czymś, za sprawą czego Fandorin opuścił na chwilę oczy.

Wziąwszy się w garść, znowu spojrzał jej w twarz i zobaczył, że się uśmiecha. Jego zażenowanie musiało ją bawić.

– Widzę, że niezbyt się pani przestraszyła – zauważył.

– Bardzo, ale miałam czas dojść do siebie. Pan tak czule obejmował się z moją Naomi. – W wydłużonych oczach zabłysnęły figlarne iskierki. – Ach, prawdziwy z pana bohater, i gdybym ja z kolei była prawdziwą Japonką, musiałabym spłacać panu dług wdzięczności do końca mych dni. Ale nauczyłam się od was, cudzoziemców, wielu przydatnych rzeczy. Na przykład, że można po prostu powiedzieć: „Dziękuję, sir”, i zamknąć rachunek. Dziękuję, sir. Jestem panu wielce zobowiązana.

Podniosła się z siedzenia i wykonała wytworny dyg.

– Nie ma za co – Fandorin skłonił głowę. Spojrzał na smętnie zwisający rękaw i jak najszybciej go urwał. Bardzo pragnął wciąż słyszeć jej głos, więc zapytał: – O tak wczesnej porze wybrała się pani na spacer? Nie ma jeszcze piątej.

– Co rano jeżdżę na cypel cieszyć się widokiem wschodu słońca nad morzem. To najpiękniejszy widok na świecie – odrzekła O-Yumi, zakładając pasemko włosów za maleńkie, odstające, różowo przeświecające uszko.

Erast Pietrowicz spojrzał na nią z zaskoczeniem. Jak podsłuchała jego niedawne myśli?

– I tak wcześnie pani wstaje?

– Nie. Tak późno się kładę – roześmiała się zadziwiająca kobieta. Śmiech w odróżnieniu od głosu miała bynajmniej nie ochrypły, ale czysty i dźwięczny.

Teraz Fandorin nabrał ochoty, by roześmiała się raz jeszcze, lecz brakło mu konceptu, jak to osiągnąć. Jakiś żart o koniu? Radca tytularny w roztargnieniu poklepał kobyłę po zadzie. Ta w przestrachu łypnęła nań rozpalonym okiem i zarżała żałośnie.

– Okropnie mi szkoda kapelusika – westchnęła O-Yumi, kontynuując doprowadzanie fryzury do porządku. – Był taki śliczny! Zleciał, przepadło! Oto zapłata za patriotyzm. Mój przyjaciel uprzedzał, że japoński koń nie może dobrze chodzić w uprzęży, a ja postanowiłam udowodnić, że przeciwnie.

„Mowa o Bullcoksie” – domyślił się Erast Pietrowicz.

– Teraz już nie poniesie, trzeba tylko poprowadzić ją kawałek za cugle. Jeśli pani pozwoli…

Wziął kobyłę za uzdę i powoli powiódł bulwarem. Miał wielką ochotę się obejrzeć, ale trzymał się twardo. Bądź co bądź, nie jest chłopaczkiem gapiącym się z rozdziawioną gębą na ślicznotki.

Milczenie przeciągało się. Erast Pietrowicz, powiedzmy, ćwiczył charakter, ale czemu milczała ona? Czy ledwie ocalone ze śmiertelnego niebezpieczeństwa kobiety milczą, i to jeszcze w towarzystwie zbawcy?

Przeszła minuta, druga, trzecia. Cisza przestała być po prostu pauzą w rozmowie, zaczęła zyskiwać pewien własny sens. Dobrze wiadomo, choćby na przykład z romansów, że gdy ledwie poznana kobieta i mężczyzna milkną na długo, zbliża ich to bardziej niż wszelka rozmowa.

Nie wytrzymawszy, radca tytularny dyskretnie pociągnął uzdę do siebie, a gdy kobyła rzuciła głową w jego stronę, na wpół się obrócił i zerknął z ukosa na Japonkę.

Jak się okazało, nawet nie myślała, by patrzeć mu w plecy. Otwarła za to lusterko i zajęła się swoją twarzą. Już zdążyła się przyczesać, upiąć włosy i przypudrować nosek. Oto całe wieloznaczne milczenie!

Rozsierdzony z powodu własnej głupoty, Fandorin przekazał Japonce lejce i rzekł twardo:

– Wszystko, łaskawa pani. Koń uspokoił się zupełnie. Może pani jechać dalej, tylko spokojnie i proszę nie rozpuszczać wodzów.

Uchylił jakimś cudem zachowanego na głowie kapelusza i chciał się odwrócić, ale zawahał się: czy wypada tak odejść bez prezentacji? Z drugiej strony: czy nie za wiele honorów dla rozpustnicy, aczkolwiek światowej damy?

Zwyciężyła przyzwoitość.

– Proszę wybaczyć, zapomniałem się przedstawić, jestem…

Powstrzymała go ruchem ręki.

– Nie trzeba. Nazwisko nic mi nie powie, a najważniejsze dojrzę i bez tego.

Obrzuciła go długim, badawczym spojrzeniem. Śliczne wargi drgnęły bezdźwięcznie.

– I cóż pani widzi? – Fandorin uśmiechnął się mimo woli.

– Jak na razie, niewiele. Kocha pana sukces i lubią rzeczy, ale nie znosi los. Przeżył pan na świecie dwadzieścia dwa lata, ale w istocie jest pan starszy, i nie ma w tym nic dziwnego. Bywał pan często o włos od śmierci, utracił połowę serca, a ludzie od tego szybko się starzeją. No cóż, jeszcze raz dziękuję, sir, i żegnam.

Usłyszawszy o połowie serca, Erast Pietrowicz drgnął. Dama wstrząsnęła wodzami, krzyknęła przenikliwie: Yoshi, ikōl, i puściła kobyłę cwałem, wbrew ostrzeżeniu zbyt szybkim.

Koń imieniem Naomi biegł posłusznie, strzygąc miarowo ostrymi, białymi uszami. Podkowy wystukiwały po jezdni wesoły, srebrzysty rytm.

U końca drogi

Wspomnisz, jak biegła przez mgłę

Biała kobyła.

Ostatni uśmiech

Owego dnia ujrzał ją raz jeszcze. Nic w tym dziwnego, Jokohama to niewielkie miasto.

Wieczorem Erast Pietrowicz wracał Main Street do konsulatu po spotkaniu z sierżantem i inspektorem i widział, jak obok otwartym landem przejechał ognistowłosy Bullcox ze swą nałożnicą. Anglik był w czymś malinowym (Fandorin ledwie nań spojrzał), jego towarzyszka zaś w czarnej obcisłej sukni i kapeluszu ze strusim piórem – nieważka woalka nie zakrywała twarzy, otaczając ją tylko nikłą czarną mgiełką.

Radca tytularny ukłonił się lekko, zadbawszy, by ruch nie wyraził niczego prócz najzwyklejszej uprzejmości. O-Yumi na ukłon nie odpowiedziała, ale rzuciła dziwnie przeciągłe spojrzenie, w którego sens Erast Pietrowicz długo jeszcze starał się wniknąć. Poszukujące? Odrobinę zalęknione? Chyba tak: starała się jakby wypatrzyć w jego twarzy coś, co chciał skryć – żywiąc nadzieję, a przy tym lękając się, że owo coś znajdzie.

Z niemałym trudem zmusił się do wyrzucenia z głowy tych pustych myśli i powrotu do rzeczywistości.

* * *

Kolejny raz spotkali się nazajutrz po południu. Z Tokio do policji municypalnej przybył kapitan-lejtnant Bucharcew sprawdzić, jak toczy się śledztwo. W porównaniu z pierwszym spotkaniem attaché morski zdał się istnym aniołem. Wobec radcy tytularnego najzupełniej się zmienił, przejawiał szacunek, mało mówił i uważnie słuchał.