Z początku Fandorin słuchał wykładu ze sceptycznym uśmiechem, lecz słysząc o gnającej bryczce, drgnął. Ale rzekł sobie: „Nie, nie może być, to przypadek!”. – „A rozerwana suknia? – szepnął szatański głosik. – I alabastrowe ramię z purpurowym zadrapaniem?”.
„Bzdura! – tytularny radca rzucił głową. – Śmiechu warte”.
– A na czym polega druga faza? – zapytał ironicznie.
Tsurumaki wgryzł się ze smakiem w wielkie czerwone jabłko. Z pełnymi ustami ciągnął:
– Zwie się „para na wyspie”. Bardzo finezyjny moment. Trzeba, wciąż zachowując dystans, zademonstrować szczególną więź między obiektem a kurtyzaną – łączące ich niewidzialne nici losu. Tu w ruch idzie wszystko: mistrzyni nasyła na obiekt szpicli, zbiera o nim informacje, a zresztą wiele z tych dam nieźle włada ninsō. To coś jakby wasza fizjonomistyka, tylko dużo, dużo sprytniejsza.
Wicekonsul zlodowaciał, a wesoły narrator, chrupiąc jabłko, bezlitośnie wbijał w biedne serce wciąż nowe i nowe igły.
– Trzeci etap zwie się u nich bodaj „zapach brzoskwini”. Chodzi o to, by obiekt zwęszył kuszący aromat owocu, choć sam owoc wisi na razie wysoko na gałęzi i nie wiadomo jeszcze, komu się dostanie. Okazanie, że niepokojąca obiekt osoba to nie bezpłciowy anioł, lecz żywa i namiętna kobieta, ale przyjdzie o nią powalczyć. Tu bezwarunkowo zjawić się musi rywal, i to nie na żarty.
„Jakże to ona minęła konsulat z Bullcoksem, kładąc mu głowę na ramię – przypomniał sobie Erast Pietrowicz. – I ani spojrzała w moją stronę, choć siedziałem przy samym oknie…”.
O nie, nie, nie!
Don wpatrzył się zmrużonymi oczyma w księżyc.
– Co tam dalej? Ach tak, a jakże! Faza „tajfun”. Rozpacz („niestety, ona nigdy nie będzie moją”) kurtyzana bez wszelkiego uprzedzenia przerywa miłosną schadzkę. Kompletnie oszałamiającą, z użyciem wszelkich sekretów sztuki łoża, lecz niedługą. Obiekt powinien zasmakować słodyczy w pełni, lecz nie do syta. Dalej następuje faza ayatsuri - rozstanie wywołane przemożnymi trudnościami. Taka rozłąka przykuwa mężczyznę mocniej od wszelkich spotkań i do reszty odbiera mu rozum. Ayatsuri - to animacja marionetki przez lalkarza. Nie był pan na spektaklu bunraki? Trzeba koniecznie iść. U was, w Europie, niczego podobnego nie ma. Nasze kukiełki są całkiem jak żywe, i…
– Dość! – zawołał Fandorin, czując, że więcej nie zniesie. – Zamilcz pan, na Boga!
Radcy tytularnemu zrobiło się słabo. Kłuło go w sercu, dudniło mu w skroniach, drżały i uginały się pod nim kolana.
Strąciwszy z czoła krople zimnego potu, złamany Erast Pietrowicz wydusił z trudem:
– Teraz widzę, że ma pan rację… i… jestem panu wdzięczny. Gdyby nie pan, też pewnie straciłbym rozum… Bo naprawdę… Ale nie, już nie będę lalką w jej rękach!
– A to niby czemu? – nie zrozumiał Tsurumaki. – Czeka pana jeszcze najsłodsza faza: „cięciwa łuku”. W pańskim przypadku podwójnie pikantna – uśmiechnął się. – Przecież „łuk” to po japońsku yumi.
– Wiem – przytaknął Fandorin, patrząc w bok. W głowie przybitego wicekonsula rysował się pomału pewien plan.
– To faza pełni szczęścia, kiedy dusza i ciało trwają u jego szczytu i dźwięczą rozkoszą niczym napięta cięciwa. Dla podkreślenia słodyczy mistrzyni dodaje kroplę goryczy. Nigdy nie będzie pan miał pewności…
– Wie pan co – przerwał Erast Pietrowicz, posępnie patrząc w oczy człowiekowi, który wyrwał go ze szponów szaleństwa, lecz przy tym złamał mu serce. – Dość już o jōjutsu. Już mnie to nie ciekawi. Proszę dać pański klucz, biorę go od pana na jeden dzień. A jej… jej proszę także dać drugi, ten od furtki. I proszę powiedzieć, że od północy będę na nią czekał w pawilonie. A o naszej rozmowie ani słowa. Obiecuje pan?
– Ale nic jej pan nie zrobi? – ostrożnie zapytał Don. – To znaczy, mnie to bynajmniej nie obchodzi, ale nie chciałbym, żeby w mojej posiadłości… a i Algernon mógłby się obrazić, a nie jest to człowiek, z którym chciałbym zadzierać…
– Nic jej nie zrobię. Słowo h – honoru.
Do bramy Fandorin szedł męcząco długo, z trudem stawiając każdy krok.
– Ach, jōjutsu – szeptał. – Więc tak to nazywacie: jōjutsu?
Mrowie adeptów.
Lecz jak mało zgłębiło
Sens namiętności.
Klaskanie jedną ręką
Dzień, który nastąpił po tej szalonej nocy, był do niczego niepodobny. Wbrew prawom natury nie upływał od rana do wieczora w jednakowym rytmie, lecz jakimiś rozedrganymi skokami. Wskazówki zegara to zastygały na miejscu, to naraz jednym susem przeskakiwały o wiele kresek. Raz, gdy mechanizm zaczął wybijać czy to jedenastą, czy południe, Erast Pietrowicz zamyślił się srodze i na długo: jeden nastrój wypierał inny, myśl wielokrotnie zmieniała kierunek na najzupełniej przeciwny, a nudny Big Ben wciąż wydzwaniał swoje „bom, bom, bom” i ani myślał zamilknąć.
W biurze wicekonsul nie pokazywał się w obawie, że nie zdoła podtrzymać rozmów z kolegami. Nie jadł, nie pił, ani na chwilę się nie kładł, nawet nie przysiadł, tylko wciąż chodził po pokoju. To przemawiał wściekłym szeptem do siebie, to znów na długo milkł. Raz po raz zerkał przez szparę w drzwiach strwożony kamerdyner, wzdychał wymownie, brzęczał tacą z dawno ostygłym śniadaniem, lecz Fandorin nic nie widział i nie słyszał.
Iść czy nie iść – oto pytanie, na które młody człowiek nie umiał znaleźć odpowiedzi.
Mówiąc ściśle – decyzja zapadała wielokrotnie, przy czym najzupełniej nieodwołalna, ale potem, z czasem w nieunikniony sposób, wyłaniał się wyżej wspomniany paradoks, wskazówki Big Bena zamierały i męka rozpalała się od nowa.
Z wolna, wychodząc z pierwszego otępienia i wkraczając w coś na kształt normalności, Erast Pietrowicz, rzecz jasna, powiedział sobie, że do żadnego pawilonu nie pójdzie. To jedyne godne wyjście z diablo niegodnej sytuacji, w jaką rzuciło wicekonsula Cesarstwa Rosyjskiego przebudzone nie w porę serce. Odciąć się od tej wstydliwej historii twardą ręką, przeczekać ją, aż wycieknie krew i przestaną dręczyć amputowane nerwy. Z czasem rana musi się zabliźnić, a lekcja przyswojona zostanie na całą resztę życia. Po co rozpętywać melodramatyczne sceny z oskarżeniami i załamywaniem rąk? Dość robienia z siebie durnia, i tak już się wygłupił…