Выбрать главу

Chciał natychmiast odesłać Donowi klucz.

Nie odesłał.

Na drodze stanął wzbierający gniew – w najjadowitszym gatunku, czyli nie wrzący, lecz lodowaty, od którego nie drżą ręce, ale jak kamień zaciskają się pięści, puls zwalnia i głośno tętni, a twarz pokrywa martwa bladość.

Jak mógł pozwolić – on, człowiek rozumny i panujący nad sobą, który wyszedł z honorem z niezliczonych prób – by posłużono się nim w podobny sposób? I to komu pozwolić? Sprzedajnej kobiecie, działającej rutynowo intrygantce? Dał się podejść niczym żałosny szczeniak, niczym postać z kiepskiej bufonady! Zgrzytnął zębami, wspomniawszy, jak zaczepił połą surduta o gwóźdź, jak naciskał na pedały, uciekając przed stadem kundli…

Nie: iść, koniecznie iść! Niech zobaczy, jaki on, Fandorin, jest naprawdę. Nie żałosny, ogłupiały dzieciuch, ale twardy, spokojny mężczyzna, który zdołał przejrzeć szatańską grę i z pogardą ominął sprytnie zastawione sidła.

Ubrać się wytwornie, lecz prosto. Czarny surdut, biała koszula z wykładanym kołnierzem, żadnego krochmalu, żadnych krawatów. Płaszcz? No, powiedzmy. I, ma się rozumieć, laska.

Przebrał się, stanął przed lustrem, zwichrzył specjalnie włosy, by na czoło spadł niedbały kosmyk – i nagle wybuchnął, jakby ujrzał się cudzymi oczyma.

Boże! Bufonada nie ma końca, trwa dalej!

Gniew nagle zgasi, rozgięły się kurczowo ściśnięte palce. Na duszy zrobiło się jeszcze ciężej i smutniej.

Erast Pietrowicz rzucił na podłogę płaszcz, cisnął laskę, bez sił oparł się o ścianę.

Jakaż to dziwna choroba: miłość, pomyślał. Kto, z jakiej racji męczy nią człowieka? Niewykluczone, że dla innych jest niezbędna i wręcz dobroczynna, ale pewnemu radcy tytularnemu doświadczenie to jawnie nie wyszło na zdrowie. Nie przyniosło mu nic, oprócz bólu, rozczarowań i, jak w ostatnim przypadku, poniżenia. Taki już widać los mu pisany.

Lepiej nigdzie nie chodzić. Cóż obchodzi go ta obca kobieta, jej usprawiedliwienia, wzburzenie czy przestrach? Czy zrobi mu się od tego lżej na sercu?

Czas wstrzymał od razu swe idiotyczne sztuczki, zegar zatykał miarowo i spokojnie. Już to samo świadczyło, że zapadła słuszna decyzja.

Resztę dnia i wieczór Erast Pietrowicz spędził, czytając Zapiski kapitana floty Gołowina o przygodach w niewoli u Japończyków w roku 1811, 1812 i 1813, ale krótko przed północą nagle odłożył książkę i bez jakichkolwiek wcześniejszych przygotowań, ledwie włożywszy czapkę, ruszył do posiadłości Dona Tsurumakiego.

Masa nie próbował zatrzymać swego pana i o nic go nie pytał. Odprowadził wzrokiem niespiesznie odjeżdżającego welocypedystę, wsunął za pas pantalonów nunczaku, powiesił na szyi woreczek z drewnianymi geta i skierował się kłusem do Bluffu.

* * *

Wielkie kute wrota otwarły się zadziwiająco lekko i prawie bezgłośnie. Idąc w stronę strumienia po oświetlonej księżycem ścieżce, Erast Pietrowicz zerkał ku domowi. Zobaczył skierowaną w niebo lunetę i przywartą do niej tęgą postać w szlafroku. Dziś, jak się zdaje, Donowi Tsurumakiemu było nie do widowisk ziemskich – kontemplował niebo. Gwiazdy były w istocie tak wielkie i jasne, jakich Fandorin nie widywał od czasów gimnazjalnych, gdy lubił siadywać w planetarium, marząc o lotach na Księżyc i Marsa. Pomyśleć tylko, że było to ledwie przed czterema laty!

Radca tytularny sądził, że przyjdzie do pawilonu pierwszy i długo będzie siedział tam sam w ciemności, gdyż wstrętna sztuka jōjutsu z pewnością każe pognębić oczekiwaniem zakochanego idiotę. Jednak tuż po otwarciu drzwi Erast Pietrowicz ułowił znajomy aromat irysów, od którego serce spróbowało przyśpieszyć biegu, ale na rozkaz rozsądku wróciło posłusznie do dawnego rytmu.

A więc O-Yumi przyszła pierwsza? No cóż, tym lepiej.

W malutkiej sieni było dość jasno – księżycowa poświata wnikała przez szpary drewnianych żaluzji. Fandorin zobaczył papierowy parawan i parę lakowych sandałów na podłodze z desek u podestu z tatami. Ach tak, japoński obyczaj każe zdjąć obuwie przed wejściem na matę.

Ale zdejmować butów Erast Pietrowicz nie zamierzał. Skrzyżował ręce i umyślnie zakaszlał, aczkolwiek „mistrzyni”, rzecz jasna, słyszała i bez tego, że obiekt się zjawił.

Przegródki rozsunęły się na boki. Za nimi, chwyciwszy ich skrzydła, stała O-Yumi. Z rozpostartych rąk zwisały szerokie rękawy kimona, co nadawało jej kształt motyla. „Efektowne”. – Fandorin uśmiechnął się w duchu.

Twarz kurtyzany była niewidoczna – sama sylwetka na srebrzystym, migotliwym tle.

– Wchodź szybciej – wezwał niski, zachrypły głos. – Tu tak cudownie. Patrz, otwarłam okno, a za nim strumień i księżyc. Zbój Tsurumaki wie, czym jest piękno.

Ale Erast Pietrowicz nie ruszył się z miejsca.

– Co z tobą? – postąpiła krok w jego kierunku. – Chodź!

Ku jego twarzy sięgnęły palce, lecz pochwyciła je twarda, ubrana w rękawiczkę dłoń.

Wreszcie zdołał zobaczyć jej twarz – niewyobrażalnie piękną, nawet teraz, kiedy już wszystko wiedział.

Nie, nie wszystko.

I Fandorin zadał pytanie, dla którego przyszedł.

– Po co? – spytał z naciskiem i twardo. – Czego pani ode mnie chce?

Rzecz jasna, prawdziwy zawodowiec postąpiłby całkiem inaczej. Udałby, że o niczym nie ma pojęcia, trwałby w roli bałwana i prostaczka. A sam odkrywałby krok po kroku, co zamyśla ta zmieniająca mężczyzn w świnie siostrzyca Kirke. I odpłaciłby jej tą samą monetą.

Erast Pietrowicz uważał się za niezłego zawodowca, lecz zwodzić zwodzicielkę budziło w nim wstręt, a bodaj czy by się powiodło – nieposłuszne serce wciąż biło za mocno.

– Nie jestem ani tak bogaty, ani tym bardziej wpływowy, jak p-pani opiekun. Żadnych ważnych sekretów nie posiadam. Proszę powiedzieć, na co mogę się pani przydać?

O-Yumi wysłuchała go, milcząc, nie próbując się uwolnić. Stał na podłodze, a ona na tatami, więc ich twarze znajdowały się niemal na tej samej wysokości, dzieliło je ledwie parę cali, i Fandorin pomyślał, że nigdy nie zdoła pojąć wyrazu tych wydłużonych, wilgotno połyskujących oczu.

– A któż zna odpowiedź na to pytanie? – rzekła cicho. – Na co ty jesteś potrzebny mnie, a ja tobie? Po prostu czujesz, że inaczej być nie może, i cała reszta nie ma znaczenia.

Nie tyle na skutek słów, ile tonu, jakim brzmiały, palce Fandorina straciły moc. O-Yumi wyciągnęła do jego twarzy oswobodzoną rękę. Lekko dotknęła policzka.

– O to nie wolno nawet pytać… I nie próbuj zrozumieć – i tak się nie uda. Wsłuchaj się w serce, ono cię nie okłamie…

„Okłamie, jeszcze jak okłamie!” – chciał zawołać radca tytularny, ale nieostrożnie spotkał się z O-Yumi spojrzeniem i już nie mógł oderwać od niej oczu.

– To reguła twojej sztuki? – przemówił urywanym głosem, gdy jej ręka opuściła się niżej, wsunęła za kołnierzyk i delikatnie powiodła po jego szyi.

– Jakiej sztuki? O czym ty mówisz?

Głos stał się jeszcze niższy, przytłumiony. Rzekłbyś: nie pojmuje sensu jego słów, nie chwyta, o czym mowa.

– Jōjutsu! – wykrzyknął nienawistne słowo Erast Pietrowicz. – Wiem wszystko! Udajesz zakochaną, a uprawiasz tylko jōjutsu!

Stało się: oskarżenie padło, teraz ona zmieni się na twarzy, czar pryśnie!

– Czemu milczysz? Przecież to p-prawda?

Nie do wiary, lecz wcale nie wyglądała na zmieszaną.

– Co prawda? – wymruczała O-Yumi ciągle tym samym, na wpół sennym głosem, nie przestając gładzić jego skóry. – Nie, nieprawda. Niczego nie udaję… Tak, prawda. Kocham cię według zasad jōjutsu.