Wicekonsul cofnął się.
– Aha! Mam cię!
– A cóż w tym złego? Czy biorę od ciebie pieniądze albo podarki? Czy chcę czegoś od ciebie? Kocham, tak jak umiem. Jak mnie nauczono. A wierz mi, że uczono mnie dobrze. Jōjutsu to najlepsza ze szkół wiedzy miłosnej. Wiem, bo poznałam też indyjską i chińską, o europejskiej nie mówiąc: to absurd i barbarzyństwo. Ale nawet Chińczycy i Hindusi mało co rozumieją z miłości, za wiele uwagi poświęcają płci…
Mówiła, a szybkie, lekkie palce robiły swoje. Rozpinały, gładziły, czasami wpijały się w ciało bezwolnego radcy tytularnego paznokietkami.
– Znów jōjutsu, tak? – wybełkotał, już prawie bez sprzeciwu. – Jak to się u was nazywa, kiedy znów trzeba owładnąć zbuntowaną ofiarą? Pewnie malowniczo: „śliwowy deszcz” lub „tygrys na tylnych łapach”?
O-Yumi roześmiała się cichutko.
– Nie, to się nazywa „ogień ogniem”. Mocny płomień najlepiej gasi przeciwpożar. Zobaczysz, spodoba ci się.
Już w co jak w co, ale w to Erast Pietrowicz nie wątpił.
Długi czas potem, dużo później, gdy oba pożary zlały się i pochłonęły wzajem, leżeli na tarasie, patrząc na migotliwą taflę strumienia. Rozmowa to wszczynała się, to znów gasła, bo równie dobre były mowa i milczenie.
– Zapomniałem zapytać Dona o jedno – powiedział Erast Pietrowicz, zapalając cygaro. – Czym kończy się kurs jōjutsu? W Europie tym, że zakochani żyją długo i szczęśliwie, a umierają jednego dnia. U was zapewne inaczej?
– Inaczej. – Uniosła się, wsparta na łokciu. – Właściwie poprowadzoną miłość kończy nie śmierć, lecz subtelny finał, by zapewnić obojgu piękne wspomnienie. Nie dajemy obumrzeć uczuciu, zrywamy je niby kwiat. To trochę boli, ale nie pozostawia potem urazy ani goryczy. Ty tak mi się podobasz, że wymyślę dla ciebie coś szczególnie pięknego, zobaczysz.
– Serdeczne dzięki, już lepiej nie. Po co ten pośpiech? – Erast Pietrowicz przyciągnął ją do siebie. – Przemądry Don wspomniał mi coś bardzo ciekawego o stadium zwanym „cięciwa łuku”.
– Tak, chyba już czas – odpowiedziała rwącym się z namiętności głosem i mocno chwyciła w dłonie jego głowę. – Lekcja pierwsza. Ja jestem cięciwą, ty drzewcem, nasza miłość to strzała, którą musimy posłać wprost w tarczę księżyca… Patrz na księżyc, a nie na mnie. Wystrzelimy, księżyc spadnie i rozsypie się na miriady okruchów…
I Fandorin wpatrzył się w niebo, gdzie jaśniało bez obaw pucołowate świecidło, nieświadome, biedactwo, jaki je czeka los.
Przez cały następny tydzień Erast Pietrowicz żył niczym w dwóch różnych i obcych sobie światach, słonecznym i księżycowym. Pierwszy był upalny, lecz nużący i półrealny, bo radcę tytularnego wciąż morzył sen. Dopiero pod wieczór, w miarę jak wydłużały się, po czym znikały cienie, Fandorin zaczynał się budzić: najpierw ciało, niecierpliwym galopem zmierzające na spotkanie nocy, a potem rozsądek. Ginęły osłabienie i senność, a wewnątrz narastał słodki, z wolna potężniejący ton, i gdy na niebo wypływał księżyc, chory na miłość wicekonsul był w pełni gotów do zanurzenia się w nocny, prawdziwy świat.
W tym świecie piękne było od pierwszej chwili wszystko: i szeleszczący polot welocypedu przez pusty bulwar, i metaliczny zgrzyt klucza w zamku, i cichy chrzęst żwiru na ścieżce wiodącej do pawilonu. Potem nadchodziło męczące, a przy tym jątrzące: „Przyjdzie czy nie?”. Dwa razy O-Yumi nie nadeszła. Uprzedzała, że może się tak zdarzyć: nie zdoła wymknąć się z domu. Siedział na tarasie, palił cygara, patrzył na wodę i wsłuchiwał się w ciszę. Potem znad wierzchołków drzew wychylało się słońce i trzeba było wracać. Radca tytularny z opuszczoną głową szedł z powrotem do bramy, ale gorycz niespełnionej schadzki taiła swoistą, dręczącą obietnicę – że następne spotkanie będzie w dwójnasób słodkie.
Za to jeśli czujny słuch Fandorina złowił skrzyp furtki, a potem lekkie kroki, świat zmieniał się od razu. Gwiazdy rozbłyskiwały mocniej, księżyc zaś, przeciwnie, krył się, wiedząc już, że znów i znów przyjdzie mu padać na ziemię roztrzaskanym w migotliwy, roziskrzony pył.
Na to, co działo się w tych nocnych godzinach, nie było słów, a i być ich nie mogło, w każdym razie w żadnym ze znanych Erastowi Pietrowiczowi języków. I rzecz nawet nie w tym, że mowa europejska niemieje lub zbacza w trywialność, gdy wypada mówić o złączeniu ciał. Nie. Tu szło o coś innego.
Gdy kochali się wzajem – to namiętnie i prosto, to znów niespiesznie i wymyślnie – całą istotą Fandorina zaczynało władać przemożne, niewyrażalne w słowach poczucie, że śmierć istnieje. Zawsze, od wczesnego dzieciństwa, miał niezbitą pewność, że życie ciała jest niemożliwe bez życia duszy – uczyła tego wiara, mówiło o tym mnóstwo wspaniałych książek. Ale teraz, przy swych dwudziestu trzech latach, pod padającym z nieba księżycem, odkrył nagle, że prawdą jest i coś odwrotnego: także dusza nie może żyć bez ciała. Nie będzie ani zmartwychwstania, ani aniołów, ani wyczekiwanego spotkania z Bogiem – będzie coś całkiem innego, a być może nie będzie zupełnie nic, bo nie bywa duszy bez ciała, jak nie bywa światła bez ciemności ani klaśnięcia jedną dłonią. Umrze ciało – to i umrze dusza, śmierć zaś jest absolutna i wszystko kończy. Czuł to każdym włókienkiem swego ciała i ogarniała go trwoga, lecz jednocześnie znajdował w tym ukojenie.
Oto jak kochali się wzajem, i nie sposób dodać tu nic więcej.
Żar bez zimna,
Szczęście bez cierpienia: klaszcze
Ręka o pustkę.
Kiście akacji
Pewnego razu O-Yumi odeszła wcześniej niż zwykle, gdy księżyc już zaszedł, lecz daleko jeszcze było do świtu. Nic nie wyjaśniła – w ogóle nigdy niczego nie wyjaśniała, po prostu rzekła: „Czas na mnie”, ubrała się szybko, na pożegnanie przeciągnęła palcem po policzku Fandorina i pogrążyła się w noc.
Erast Pietrowicz szedł białą ścieżką ku bramie smętnie ciemniejącej w mroku – wzdłuż strumienia, a potem trawnikiem. Przechodząc obok pałacu, z nawyku spojrzał w górę, czy jest na tarasie gospodarz. Owszem, nad balustradą ciemniała korpulentna sylwetka astronoma. Don uprzejmie uniósł fez, Fandorin równie uprzejmie się skłonił i poszedł dalej. Ta bezsłowna wymiana pozdrowień przybrała w ostatnich dniach kształt swoistego rytuału. Jowialny brodacz okazał więcej taktu, niż wróżyła ich pierwsza rozmowa. Widać Japończycy grzeczność mają we krwi, pomyślał radca tytularny, trwając w błogosławionym stanie ducha, kiedy chce się kochać cały świat i widzieć w ludziach tylko to, co dobre.
Naraz kątem oka dojrzał coś dziwnego, jakiś przelotny odblask, który nie powinien był się pojawić w bezksiężycowym pejzażu. Zaintrygowany Fandorin spojrzał na ciemne okna domu i w jednym z nich wyraźnie ujrzał, jak spoza niedokładnie zapuszczonych zasłon wybiegła i przemknęła po szkle plamka światła. Przemknęła i zaraz znikła.
Erast Pietrowicz stanął. Złodziejski odblask był aż nazbyt podobny do światła ślepej latarki, jaką posługują się klawisznicy, lipkarze i tym podobne towarzystwo. Włamywacze trafiają się w Rosji, w Europie, więc czemu nie mieliby się trafić i w Japonii?
A może to po prostu któryś ze służących, niechcący włączać elektryczności, by nie zakłócać nocnej samotności swego pana?
Służba w posiadłości osiągnęła ów najwyższy stopień wyszkolenia, gdy wcale jej już nie widać, a to, co trzeba, odbywa się jakby samo przez się. Kiedy Fandorin pojawiał się w gościnnym pawilonie, wszystko było zawsze gotowe, na niskim stoliku stały przekąski i niezapalone świece. W niszy ciemniała waza z wymyślnym, zawsze inaczej skomponowanym bukietem. Powracając o świcie do bramy, radca tytularny widział, że ścieżki są starannie wymiecione, a trawa angielskiego gazonu świeżo przystrzyżona, przy czym ani szurania miotły, ani szczęku ogrodniczych nożyc nie było słychać. Raz tylko zdarzyło mu się widzieć na własne oczy jednego ze służących. Wychodząc, zorientował się, że gdzieś posiał klucz. Stał u zamkniętych drzwi, szperając po kieszeniach. Chciał wrócić do pawilonu, kiedy nagle z różowej mgły bezszelestnie wynurzyła się postać w czarnej kurtce i czarnych pantalonach, z ukłonem podała mu zgubiony klucz i równie nagle rozpłynęła się niby we mgiełce. Fandorin nie zdołał nawet podziękować.