Выбрать главу

„No, jeśli to sługa, muszę w swoją drogę – osądził radca tytularny. – Lecz jeśli jednak złodziej albo, co gorsza, morderca? Uratowanie gospodarza przed skrytobójstwem byłoby najlepszą odpłatą za gościnność”.

Rozejrzał się. Ma się rozumieć, nigdzie żywej duszy.

Podszedł szybko do okna, przymierzył się. Ściana wyłożona była płytami surowego, nieobrobionego granitu. Erast Pietrowicz wparł się szpicem buta w gzyms, chwycił skraj parapetu, podciągnął się zręcznie i przylgnął twarzą do szyby w miejscu, gdzie nie do końca schodziły się zasłony.

Z początku nic zupełnie nie zobaczył. Mrok w pokoju był nieprzenikniony. Lecz w pół minuty później w najdalszym kącie pojawił się drżący krąg światła i powoli jął pełznąć po ścianie, wyodrębniając z ciemności to półkę ze złotymi grzbietami książek, to ramę portretu, to mapę. Chyba pracownia lub biblioteka.

Trzymającego latarnię Erast Pietrowicz zobaczyć nie mógł, ponieważ jednak było jasne, iż w tak podejrzany sposób nie zachowywałby się żaden sługa, wicekonsul przystąpił do bardziej zdecydowanych działań. Ostrożnie nacisnął na lewą połowę okna – zamknięta. Na prawą – z lekka się poddała. Świetnie! Być może niepożądany gość przeniknął do środka właśnie tą drogą, a może okno pozostawiono uchylone dla wietrzenia – teraz to nieważne. Ważniejsze, że można capnąć nocnego ptaszka.

Żeby tylko nie skrzypnął zawias.

Cichutko, po ćwierć werszka, zaczął Fandorin otwierać okno, nie spuszczając oczu z wędrującego promienia.

Ten zamarł nagle, padłszy na jedną z półek, na pozór nie różniącą się niczym od innych.

Rozległ się lekki stuk, światło przestało drgać.

„Postawił latarnię na podłodze” – domyślił się radca tytularny.

W krąg światła wszedł, a ściślej mówiąc wpełzł ktoś na czworakach. Widać było wąskie ramiona, błyszczące czarne włosy, biały brzeg krochmalonego kołnierzyka. Europejczyk?

Radca tytularny podciągnął się wyżej, by oprzeć na parapecie kolano. Jeszcze trochę, a szczelina będzie dość szeroka, żeby się przez nią przecisnąć.

Ale tu przeklęty zawias jednak skrzypnął.

W tejże samej chwili światło zgasło.

Fandorin, już nie siląc się na ostrożność, pchnął okno i zeskoczył na podłogę, dalej jednak postąpić nie mógł, bo nic a nic nie widział. Wysunąwszy rękę z gerstalem, w napięciu słuchał, czy nie podkrada się niewidzialny przeciwnik.

Niewidzialny, bo niewidzialny, lecz bynajmniej nie zagadkowy. W krótkim mgnieniu, nim zgasła latarnia, kucający obejrzał się i Erast Pietrowicz wyraźnie rozpoznał wybłyszczony przedziałek, wąską garbatonosą twarzyczkę, nawet biały kwiatek w butonierce.

Jego wysokość książę Onokoji, salonowy szpieg we własnej osobie.

Ostrożności wydawały się zbędne. Napadać na radcę tytularnego japoński dandys nie zamierzał. Sądząc z absolutnej ciszy, panującej w gabinecie, po księciu nie było śladu. Lecz teraz było to nieważne.

Fandorin schował broń do kabury i ruszył w poszukiwaniu schodów na piętro.

* * *

Wysłuchawszy wicekonsula, Tsurumaki podrapał się w nasadę nosa. Sądząc po grymasie, sensacyjna wiadomość nie tyle go zdumiała, ile zakłopotała. Zaklął po japońsku i jął się skarżyć:

– Ach, ci arystokraci… Mieszka pod moim dachem, zajmuje całą oficynę, płacę mu pensji pięć tysięcy na miesiąc, a ciągle mu mało. A jakże, wiem, że handluje sekretami i plotkami. Sam kiedyś z tego skorzystałem, za osobną zapłatą. Tylko przy okazji. Widać książątko ugrzęzło już całkiem w długach. Ach! – westchnął boleśnie grubas. – Gdyby jego nieboszczyk ojciec nie był moim onjinem, wygnałbym go w diabły. A on się dobiera do mojego sejfu!

Erasta Pietrowicza zdumiała taka flegmatyczność.

– Nie mam słów zachwytu na to, jak Japończycy traktują dług wdzięczności, lecz, moim zdaniem, wszystko ma swoje g-granice!

– Nic nie szkodzi. – Don machnął swoją wrzoścową fajką. – I tak nie zdoła otworzyć sejfu. Do tego potrzebny jest klucz, a kluczyk… o, oto on! Zawsze przy mnie.

Wyciągnął zza kołnierza łańcuszek, na którym wisiała malutka złota róża z pełną kolców łodyżką.

– Ładny drobiazg? Bierzesz za pączek, wkładasz i kolce trafiają w wycięcia… Oto jak się otwiera mój cudowny sezam, moją jaskinię Ali Baby.

Tsurumaki ucałował kluczyk i wsunął go na powrót za kołnierz.

– Nie drapią? – zapytał Fandorin. – Mówię o cierniach.

– Drapią, a jakże. Ale taki ból tylko osładza życie – milioner mrugnął. – Przypomina o błyszczących kamyczkach, o złotych sztabkach. Warto pocierpieć.

– Trzyma pan złoto i precjoza w domu? Czemu? Są przecież skrytki bankowe.

Gospodarz uśmiechnął się. W okrągłych policzkach pojawiły się dołki.

– Wiem. Mam też własny bank. Ze stosownie opancerzonymi piwnicami. Ale my, pająki krwiopijcy, wolimy nie wypuszczać zdobyczy z pajęczyny. Wszystkiego najlepszego, Fandorin-san, dziękuję za ciekawą informację.

Radca tytularny ukłonił się, czując lekką irytację. Chciał być zbawcą, a tymczasem trafił tylko między informatorów. Ale wyszedłszy na zewnątrz, spojrzał w stronę pawilonu, wznoszącego się nad czarną gładzią strumienia, i odczuł tak ostry, tak wszechobejmujący przypływ szczęścia, że głupie rozgoryczenie natychmiast uleciało mu z pamięci.

* * *

Jednak „napięta cięciwa” dźwięczała nie tylko rozkoszą i nie wszystkie wypuszczone z niej strzały celowały w gwiezdne niebo. Szczęście Erasta Pietrowicza zatruwała męcząca nutka, jakaś jadowita igła. Nocą było mu nie do cierpień, bo miłość wszak żyje tym, co tu i teraz, lecz z dala od O-Yumi, w samotności, Fandorin myślał tylko o jednym.

Za pierwszym widzeniem, całując O-Yumi w uroczo odstające uszko, złowił nagle leciutką woń tytoniu – fajkowego, angielskiego. Odsunąwszy się, chciał zadać pytanie – i nie zadał. Po co? Żeby skłamała? Żeby odpowiedziała:

„Nie, nie, między nim a mną wszystko skończone”? Lub powiedziała prawdę, czyniąc niemożliwymi ich dalsze spotkania?

Potem męczyła go własna małoduszność. Za dnia przygotowywał całą mowę, zbierał się, żeby powiedzieć, że tak dłużej być nie może, że to głupie, okrutne, przeciwne naturze, wreszcie poniżające. Powinna odejść od Bullcoksa raz na zawsze. Przy jednej czy drugiej okazji próbował nawet wszcząć rozmowę na ten temat, lecz O-Yumi powtarzała tylko: „Nic nie rozumiesz, o nic nie pytaj. Nie mogę powiedzieć ci prawdy, a kłamać nie chcę”. Potem puszczała w ruch ręce, wargi, a on poddawał się, zapominał o wszystkim na świecie, by nazajutrz znów dręczyć się urazą i żalem.

Konsul Doronin musiał widzieć, że z jego zastępcą dzieje się coś dziwnego, lecz nie narzucał się z indagacją. Biedny Wsiewołod Witaljewicz myślał pewnie, że Fandorin prowadzi nocami śledztwo, i dotrzymywał słowa: „nie mieszał się”. Z tej racji radcę tytularnego gryzło czasem sumienie, lecz dużo słabiej niż wspomnienie woni angielskiego tytoniu.